Szwecja czyta, Polska (nie) czyta

W ostatnim czasie ponownie zaczął na światło dzienne wychodzić projekt ustawy o jednolitej cenie książki, za którym  lobbuje Polska Izba Książki, skupiająca nie tylko wydawców (oczywiście nie wszystkich), ale co ważne również firmy, zajmujące się przede wszystkim dystrybucją. Z uwagi na pewną nierówność sił w układzie wielki ogólnopolski dystrybutor – mały/średni wydawca zadziwia mnie, jak mało poświęca się uwagi w dyskusji na ten temat właśnie roli dystrybutorów.

Cały czas słyszę o tym, jacy to pazerni są wydawcy, że to właśnie przez nich ceny książki są tak wysokie i tylko jednolita cena dla wszystkich sprawiłaby, że czytelnicy obudzą się w książkowym raju. W całej dyskusji niemal nikt nie wspomina o tym, że dystrybutorzy wymuszają na wydawcach terminy płatności od 120 dni w górę. Rekordowe umowy opiewają na 180 dni. Nie dość na tym, często nawet tych terminów nie dotrzymują, co sprawia, że głównym biznesem dystrybutorów zdaje się nie być dystrybucja książek, tylko darmowy kredyt od wydawców. Nie wspomina się o tym, że na cenę detaliczną książek składa się między innymi rabat dla hurtowni. Ten zaś sięga nawet 60 procent. Jeśli książka kosztuje 50 złotych, to hurtownia otrzymuje ją maksymalnie po 25 złotych. Z tego co zostaje wydawca musi opłacić prawa autorskie lub honorarium, druk, skład, marketing. Nikt nie wspomina o tym, że dystrybutorzy chętnie oferują różnego rodzaju usługi marketingowe – stoliki w sieci sprzedaży, banery, newslettery. Przy czym w tym wypadku termin płatności, który obowiązuje wydawcę to tradycyjne w biznesie 30 dni.

Ale to oczywiście wydawcy są pazerni.

Przy okazji kilku dyskusji podczas których pojawiała się kwestia jednolitej ceny książki, jako remedium na problemy polskiego rynku polecano mi książkę Szwecja czyta, Polska czyta. Jest to zestaw rozmów przeprowadzonych przez Katarzynę Tubylewicz i Agatę Diduszko-Zyglewską z reprezentantami branży wydawniczo-księgarskiej na rynku szwedzkim i polskim. Interesujące, że polecający mi tę lekturę byli raczej zwolennikami proponowanego rozwiązania, czyli jednolitej ceny, podczas gdy ja jedyny rozsądny głos – z jakąkolwiek konkretną argumentacją – odczytałem po stronie przeciwnej. Była to rozmowa z Beatą Chmiel (Obywatele Kultury). Zwolennicy jednolitej ceny nie mieli niemal żadnych rozsądnych argumentów poza „spróbujmy, może jednak coś z tego wyniknie”.

Zacznę jednak od początku. Zastanawiałem się mocno, dlaczego akurat do konfrontacji wybrano Szwecję. Uznałem, że pewnie rozwiązania tam są właśnie takie, że będzie to na korzyść rozwiązania z jednolitą ceną (wszak właśnie jej zwolennicy polecali mi tę pozycję). Zastanawiałem się, dlaczego na przykład nie są to Czechy ze swoim wyjątkowo wysokim poziomem czytelnictwa, a równocześnie przeszłością socjalistyczną. Dlaczego akurat Szwecja, z którą nie mamy zbyt wiele wspólnego. Ani kulturowo, ani gospodarczo. Byłem więc nastawiony mocno sceptycznie.

Tymczasem ten zestaw rozmów z reprezentantami branży (autorzy, wydawcy, krytycy, tłumacze, bibliotekarze) jest naprawdę wyśmienitym wglądem w sytuację na rynku szwedzkim. I pokazuje, jak bardzo tamtejsza rzeczywistość różni się od naszej. Zacznijmy od tego, że Szwedzi czytają. Od najmłodszych lat. Właściwie nie powinno to dziwić w kraju o tak mocnych tradycjach bardzo dobrej książki dziecięcej. Bez moralizowania, z uśmiechem, pokazującej perspektywę dziecka. I nie jest to wynik regulacji, ustaw czy dekretów.

To co mnie uderzyło, to fakt, że niemal każdy szwedzki rozmówca mówił o czytelnikach. Czego potrzebują, jak wyjść im naprzeciwko. Jak w dobie powszechności smartfonów przyciągać kilkunastoletnich chłopaków. I nie chodzi o zmuszanie ich do czytania, tylko o zachęcenie do przyjścia do biblioteki. Jako do miejsca spotkań, odpoczynku, rozmów. Na książkę przyjdzie czas. Mimochodem. Druga rzecz to docenienie, że ludzie czytają różne książki. Wielką literaturę i popularną rozrywkę. Nie ma tu wartościowania, jest raczej zrozumienie różnych potrzeb.

Mam taką własną diagnozę, że za stan czytelnictwa w Polsce odpowiada właśnie to budowanie książki jako czegoś elitarnego, dostępnego dla niektórych. Telewizyjne programy o książce, są tak potwornie napuszone, że mnie męczą. Do tego dochodzi mniej lub bardziej pobłażliwy uśmiech, gdy padają nazwiska Cohelo czy Bonda. Nie padają pytania, co takiego jest w tej literaturze, że ludzie ją czytają. Jak pokazać im również inne rzeczy. Nie wszystkim, bo nie każdy tego potrzebuje. Głośna była sprawa krytyki „rezenzentów” portalu lubimyczytac.pl. Jak to miło ponabijać się z tego, że jakiś głąb nie rozumie wielkiej literatury.

Praca z dziećmi jest rozwijaniem społeczeństwa. Dodam, że dzieci wcale nie muszą czytać tylko dobrej literatury, niech czytają cokolwiek. Najważniejsze, żeby czytanie zaczęło je wciągać. (Katti Hofflin)

W Szwecji to nie wstyd czytać średnią literaturę, byle tylko czytać. Na przykład wszyscy cieszyli się, że dzieci masowo czytają książkę o Zlatanie Ibrahimoviciu. (Eva-Maria Häusner)

Właśnie! Chodzi o fakt czytania. O to, żeby pokazać dzieciakom, że mogą tam znaleźć fajne dla siebie rzeczy. Napisane zrozumiałym przez nie językiem. Nie da się tego osiągnąć, jeśli lektura pierwszych książek będzie drogą przez mękę, bo w lekturach są książki sprzed niemal stu lat bez jakiejkolwiek redakcji językowej.

Nie da się zachęcić młodzieży do czytania, jeśli w szkole będzie pokutowało nieszczęsne „co autor miał na myśli” zamiast „powiedz mi co TY myślisz”. Ludzie boją się wyrażać opinii o książkach, bo boją się, że wyjdą na ignorantów. No ale jeśli potrafimy obśmiać nastolatkę, która mówi, że Proces Kafki, jest dziwny, to konsekwencją będzie to, że ona nie podzieli się swoimi przemyśleniami z lektury naiwnego romansiku ze wstydu przed kompromitacją. Choć mogło to na niej zrobić wrażenie i skłonić do głębokich przemyśleń.

W Polsce nie uczymy czytać, ale nie uczymy też pisać. Jedna z rozmówczyń Katarzyny Tubylewicz mówi o tym, że poza czytaniem zachęcają dzieciaki do pisania. To jest tak oczywiste, że dzięki temu buduje się chęć poznania innych autorów. Można zapisywać wszystko. Można prowadzić pamiętniki, pisać swoje wrażenia o filmach, książkach, czymkolwiek. Tylko najpierw trzeba dać wolność pisania. Powiedzieć: – pisz, po prostu pisz. Nie zastanawiaj się czy poprawnie. To przyjdzie z czasem. Nauczysz się.

U nas nauka idzie w tę stronę, żeby najpierw wdrożyć w zasady (nudne i często niezrozumiałe) w rezultacie rośnie przekonanie przeciętnego nastolatka, że pisanie jest wyrafinowane i trudne.

[Miejsce na maleńką reklamę 😊 W wyniku identycznych przemyśleń w serii Biała Plama wydajemy wkrótce książkę dla młodzieży o tym jak pisać. Szkoła nie potrafi zachęcić, to my spróbujemy.]

 

Rynek książki w Szwecji może jawić się jako raj, gdy przeczyta się, że autor dostaje 25% ceny książki. Cena jest stała wynegocjowana przez stowarzyszenie pisarzy. Z tym, że nie wiem, czy ktoś się zastanowił nad tym, że chodzi o cenę hurtową – dla dystrybutora. Policzmy. W warunkach polskich cena detaliczna 50 złotych, hurtowa 22,5 – 25 złotych. Dla autora idzie 10 procent detalicznej, więc to jest właśnie 20 procent hurtowej. Problem stanowią niewielkie nakłady. Średni nakład książki w Polsce to 3000 egz. Czyli za sprzedaż CAŁEGO nakładu nie bestsellera autor dostanie 15 000 złotych. Zakładając, że sprzeda się to przez rok. Wychodzi po 1,5 tys. złotych miesięcznie. I to przy założeniu ceny detalicznej 50 złotych. Niezbyt różowo. Ale, ale… co mówi na ten temat szwedzki pisarz (Gunnar Ardelius). Pytanie brzmi, czy przeciętny pisarz (nie bestsellerów) może się utrzymać z pisania?

Odpowiedź brzmi, raczej nie. […] Kiedyś istniała większa grupa pisarzy, których można było nazwać literacką klasą średnią, to znaczy sprzedających po parę tysięcy egzemplarzy książki i będących się w stanie jakoś utrzymać się z pisania. Obecnie istnieje małą grupa pisarzy, którzy zarabiają ogromne pieniądze, a reszta systematycznie biednieje.

Czyli mamy do czynienia z powszechnym w dobie internetu zjawiskiem – zwycięzca bierze wszystko. (Nie mogę znaleźć linka do tekstu o francuskich pisarzach i dokładnie tym samym zjawisku – gwiazdy zarabiają, reszta dorabia w innych miejscach).

Kolejna sprawa. Największy szwedzki dziennik publikuje codziennie dwie, trzy recenzje dziennie. Codziennie! W ciągu miesiąca daje to 40 – 60 omówionych tytułów. Podejrzewam, że w ten sposób mają szansę nie tylko wielkie wydawnictwa. Czy u nas jest w mediach papierowych jest jakakolwiek dyskusja o ważnych książkach? Jakoś nie zauważyłem.

Swoją drogą Szwecja z jednolitej ceny książki zrezygnowała w 1970 roku.

Czas na część polską i rozmowy Agaty Diduszko-Zyglewskiej. Napisałem nieco wcześniej, że niemal każdy z rozmówców w części szwedzkiej mówił o czytelnikach, o tym co sam robi, jak działa, w jakich stowarzyszeniach i projektach funkcjonuje. W polskiej części czytam niemal ciągle o państwie, rządzie, wsparciu, dotacjach i programach. Co więcej książka opublikowana w 2015 roku właściwie jest już nieaktualna. Zmieniła się jedna rzecz – rząd. Ponieważ w Polsce nie umiemy tworzyć długoterminowych projektów, bo istnieje ryzyko, że po kolejnych wyborach nowe władze uznają, że one zrobią inaczej i lepiej, cały czas jesteśmy w trakcie myślenia o projektach.

Niewielka dygresja – odmówiłem rok temu uczestnictwa w konferencji dotyczącej rynku kapitałowego, pod jakimś hasłem w stylu wyzwania do 2020 roku. Zapraszającemu odpowiedziałem, że nie mam przekonania czy coś zmieniło się w stosunku do Agendy 2010, 2015 i innych. Zwykle spotyka się śmietanka rynku plus władze, ogłaszają, że teraz już wiedzą jak poprawić i… nic się nie dzieje.

Zakładam, że podobnie jest na rynku książki.

W książce Szwecja czyta, Polska czyta, gdy doszedłem do rozmowy z minister Joanną Kluzik-Rostkowską zastanawiałem się nawet czy ją czytać. Pobieżnie przejrzałem, żeby się upewnić, że już się niemal wszystko zdezaktualizowało. Nie ma ministra, znika program.

Nie podoba mi się ciągłe straszenie Amazonem. Pierwszą książkę w Amazonie kupiłem w 2002 roku. Pamiętam swój zachwyt i zadziwienie, że książka ze Stanów Zjednoczonych szła krócej niż z rodzimych księgarni internetowych. Pod względem serwisu i obsługi klienta, nie ma nawet co porównywać. Gdy bodaj 5 lat temu pojawiła się plotka, że Amazon wchodzi do polski nagle oferta ebooków w Polsce wzrosła kilkukrotnie. Argumentacja Polskiej Izby Książki (lobbującej mocno za ustawą o jednolitej cenie) wciąż wykorzystuje Amazon jako tego złego. Również w omawianej książce ten temat się pojawia. Beata Stasińska (W.A.B.) mówi:

Amazon bez regulacji poradzi sobie z resztkami polskiego księgarstwa i podyktuje warunki wydawcom i autorom.

Jako mały wydawca błagam – AMAZONIE podyktuj mi warunki. 60 (maks 90) dni płatności to nawet przy chorych 50 procentowych rabatach jest lepiej niż 150 dni, które oferują polscy dystrybutorzy. A z Amazonem można ustalić nawet 35 procent. Jako klient wręcz błagam. Wejdźcie – pokażcie empikowi co oznacza obsługa klienta z klasą.

Nie zgadzam się z argumentem pani Beaty:

Przekonanie, że wprowadzenie w życie ustawy o książce jest w interesie wszystkich grup: pisarzy, tłumaczy, wydawców, księgarzy, bibliotekarzy, dystrybutorów i na końcu czytelników, którzy dostaną ciekawszą ofertę zarówno w księgarniach, jak i bibliotekach, pojawi się czas po tym, jak dobra ustawa wejdzie w życie.

„Dobra”. Dobra ustawa. Ta proponowana przez PIK, jest katastrofalna. Poza tym, nie chcę się przekonywać po wprowadzeniu, że to był błąd. W Izraelu wprowadzenie takiej ustawy zaowocowało spadkiem sprzedaży o 60 procent i wzrostem cen książki. Tamtejszy rząd miał na tyle rozsądku, że się z niej wycofał. W nasze rządy jakiekolwiek nie wierzę. Że potrafią się wycofać. Będzie to raczej łatanie innymi, równie bezsensownymi poprawkami do ustawy. Uszczelniającymi, regulującymi, przykręcającymi śrubę. Taki klimat.

Rozwiązania szwedzkie pokazują, że popularność książki to kompleksowa praca środowisk wydawniczo-bibliotekarsko-czytelniczych, z którymi pracuje rząd. U nas … no cóż, oddam głos paniom reprezentującym Biblioteki Szkolne Online

Impulsem do powołania naszej inicjatywy było to, że Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa w ogóle nie uwzględniał szkolnych bibliotek.

Ktoś coś stworzył, ale nie zastanowił się do końca. I wyszło jak wyszło. Mógłbym znów odwołać się do własnych doświadczeń z rynku kapitałowego, gdzie ministerstwo odpala wielki projekt i nie słucha reprezentantów domów maklerskich, inwestorów, bo oni „wiedzą lepiej”, a po wydaniu mnóstwa pieniędzy zamyka się wszystko po cichu, bo jednak nie było sukcesu.

Najmocniejszy głos po stronie polskiej należy do Beaty Chmiel. Ona pisze o tym wszystkim, co wydawało mi się jasne – że ustawa niczego nie rozwiąże, że ceny książek wzrosną, że jest dobra wyłącznie dla dystrybutorów, że francuska ustawa Langa, na którą uwielbia powoływać się PIK jest ustawą sprzed 40 lat, że brak jest projektów publiczno-prywatnych i że znajdą się sposoby na obejście tej ustawy i że nawyku czytania nie da się uczyć pod przymusem.

Gdy miałem 6 lat chciałem zostać pisarzem. To moje najwcześniejsze marzenie zawodowe (nieco wcześniej był to śmieciarz – uwielbiałem oglądać śmieciarki przy pracy). Gdy kończyłem liceum i zaczytywałem się w książkach Salingera marzyłem o studiach pisarskich. W Polsce była to tylko filologia, a na to nie miałem ochoty. Chciałem uczyć się pisać. Mija 30 lat i…

Nauczanie języka polskiego jest pomyślane właściwie jako nauczanie filologiczne. (Roman Chymkowski, kierownik Pracowni Badań Czytelnictwa Instytutu Książki)

No więc, jeśli po 30 latach nie ma zmian, to o czym my w ogóle rozmawiamy?

Jeszcze jako suplement napiszę o księgarniach. Uwielbiam kupować w sieci. Mogę wszystko wyszukać, sprawdzić, dostaję przesyłkę do domu. Mogę odesłać jeśli mi się nie spodoba. W księgarniach nie bywałem latami. Ale w ostatnich latach zaczęły pojawiać się kawiarnio-księgarnie. Młode pokolenie zaczęło tworzyć nowy byt na mapie wielkich miast. To przyjemne trafić na egzemplarz książki, której w sieci bym nie znalazł. Przyjemnie porozmawiać z księgarzem, który zorientowany jest w ofercie. Ustawa o jednolitej cenie nie zmieni ich pozycji, choć część księgarzy tak sądzi.

Pięć lat temu, gdy zaczynałem swoją przygodę z biznesem wydawniczym poszedłem do kilku księgarń z ofertą książek. Nie byli zainteresowani. Mamy umowę z dystrybutorem X. To przez nich bierzemy całą ofertę. Gdy proponowałem lepszy rabat niż dostają od hurtowni też nie byli zainteresowani. No cóż rozumiem wygodę – jedna faktura od ogólnopolskiego pośrednika jest lepsza niż 30 od różnych wydawców. Jeśli część księgarzy myśli, że dzięki nowej propozycji dostaną większy kawałek tortu, obawiam się, że głęboko się rozczarują.

Szwecja czyta, Polska czyta, K. Tubylewicz, A. Diduszko-Zyglewska

Szwecja czyta, Polska czyta, Katarzyna Tubylewicz, Agata Diduszko-Zublewska

Wyd.: Krytyka Polityczna, 2015

Podziel się

3 myśli nt. „Szwecja czyta, Polska (nie) czyta”

  1. Dobry tekst i zgadzam się tezą, że projekt ustawy jest słaby. Regulujący wysokość ceny (jeśli już koniecznie trzeba) nie tam gdzie trzeba, to znaczy na styku sprzedawca-czytelnik, zamiast wydawca-sprzedawca.

    Natomiast we fragmencie opisującym sytuację polskich autorów widzę nadmierny optymizm. Standardem w umowach z pisarzami jest uzależnianie wynagrodzenia nie od ceny detalicznej, tylko od ceny zbytu. Zatem do autora idzie 10% (bądź więcej, do 20%) ceny hurtowej, czyli 5% do 10% ceny okładkowej.
    Info na ten temat choćby tu: http://pawelpollak.blogspot.com/2015/05/czwarta-strona-hucpy.html gdzie jest urywek z publicznie dostępnej umowy i potwierdzający ten stan komentarz autora.

    1. Pewnie rozwiązań jest tyle ilu autorów. Z książki wynika, że stowarzyszenie pisarzy w Szwecji działa na rzecz negocjowania stawek. One oczywiście w przypadku autorów niszowych nie pozwalają się utrzymać, ale jest to jakieś rozwiązanie. A przynajmniej przejrzystość

  2. juz ja widzę te doskonałe czytelnictwo w szwecji…..sorry, ale to taka sama propaganda ichnich sukcesów jak w innych kwestiach w tym kraju. Czyta moze garstka dzieci rodowitych Szwedów, reszta nie czyta nic, moze Koran.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *