Wtorki z Morriem

Trafiłem na ten tytuł przy okazji rozmowy już jakiś czas temu. Zapisałem się w bibliotece i po kilku miesiącach cierpliwego czekania dostałem informację, że jest do odebrania. Wyróżniony na okładce napis “Książka, która zmieniła życie milionów ludzi” sprawił, że poleżała jeszcze dwa tygodnie na biurku (przykro mi inni oczekujący). Rozumiem, że takie są prawa reklamy, ale jakoś mnie to nie zachęciło. Wtorki z Morriem  Mitcha Alboma zapis rozmów relatywnie młodego człowieka ze swoim dawnym nauczycielem profesorem socjologii Morriem Schwartzem tuż przed jego śmiercią.

Choć pozbawiona egzaltacji i taniego sentymentalizmu nie specjalnie mnie porwała. Ot po prostu umierający na stwardnienie zanikowe boczne blisko 80-letni profesor pokazuje swojemu młodszemu przyjacielowi, co w życiu powinno być ważne i ogromny dystans do śmierci. W książce znajduje się trochę opowieści o tym jaki był Morrie Schwartz i choć wyłania się z niej wyjątkowo niestereotypowy człowiek, to w gruncie rzeczy są to tylko takie drobne wspominki. A szkoda.

Zmieniła życie milionów ludzi? Ciekawe czy na dłużej niż dwa dni po przeczytaniu.

Wtorki z Morriem

O wiele ciekawszy i inspirujący wydaje mi się Ostatni wykład.

Wtorki z Morriem, M. Albom

Wtorki z Morriem, Mitch Albom

Wyd.: Świat książki, 2011

Tłum.: Piotr Szymor

2 myśli w temacie “Wtorki z Morriem”

  1. “Ot po prostu umierający na stwardnienie zanikowe boczne blisko 80-letni profesor pokazuje swojemu młodszemu przyjacielowi, co w życiu powinno być ważne i ogromny dystans do śmierci. ”
    Jeśli dożyję osiemdziesiątki, może zmienię zdanie, ale w tej chwili wydaje mi się to pięknym wiekiem – w którym się umiera, na cokolwiek, kropka. I “dystans do śmierci” chyba naturalnie się skraca.
    Ciekawsza byłaby moim zdaniem rozmowa z umierającym na tę paskudną chorobę 40- czy 50-latkiem. Bo 80-latek zrobił już wszystko, co mógł, miał czas, a jeśli nie zrobił, jego problem, choroba – taka czy owa – nie powinna była go zaskoczyć.
    W każdym razie, nie przeczytam.

    1. No właśnie. To pogodzony ze śmiercią (i życiem) świadomy siebie człowiek. Gdzieś tam podczas lektury przypomniał mi się A. Huxley, który prosił by czytać mu Tybetańską Księgę Umarłych.
      Choć w tym wypadku problemem nie była wyłącznie śmierć lecz cierpienie i ten (dość szybko) postępujący bezwład ciała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *