Matryca. Jak DNA programuje nasze życie

W 2006 roku ukazała się książka Niebezpieczne idee we współczesnej nauce. John Brockman, który był jej inicjatorem – zadał pytanie naukowcom z wielu różnych dziedzin, jaką ideę uważają za najbardziej wywrotową w nadchodzących latach. Judith Harris – zmarła w 2018 roku amerykańska psycholożka napisała w tym tomie tekst o zerowym wpływie rodzicielskim. 

Czy niebezpieczne jest twierdzenie, że rodzice nie mają żadnego wpływu (z wyjątkiem genetycznego) na osobowość i inteligencję swoich dzieci ani na ich zachowania poza domem rodzinnym? Co bardziej istotne, czy to twierdzenie jest fałszywe? Czy myliłam się, twierdząc, że rodzice mają zerowe możliwości kształtowania tych atrybutów poprzez oddziaływania środowiskowe? Przyznaję, że kiedy dziesięć lat temu przedstawiłam ten pogląd, sama nie do końca w niego wierzyłam. Zajęłam skrajne stanowisko – formułując hipotezę zerową o całkowitym braku wpływu rodzicielskiego – na potrzeby klarowności naukowej. W ten sposób uczyniłam z siebie łatwy cel, prowokując przedstawicieli establishmentu – psychologów badaczy z kręgów akademickich – do prób zestrzelenia mojej koncepcji. Nie sądziłam, że okaże się to dla nich takie trudne. W tym czasie było już oczywiste, że wychowanie nie wywiera na dzieci istotnego wpływu, ale sądziłam, iż z pewnością pociąga za sobą niewielkie skutki, które będę musiała uznać. Niezdolność establishmentu akademickiego do udowodnienia, że nie mam racji, wydała mi się zdumiewająca. Ostatnio pewna psycholog rozwojowa przyznała nawet, że badacze jeszcze nie znaleźli dowodu na to, iż „rodzice kształtują swoje dzieci”, ale dodała, że nadal jest pewna, iż jeśli będą szukać wystarczająco długo, to z pewnością go znajdą.

Akceptacja takiej hipotezy to dla wielu osób (zwłaszcza rodziców) rzecz nie do zaakceptowania. W roku, w którym umiera J. Harris, Robert Plomin – psycholog, genetyk behawioralny publikuje książkę Matryca. Jak DNA programuje nasze życie.

Tak pisze o niej we wstępie

Z napisaniem Matrycy zwlekałem trzydzieści lat. Moim usprawiedliwieniem, tłumaczącym, dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej, jest fakt, że potrzebowaliśmy więcej badań, żeby udokumentować wpływ genetyki – a ja byłem zajęty ich prowadzeniem. Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że był też inny powód: tchórzostwo. Choć dziś może wydawać się to niewiarygodne, trzydzieści lat temu studiowanie genetycznych źródeł międzyludzkich różnic w zachowaniu i publikowanie wniosków w czasopismach naukowych było ryzykowne z zawodowego punktu widzenia.

Książkę Plomina kupiłem tuż po lekturze Gigantów psychologii – był jednym z rozmówców Tomasza Witkowskiego. Nie jest to łatwa lektura. Nie ma w sobie wiele z lekkości wielu książek popularnonaukowych tłumaczących najbardziej zawiłe idee. Jest raczej skrzętną próbą wyjaśniania istoty badań pozwalających na ocenę jaki wpływ na różnice indywidualne wśród ludzi wpływ ma genetyka, a jaki czynniki środowiskowe. Ponieważ konkluzje odkryć są daleko sprzeczne z powszechnymi przekonaniami, naszą intuicją nie jest wcale łatwo zaakceptować takie wnioski. I jak pisze autor, jeszcze trzy dekady temu w zasadzie nie było szans na akceptację takich wniosków. Ale – jak zwraca uwagę – między innymi dlatego genetycy behawioralni bardzo wysoko postawili sobie poprzeczkę w badaniach, sprawdzając, replikując, weryfikując wnioski z nich płynące.

Trudna to książka, bo – choć sam autor pisze, że to głos w dyskusji – to jednak, ze względu na udokumentowane badania, trudno przejść nad nimi obojętnie. 

Interesujących wątków jest bardzo wiele. Dotyczy nie tylko wpływu rodziców (szkoły) na kształtowanie się dzieci, ale również kwestie diagnostyki, terapii różnego rodzaju zaburzeń i chorób psychicznych i tego, czy faktycznie powinniśmy je traktować jako coś “nienormalnego”. 

„Anormalne jest normalne” oznacza tyle, że wszyscy posiadamy wiele wariantów genów, które przyczyniają się do odziedziczalności różnych zaburzeń psychicznych – to, czy przekroczymy pewien arbitralnie wyznaczany próg diagnostyczny, zależy wyłącznie od ich liczby. Powyższe badania genetyczne prowadzą do niezwykle ważnego wniosku: nie ma czegoś takiego jak definiowane jakościowo zaburzenia, istnieją jedynie ilościowe wymiary. Takie problemy psychiczne jak depresja, uzależnienie od alkoholu czy trudności z czytaniem są poważne. Im bardziej są nasilone, tym bardziej prawdopodobne jest, że wpłyną negatywnie zarówno na samego cierpiącego na nie, jak i na jego rodzinę i społeczność, w której żyje. Niemniej jednak ponieważ ryzyko genetyczne stanowi kontinuum, wyznaczanie punktu, w którym ktoś „ma” zaburzenie lub nie, nie ma sensu. Zaburzenie nie istnieje – są tylko ekstrema wymiarów ilościowych.

Inną ważną konsekwencją odkrycia, że anormalne jest normalne, jest fakt, że nie możemy leczyć zaburzeń – bo zaburzeń jako takich nie ma. Powodzenie terapii powinno być oceniane ilościowo, jako stopień, do którego udało się złagodzić problem.

Zwracałem uwagę na to, przy moich refleksjach po lekturze Gigantów psychologii – odkrycia genetyków i hipotezy stawiane przez takie osoby jak Plomin stają się niesłychanie zbieżne z tym, co mówi się głośno o neuroróżnorodności. O tym, żeby patrzeć na człowieka przez pryzmat ogromnej różnorodności i zmienności zachowań i cech, a nie jakąś arbitralnie uznaną “normalność”. Ale takie podejście podważa obecną diagnostykę i terapię. A tu zmiana może być bardzo trudna do zaakceptowania. 

Żeby było jeszcze ciekawiej, to co Plomin pisze o depresji jest w zasadzie zbieżne z tym o czym pisał Jonathan Rottenberg w Otchłani. Depresja po prostu występuje, jako determinowana genetycznie i w wysokim stopniu odziedziczalna.

Wyniki poligeniczne zawsze podlegają rozkładowi normalnemu (rozkładowi Gaussa), co oznacza, że pozwalają przewidzieć zmienność w rozkładzie – od ludzi, którym depresja jest praktycznie obca, przez tych, którzy miewają stany depresyjne od czasu do czasu, po osoby z chroniczną depresją. Za pomocą wyników poligenicznych potrafimy przewidzieć, kto zostanie zdiagnozowany jako osoba cierpiąca na depresję, a kto nie, ponieważ wskazują one osoby o najwyższym w populacji stopniu genetycznego ryzyka. 

Robert Plomin szczegółowo opisując wieloletnie badania prowadzone między innymi na bliźniętach zwraca uwagę, że powszechne, intuicyjne przekonania, że nasze zdolności werbalne, osiągnięcia szkolne, umiejętność wyciągania wniosków zdecydowanie niedoszacowują wpływu genów.

I te wyniki oraz płynące z nich wnioski mogą wywołać niemałe zamieszanie.

To nie dzięki wychowaniu dzieci stają się bardziej życzliwe czy zdeterminowane.

Genetyczne różnice w uzdolnieniach i chęciach dzieci na przykład mają wpływ na stopień, w jakim korzystają one z szans edukacyjnych.

Czytając tego rodzaju zdania można się zastanawiać nad narracją części lewicowych środowisk dotyczących nierówności szans, opresyjności środowiska, czy przytaczanej niezmiennie anegdotce, że Bill Gates jest tym kim jest, nie dzięki swojej determinacji, chęci do nauki tylko dzięki matce, która ułatwiała mu życiowy start i że, gdybyśmy wszyscy mieli taką matkę, to byśmy byli jak Bill Gates. 

Idąc tropem Roberta Plomkina, matka w przypadku Gatesa mogła mieć znaczenie, przekazując mu odpowiednie geny (nie wiem, czy tak było), dzięki którym był zdeterminowany, uparty i poświęcający czas na rozrywkę, na siedzenie w pracowni komputerowej.

Genetyka może być takim „trzecim czynnikiem” przyczyniającym się do pojawienia się korelacji między czytaniem dzieciom w domu a łatwością, z jaką dzieci te uczą się później czytać w szkole. To właśnie rozumiem przez „genetykę środowiska”. Ponieważ geny rodziców pokrywają się w 50% z genami ich potomków, możliwe, że to genetyka tworzy korelację między rodzicami, którzy czytają swoim dzieciom, a dziećmi, które są dobre w czytaniu. Związek ten można wyrazić tak, by prawdopodobieństwo genetycznego pośrednictwa stało się bardziej oczywiste: rodzice, którzy lubią czytać, mają dzieci, które lubią czytać. Poza tym dzieci, które lubią czytać lub lubią, by to im czytano, mogą starać się wykorzystać swoje środowisko do zaspokojenia swojego apetytu na lekturę, na przykład prosząc rodziców, żeby im poczytali – to kolejny punkt wejścia dla genetyki. Innymi słowy, być może rodzice po prostu reagują na różnice genetyczne sprawiające, że jedne dzieci bardziej lubią czytanie niż inne.

[…]

dzieci niezależnie od rodziców tworzą swoje własne środowiska: wybierają, przekształcają i kreują otoczenie odpowiadające ich genetycznym predyspozycjom. Dzieci, które chcą coś robić – jak choćby zajmować się muzyką lub sportem – tak długo będą męczyć rodziców, aż ci na to przystaną.

To tezy niesłychanie trudne i niepopularne we współczesnym świecie, bo podważają sens dotychczasowego podejścia do edukacji czy wychowania. Ale to nie oznacza, że one nie mają sensu. Wręcz przeciwnie – o czym mówi autor – tylko nasze nastawienie powinno się zmienić.

Zasadniczo najważniejszą rzeczą, jaką możemy przekazać naszym dzieciom, jest DNA. Wielu rodzicom trudno będzie to zaakceptować. Jako rodzice gdzieś w głębi ducha czujemy, że jesteśmy w stanie wpłynąć na to, jak rozwijają się nasze dzieci. […]

rodzice i rodzicielstwo mają niesamowite znaczenie, nawet jeśli różnice w stylu wychowania nie mają większego wpływu na rozwój psychiczny dziecka. Więź z rodzicami jest najważniejszą w życiu. Niemniej jednak bardzo istotne jest, żeby rodzice zrozumieli, że ich pociechy nie są bezkształtnym kawałkiem gliny, który mogą formować, jak tylko im się podoba. Rodzice nie są rzemieślnikami konstruującymi dziecko według własnego planu. Nie są nawet ogrodnikami, jeśli miałoby to oznaczać doglądanie i przycinanie rośliny po to, by osiągnąć jakiś określony rezultat. […]

Genetyka daje nam okazję spojrzenia na rodzicielstwo w nowy sposób. Zamiast starać się kształtować dziecko na nasz obraz i podobieństwo, możemy pomóc mu odkryć, co lubi robić i w czym jest dobre. Innymi słowy, możemy pomóc mu stać się tym, kim jest. Pamiętajmy, że nasze dzieci w 50% są podobne do nas.

Mam również nadzieję, że uwolnię rodziców od złudzeń, iż przyszły sukces ich potomków zależy od tego, jak mocno na nich naciskają. Zamiast tego rodzice – zwolnieni z potrzeby ciągłego kształtowania własnych dzieci – powinni odprężyć się i czerpać radość z relacji z nimi. Częścią tej przyjemności jest obserwowanie, jak dzieci stają się tym, kim są.

I podobnie o edukacji

Edukacja najwolniej przyswaja wiadomości płynące z badań genetycznych. W innych dziedzinach, zwłaszcza w psychologii, odeszliśmy już daleko od enwironmentalizmu, który zakładał, że jesteśmy tym, czego się uczymy.

[…]

Z odkrycia, że dziedziczone różnice w DNA są zdecydowanie najważniejszym źródłem różnic indywidualnych w postępach w nauce i że szkoła tak naprawdę niewiele zmienia, nie muszą płynąć żadne szczególne wnioski dla polityki oświatowej. Badania genetyczne niosą nauczycielom podobne przesłanie jak rodzicom: nie mają być oni rzeźbiarzami czy ogrodnikami, którzy wpływają na wyniki szkolne dzieci. Zamiast stawiać na gorączkowe nauczanie, mające przyczynić się do lepszej zdawalności testów, co z kolei pozwoli na uzyskanie wyższych miejsc w rankingach, szkoły powinny być pomocnym miejscem, w którym dzieci – spędzające w nich ponad dekadę życia – nabędą podstawowych umiejętności, takich jak czytanie, pisanie i liczenie, ale przede wszystkim nauczą się czerpać radość z samego uczenia się.

Autor pochyla się nad problemem znaczenia wyników badań genetycznych dla edukacji, kwestii równości szans, uniknięcia tworzenia “genetycznych kast”. Nie jestem jednak w pełni przekonany, co do jego wywodu.

Druga część książki jest już wyjątkowo wymagająca. Robert Plomin opisuje, w jaki sposób doszło do odkrycia znaczenia badań poligenetecznych, czyli takich, w których okazało się, że za nasze cechy odpowiadają tysiące różnic w DNA, a nie jak przewidywano lata temu, istnieją jakieś pojedyncze geny – “depresji”, “autyzmu” itp. Plus oczywiście pojawiają się kwestie związane z interpretowaniem uzyskiwanych wyników. Bo co może na przykład oznaczać fakt, że dla autora jego współczynnik zagrożenia schizofrenią mieścił się w 85 percentylu – jak można tę wiedzę wykorzystać. Jak zareagować, kiedy dowiadujemy się, że jesteśmy obciążeni jakimś zaburzeniem, z którym niewiele można zrobić?

Czasami jest to możliwe, na przykład gdy okaże się, że jesteśmy w grupie zagrożonej otyłością. Wówczas przy odpowiednim trybie życia możemy na to wpływać. Z niektórymi problemami jednak nie da się tak postępować.

Inne problemy wiążą się z odwiecznymi kwestiami dotyczącymi tego, czy chcielibyśmy znać przyszłość (choćby mgliście).

Zdecydowałem, że biorąc pod uwagę wszystkie za i   przeciw, wolałbym wiedzieć – przemówił do mnie argument, że wiedza to potęga. Odkrycie, że jestem obciążony znaczącym ryzykiem genetycznym zapadnięcia na alzheimera, sprawiłoby z   pewnością, że inaczej zaplanowałbym swoje życie. Trzymałbym rękę na pulsie w   sprawie stosowanych obecnie terapii i   trzymałbym kciuki za nowe sposoby leczenia. Poza tym stosowałbym się do ogólnych porad dotyczących na przykład kontrolowania ciśnienia krwi, zdrowego odżywiania się i   utrzymywania aktywności fizycznej, umysłowej i   towarzyskiej – jeśli nawet wszystkie te rzeczy nie pomagają, to przynajmniej nie szkodzą.

To podejście autora, ale ja przypominam sobie, jak Elkhonon Goldberg opisywał niechęć do poddania się badaniom mózgu jego znajomym psychiatrom i neurologom, w celu wykrycia czy następują już tam zmiany demencyjne (Jak umysł rośnie w siłę, gdy mózg się starzeje).

Trudna i wymagająca to książka. Nie tylko dlatego, że wymaga znajomości podstawowych zagadnień statystycznych, czy rozumienia choćby podstaw genetyki, ale przede wszystkim dlatego, że konfrontuje i obala nasze intuicje i przekonania dotyczące tego, na co możemy mieć wpływ.

[Photo by Sangharsh Lohakare on Unsplash ]

Matryca. Jak DNA programuje nasze życie, R. Plomin

Matryca. Jak DNA programuje nasze życie, Robert Plomin

Wyd.: Copernicus Center Press, 2020

Tłum.: Zuzanna Lamża

2 komentarze do “Matryca. Jak DNA programuje nasze życie”

  1. W jednej z książek Gladwell, które ostatnio czytałem (nie pamiętam, w której), był przedstawiony pogląd odwrotny na przykładzie badania przeprowadzonego na sierotach z biednych rodzin adoptowanych przez bogate i sierotach z bogatych rodzin adoptowanych przez biedne. Po latach wykazano, że dzieci biednych rodziców wychowane w bogatych rodzinach jako dorośli osiągnęły większy sukces niż dzieci bogatych rodziców wychowane w biednych rodzinach, co ma świadczyć o braku wpływu genów na sukces życiowy, a przynajmniej o decydującym wpływie wychowania.

    1. Przede wszystkim Plomin nieustannie zwraca uwagę na to, że determinacja w 50,60 czy jakimkolwiek innym udziale procentowym to nie pewność. Po drugie – znaczenie ma środowisko, ale tu znowu niespodzianka, bo on próbuje przedefiniować, to co rozumiemy pod hasłem „środowisko” a przede wszystkim podkreśla, że geny również na to środowisko wpływają. No i co ważne, nieustannie odwołuje się do wieloletnich badań i meetanaliz dotyczących dzieciaków (i później dorosłych) adopcyjnych oraz bliźniąt.
      W przypadku tej kwestii, on zwraca uwagę na bardzo wiele zmiennych wpływających na możliwość uzyskiwania takich wyników.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.