Urobieni. Reportaże o pracy

Obawiałem się nieco zbioru reportaży Marka Szymaniaka Urobieni. Całość poświęcona jest rynkowi pracy w Polsce, zaś dyskusja na ten temat przybrała w pewnych kręgach uproszczoną manierę oskarżania, za całe zło z tym związane ostatnich 30 lat rozpasanego neoliberalizmu. Bo w zasadzie wcześniej, za PRLu wcale nie było tak źle. Nic to, że ów neoliberalizm istnieje przede wszystkim w głowach oskarżycieli, ale zgrabnie brzmi, no a przede wszystkim ludzie potrzebują zawsze jasnych i prostych odpowiedzi, które zwłaszcza po fakcie łatwo jest formułować.

Po lekturze mam mieszane uczucia. Z jednej strony to bardzo ważna książka. Pokazuje patologie… i tu muszę się zatrzymać. Intencją autora było bowiem pokazanie patologii rynku pracy, a ja się zastanawiam, nie po raz zresztą pierwszy, czy na pewno tylko o to chodzi. To jest w zasadzie opis patologii społecznej, braku swego rodzaju odpowiedzialności, solidarności, poczucia wspólnoty. Strachu, grania do własnej bramki (może jak się nie będę odzywał to mi zapłacą). Braku zaufania do systemu, który sprawia, że ewidentne łamanie prawa nie jest zgłaszane odpowiednim organom lub instytucjom. Tak jak jest to opisane w historii Żeni (Wstyd). To jest historia pogardy wobec człowieka. W tym wypadku od strony, kogoś kto daje pracę i czuje się panem i właścicielem życia drugiej osoby. Czytamy co jakiś czas informacje o przetrzymywaniu pracowników w kontenerach we Włoszech, Wielkiej Brytanii. Pozbawionych paszportów, szykanowanych, bez poszanowania ich praw i godności. W tym wypadku mamy to samo, ale nic się nie dzieje. Pokrzywdzona nigdzie tego nie zgłasza, dziennikarz próbuje tylko coś wyjaśnić. Reportaż jest anonimowy, nie padają nazwiska. A w tym wypadku brakuje interwencji. Właśnie, po to, żeby pokazać, że takie zachowania nie mogą być bezkarne.

Wiele razy słyszałem historię o tym, że w zagranicznych firmach do najgorszych sytuacji dochodzi, gdy stanowiska menedżerskie piastują Polacy. Próbując przypodobać się kierownictwu (a prawdopodobnie wykorzystując szansę na premie) mobbingują pracowników, łamią podstawowe prawa, nie szanują po prostu drugiego, zależnego od siebie człowieka. Ta historia wraca w reportażu o wałbrzyskiej fabryce Toyoty. Za to nie jest odpowiedzialny rynek pracy, neoliberalizm, czy kapitalizm. Odpowiedzialność ponosi brak szacunku do drugiej osoby. Wyniesiony z domu, szkoły, otoczenia? Nie wiem.

Społeczeństwo

Pozwolę sobie zostawić tu większy fragment tekstu opublikowanego w 1937 roku.

Co – tak z miejsca dałeś po pysku? – zapytał z niedowierzaniem. Roześmiałem się, a Miętus rzucił mi spojrzenie, którego nie zapomnę, spojrzenie zdradzonego, i wyszedł, jak przypuszczałem, do ubikacji. Kuzyn odprowadził go wzrokiem. – Przyjaciel twój, zdaje się, potępia – co? – zauważył z lekką ironią. – Oburzony na ciebie? Typowy mieszczuch! – Mieszczuch! – rzekłem, bo cóż miałem powiedzieć innego. – Mieszczuch – rzekł. – Taki Wałek, jak mu dasz po mordzie, będzie cię szanował jak pana! Trzeba ich znać! Lubią to! – Lubią – rzekłem. – Lubią, lubią, ha, ha, ha! Lubią! – Nie poznawałem kuzyna, który dotąd traktował mnie raczej z rezerwą, apatia jego zniknęła, oczy zabłysły, wybicie Walka po pysku spodobało mu się i ja się spodobałem; rasowy panicz wyjrzał z opieszałego i znudzonego studenta, jak gdyby nagle wciągnął w nozdrza zapach lasu i gminu. Świecę postawił na oknie, usiadł w nogach łóżka z papierosem. – Lubią – rzekł. – Lubią! Bić można, tylko trzeba dawać napiwki – bez napiwków nie uznaję bicia.

Ojciec i stryj Seweryn swojego czasu w „Grandzie” bili po mordzie portiera. – A wuj Eustachy – rzekłem – pobił po mordzie fryzjera. – Nikt nie bił po mordzie lepiej od babki Eweliny, ale to dawne dzieje. Ot, niedawno Henryś Pac się urżnął i sprał po pysku kontrolera. Czy znasz Henrysia Paca – jest bardzo bezpretensjonalny. – Odparłem, że znam kilku Paców, wszystkich nadzwyczaj naturalnych i bezpretensjonalnych, Henrysia jednak dotychczas nie zdarzyło mi się spotkać. Ale Bobiś Pitwicki wybił w „Kakadu” szybę mordą kelnera. – Ja raz tylko sprałem po papie biletera – rzekł.

Ferdydurke, Witold Gombrowicz

Pamiętacie swojego kumpla. Tego z działu obok, który nagle został szefem. Często o takich osobach mówi się, że władza uderzyła im do głowy. Nagle przestał być równiachą, zaczął sprawdzać kto z podwładnych wychodzi wcześniej, od czasu do czasu zdarzyło mu się rzucić tekstem – “nie musisz tu pracować”. Do tego dochodziły mniej lub bardziej widoczne próby pokazania, jak wygląda w firmie porządek dziobania.

A może przypominacie sobie gościa z kolejki w supermarkecie. Nie wyglądał jakoś inaczej. Ot przeciętniak. Ale wyższość w stosunku do kasjerki wręcz od niego biła, gdy pozwalał sobie na aroganckie komentarze.

– Spieszy mi się.

– Co tak wolno kasuje towar.

– Skąd oni “je” biorą?

O, a może ta elegancka pani w sklepie kosmetycznym, która nakrzyczała na młodą dziewczynę za ladą, bo zasugerowała jej krem 50+.

– Co pani sobie myśli, jak można być tak impertynenckim?

Przypominam sobie rozmowę ze znajomym, który po kilku latach pracy wrócił do Polski. Wielki bank międzynarodowy. On dostaje kierowniczą funkcję. Buduje zespół. Po kilku dniach przychodzi do niego koleżanka, również na kierowniczym stanowisku i mówi: – wiesz, nie powinieneś się tak bratać z zespołem. Oni powinni się ciebie bać.

Jeszcze kilka migawek:

Ochroniarz, który przez chwilę ma władzę, więc nie mówi „proszę” i „czy mógłby pan”, zwłaszcza jeśli widzi młodych, tylko od razu wali na “ty”, z ewidentną agresją w głosie.

Starszy gość pracujący jako ratownik na basenie podchodzi i napastliwie pyta dziesięciolatki: – nie umiesz czytać? Nie umiesz czytać? No co nie odpowiadasz?

Chodziło tylko o to, że nie wolno skakać, co kilka chwil wcześniej dziewczyna zrobiła. Ale nie przekazał tego rzeczowo i spokojnie. Nie, od razu nienawiść i pokazanie władzy.

Konduktor, który wyrzuca 12-latka z pociągu, bo mimo zaświadczenia ze szkoły brak mu pieczątki na legitymacji i za nic ma jakąkolwiek odpowiedzialność za w sumie jeszcze dziecko.

Do tego dodam jeszcze styl nauczania w szkole, który od wielu lat można scharakteryzować jako „nie dyskutuj, nauczyciel ma rację”.

A może przypominacie sobie panie sprzątające w biurach, na klatkach schodowych. Jak wiele osób mówi im „dzień dobry”?

Istnieje w Polsce pewien problem z uprzejmością, grzecznością. Zwłaszcza w relacjach hierarchicznych. Zawsze znajdą się osoby, które musza pokazać swoją wyższość. W wielu przypadkach agresja nie jest związana z jakimś wyjątkowo wysokim statusem, czy stopniem zamożności. Raczej pojawia się „bo mogę, bo pokażę kto tu rządzi”.

Zostawmy socjologom rozważania skąd się to wszystko bierze. Ja chciałbym zadać jedno tylko pytanie. Tym wszystkim, którzy prześcigają się ostatnio w udowadnianiu, że polski rynek pracy w relacji pracodawca-pracownik jest folwarczny. Że odpowiedzialny jest za to neoliberalizm. Choć pisali o podobnych zjawiskach w swoich przedwojennych felietonach Słomczyński, czy Makuszyński. Łatwo jednak postawić tezę, że „neoliberalne Pany” się panoszą, wykorzystują i tłuką po wirtualnych mordach. Bo czymże jak nie waleniem w pysk, jest zbyt niska wypłata. Jak mawiał Adaś Miauczyński

Osiem lat podstawówki i cztery liceum. Potem pięć, bite, studiów, dyplom z wyróżnieniem, dwadzieścia lat praktyki, i oto mi płacą, jak by ktoś dał mi w mordę.

No właśnie czy to wyłącznie pracodawcy? W migawkach, które zamieściłem wyżej to są zwykli ludzie. Wielu z nich nie jest właścicielami biznesów, być może nawet nie żyją zbyt zamożnie. Ba, są to nawet ci, których w obronę chcą brać nowi marksiści – ochroniarze, kasjerki, żadna tam klasa średnia. Ale w chwilach przewagi lubią w pysk wirtualny dać. Ot, bo mogą.

Ale dla dobra własnych argumentów dobrze znaleźć wroga, który jest wdzięczny. Kapitalistę-pracodawcę. Najpewniej neoliberała.

Wąskie horyzonty

Podobały mi się te reportaże. Zwłaszcza, że w dwóch pierwszych jej bohaterowie wypowiadali się bardzo dobrze, o swoich pierwszych pracodawcach (małych), którzy starali się do końca pomagać, choć musieli zamykać swój biznes, w zetknięciu z wchodzącymi na rynek wielkimi korporacjami. Niestety autor wyszedł z roli obiektywnego reportażysty i dołączył coś co można nazwać paszkwilem na prywatnego pracodawcę (Zbawiciel). Znam ten schemat również – ponarzekajmy na “Janusza biznesu” – kołka, który chce taniej siły roboczej. Nic to, że we wcześniejszych reportażach tym złym okazywały się urzędy publiczne, uczelnie i wielkie korporacje (outsourcing i najniższe stawki dla ochrony, sprzątaczek) czy patologia w branży ochroniarskiej związanej z dofinansowaniami z PFRON. Znów zabrakło szerszego spojrzenia.

Brakuje tej perspektywy, gdy opisuje się patologiczne zwiększanie wydajności w fabryce silników z 7 sekund do 5,5 sekundy czy obniżanie kosztów w centrach telefonicznych. Bo szerszy kontekst powinien pokazać, że po drugiej stronie stoimy my – konsumenci. Chcący mieć samochód od razu po podjęciu decyzji w salonie, a nie za kilka miesięcy. Bo to my chcemy mieć nowe ubrania, sprzęty i usługi, najlepiej natychmiast, najlepiej jak najtaniej. Wygoda kosztuje. Marki kosztują. Ale nie nabywców, tylko wykorzystywanych ponad miarę pracowników. Dopóki byli w odległej Azji przeszkadzało to nie tak bardzo. Ale gdy nagle są obok nas, zaczynamy przejmować się ich losem, oskarżając kapitalizm. Nigdy siebie.

Marazm

Miałem niegdyś przygodę – pracowałem w gazecie wydawanej przez niezbyt rzetelną firmę giełdową. Ten sam “koncern” wydawał również dziennik Życie. Od wielu tygodni nie płacił dziennikarzom, nie odprowadzał składek na ubezpieczenie. Ci jednak nie potrafili się postawić, i zbuntować, zaś ich naczelny miał pretensję, że nie wykorzystują prywatnych telefonów, żeby jednak gazeta się ukazała. Trwali w patologicznym układzie. To byli wykształceni ludzie, nie robotnicy niewykwalifikowani. Do dziś nie rozumiem, czemu nie mówili o tym głośno, czemu nie powiedzieli – nie wydamy dziś gazety. To nie było takie trudne. Całość tej dziwnej sytuacji opisałem w tekście opublikowanym w Gazecie Wyborczej (“Byłem współpracownikiem spółki giełdowej”, 06-01-2003).

Przy okazji daty publikacji tamtego tekstu, nie zgodzę się z równie częstą tezą (pojawia się również w książce Marka Szymaniaka), że rynek spatologizował się po kryzysie w 2007 roku. Mało kto pamięta recesję z lat 2000-2003. Niepłacenie pensji w wielu branżach, niepłacenie faktur w terminie, wysyłanie setek CV przez młodych. Przejście na rozliczenia gotówkowe, bo nikt nikomu nie wierzył. Nawet nie chce mi się wspominać znów o patologiach na rynku wydawniczym. Niemal “od zawsze”.  Nie jest winien system, tylko ludzie.

Zaskoczenie

Miło zaskoczyło mnie zakończenie, czyli rozmowa autora z profesorem Andrzejem Szahajem. Choć sam dziennikarz próbował ustawić rozmowę pod tezę “ten zły neoliberalizm”, Andrzej Szahaj wyraźnie dystansował się od takiego zerojedynkowego widzenia świata. Podkreślał kilkukrotnie, że zmiany po 1989 roku następowały tak szybko i dynamicznie, że dziś możemy z dystansem powiedzieć, co było złe, a co nie, ale wówczas po prostu dynamika zmian nie pozwalała na refleksję. Co więcej wyraźnie (często mi tego brakowało w innych dyskusjach) podkreśla, że ludzie byli tak zmęczeni PRL-em, że po prostu odrzucono wszystko. W tym różne ważne rozwiązania, związane choćby z kwestiami socjalnymi. Do tego doszła jeszcze niesłychanie dobra koniunktura w gospodarce światowej. Więc można było liczyć na to, że wzrost gospodarczy będzie dla każdego.

Większość społeczeństwa była zaskoczona zmianą, nikt nie miał świadomości, co to będzie. Skąd mieliśmy wiedzieć, jakie będą konsekwencje. Mieliśmy tylko wyobrażenie wyidealizowanego kapitalizmu, wziętego głównie z amerykańskich filmów. Owszem, w poprzednim ustroju pojawiały się publikacje bardzo krytyczne wobec kapitalizmu, ale traktowano je jako robotę komunistów, którzy chcą nam zohydzić ten raj.

[…]

Jeśli ktoś pyta, czy transformacja była sukcesem to odpowiadam: tak, uważam, że to był sukces Ale na pewno nie wszyscy wygrali. Być może transformację można było poprowadzić lepiej. Być może inaczej. Łatwo jednak krytykować, gdy się nie brało bezpośrednio udziału w działaniach i nie zna się wszelkich uwarunkowań, więc z tą krytyką trzeba być ostrożnym.

Podoba mi się ten dystans i krytycyzm, zwłaszcza, że przedmowa prof. Szahaja do książki Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko zdawała się być całkowicie odmienna.

Podsumowując – Urobieni są ważną książką, ale zacznijmy patrzeć na całość jako dysfunkcyjne społeczeństwo, nie radzące sobie z szacunkiem do drugiego człowieka, a nie tylko wycinek świata z tezą “zły pracodawca – dobry pracownik”.  Co swoją drogą jest odwróceniem wcześniejszej narracji “dobry pracodawca – zły i roszczeniowy pracownik”.

[Photo by Stephen Philpott on Unsplash]

Urobieni. Reportaże o pracy, M. Szymaniak

Urobieni. Reportaże o pracy, Marek Szymaniak

Wyd.: Czarne, 2018

Podziel się

Jeden komentarz do “Urobieni. Reportaże o pracy”

  1. Nie wiem, czy jest to bardzo a propos, ale nigdy nie przeszłam na “ty” z moją panią sprzątającą. Nie dlatego, że to ja jestem “panią”. Polską panią. 🙂 Dlatego, że ją szanuję.
    Co ciekawe, inni pracodawcy ją “tykają”, ale ja jedna, trzy razy, odwiedziłam ją w rodzinnym domu na Ukrainie. I chętnie pojechałabym tam znowu, ale moje obecne auto mogłoby już tego nie przeżyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *