Pokochać PiS

Wieczny spisek. Wieczna walka. Wszystko to czyści umysł każdego działacza z rozsądku i każe myśleć tak, jak chce partia. Siedząc na wszystkich tych partyjnych spotkaniach, często myślę o tym, że przecież wiem, skąd się biorą te spiski. Osobą, która je stworzyła, jest lider partii Jarosław Kaczyński.

Trafiłem na rozmowę z Markiem Zagrobelnym na YT. Były radny, członek  Prawa i Sprawiedliwości od 2003 roku, szef lokalnego Klubu Gazety Polskiej postanowił napisać książkę Pokochać PIS, w której – jak wynika z podlinkowanej rozmowy, oraz wielu innych materiałów, promujących książkę – postanowił pokazać kulisy działania partii. Zagrobelny odszedł z Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku, po dwunastu latach działania. Wyjechał do Norwegii i tam przyszła refleksja, że to w czym uczestniczył było złe.

Po rozmowie prowadzonej przez Tomasza Piątka oraz z drobnych medialnych doniesień miałem nadzieję, na prawdziwe wyznanie człowieka, który w młodym wieku dał uwieść się pewnym hasłom, a następnie zaczął zauważać, co faktycznie stoi za tymi hasłami. Zapowiadało się niezmiernie interesująco. Mogła to być pozycja, będąca niejako studium przypadku do książki Jonathana Haidta Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka? Tak, jak napisałem wówczas przy refleksjach o tamtej książce Haidt próbuje zrozumieć osoby o konserwatywnych poglądach, wychodząc z założenia  – niemożliwe, żeby ludzie, którzy mają inne poglądy od nas byli bez wyjątku sukinsynami. 

Pokochać PIS było więc szansą na zrozumienie, jak to się stało, że młody student prawa, wychowywany w rodzinie konserwatywnej, inteligentny wchodzi w struktury partyjne, jest przekonany o sensie kariery politycznej, zaczyna wierzyć w budowany przekaz (również demagogiczny), a następnie ta wiara zostaje zburzona.

Niestety pod tym względem jest wielkie rozczarowanie. W dużym skrócie ścieżka życiowa pokazana przez autora wygląda następująco. Podczas studiów spotkałem niewiele starszego działacza politycznego, który mi zaimponował – poglądami, zachowaniem, ubiorem. Zapisałem się do partii, byłem aktywny, budowałem struktury. Miałem szansę na wysokie stanowisko dzięki ustawionemu konkursowi. W 2015 roku wyjechałem na stałe do Norwegii, w której byłem już wcześniej i tam zobaczyłem inny świat. Zrezygnowałem z partii. Koniec. Kropka.

Oczywiście upraszczam całość – bo sama opowieść o pobycie w partii jest dość szczegółowo opisana. Nie są to rzeczy, o których byśmy nie wiedzieli, choć szczegóły zawarte w rozdziałach “Nauczyć się nienawidzić”, “Następstwo szkoły dyskryminacji” pokazuje urabianie młodych ludzi. Może i początkowo niepewnie się czują przy ewidentnie agresywnie antysemickich hasłach, ale jak to młodzi ludzie, którym zależy na opinii środowiska, wchodzą w to. W zasadzie nie różnią się od innych młodych, który w innym miejscu i w innym czasie uczą się wciskać seniorom niepotrzebne karty kredytowe, albo garnki ze złota.

Powtarzam te teorie oraz spiski i skutecznie je powielam, zgodnie z myślą i narracją partyjną. Tak trzeba twierdzić, należąc do partii, i ja to robię. Uczestniczę w wielu spotkaniach z posłami, seminariach, prezentacjach, odczytach. Zabieram głos na konwencjach programowych partii i spotkaniach roboczych w różnych lokalnych strukturach. Jestem przez nie zapraszany jako redaktor naczelny partyjnej prawicowej gazety, gdyż bardzo efektywnie na jej łamach pokazuję spisek wokół śmierci prezydenta. Wszystkie te działania są podejmowane w jedynej słusznej sprawie. Ale przecież ja też mam swój rozum… Nie jest on przecież jakimś ułomnym wytworem natury, tylko zdrowym, inteligentnym narzędziem stworzonym do funkcjonowania w świecie. Potrafię myśleć, i to całkiem logicznie, a wykształcenie, jakie dane mi było zdobyć, przeogromnie mi w tym pomaga. Widzę zatem jednocześnie, że wszystkie te spiskowe teorie dziejów, gdyby tylko się uprzeć, można spokojnie włożyć między bajki.

Po dwunastu latach aktywnego działania w PIS, proces “wychodzenia z partii” to ledwie dwa-trzy akapity.

Wiele lat później jestem już wyeksploatowany i umysłowo wyjałowiony. […] Przez ponad 10 lat nauczył się łatwo przyswajać skrajności i ekstremizm. Na szczęście dla mnie – da się to odwrócić. Latem 2015 roku wyjeżdżam na stałe do Norwegii. Po zamknięciu rozdziału pod tytułem „Polska” czuję się wyzwolony i gotowy na każde pozytywne wyzwania – byleby nie miały one nic wspólnego z dotychczasowym światem. Zawsze byłem ciekawy tego, czy człowiek może się zmienić, i nigdy w to nie wierzyłem. A jednak to możliwe. […] Gdy w kilka miesięcy zamykam wszystkie polskie sprawy, nie wierzę już w historyczne zaszłości. Nie wierzę w układ i postkomunistyczne, polityczno-towarzyskie powiązania, na których zbudowana jest Polska. Nie wierzę, ponieważ nigdy ich nie było.

I już. Koniec. Rach, ciach i po krzyku. To co mogło być najciekawsze, bo niewykluczone, że dawałoby argumenty do rozmów z osobami wciąż ślepo wierzącymi w przekaz prezesa i akolitów, zostało zaprezentowane w taki sposób. Nie wiemy dlaczego? Jak wyglądał ten proces uświadamiania sobie. Nie wierzę w to, że odbyło się to szybko i bezboleśnie. Dysonans poznawczy związany z naszymi poglądami i przyznaniem się do błędów jest zbyt silnym napięciem psychologicznym, żeby w jednej chwili pozbyć się przekonań, poglądów, stanowiska, którym nasiąkało się ponad dekadę. Kogo autor spotkał w Norwegii, że tak się stało. Gdzieś tam można między wierszami przeczytać, że zobaczył jak zbudowane jest społeczeństwo obywatelskie, tolerancyjne, równościowe. Ale to moim zdaniem naprawdę nie daje odpowiedzi na te wszystkie pytania. Dlaczego i co było impulsem? 

Ciekawe jest, czy gdyby nie jego wyjazd z Polski byłoby tak łatwo odciąć się od dotychczasowych powiązań, znajomości, układów.

Pod tym względem ta książka jest ogromnie rozczarowująca. Należy jednak pamiętać, że pierwotnie ukazała się ona po norwesku i była skierowana do tamtejszego czytelnika. Z tego też powodu, relatywnie szczegółowe pokazanie, co robi z Polską, PiS w procesie przejmowania władzy. Jak kreowane są kolejne teorie spiskowe, podburzanie ludzi przeciwko sobie, czy wypełnianie pewnych deklaracji ideowych, które dopiero odczytane po latach zaczynamy rozumieć, gdy już widzimy co się wydarzyło – z służbą cywilną, sądownictwem, urzędami, spółkami Skarbu Państwa.

Dla partii Prawo i Sprawiedliwość to niestety charakterystyczne. Ten znany mi schemat stosowany jest również w strukturach partii do weryfikacji członków, a później do ich mobilizacji. Dzieje się tak od samego początku jej istnienia, a więc od roku 2001. Przekonanie, że „naród to my”, może być o tyle niebezpieczne, że pozwala na wyzbycie się odpowiedzialności politycznej za swe działania. Zawsze można później powiedzieć, że reformy się nie udały, ponieważ komunistyczne elity (względnie układ lub kasta) były niestety zbyt silne. Partia, chcąc uniknąć wszelkich takich konsekwencji, uderza więc w pierwszej kolejności w ten najważniejszy obszar mogący powstrzymać zamiary skolonizowania kraju, a mianowicie w sądownictwo. […]

Sięgam pamięcią 16 lat wstecz i przed oczami mam pierwszy program partii odnaleziony w jednej z szuflad domowego biura, który zawierał dokładnie ten zapis. To idealne odwzorowanie postulatu towarzyszącego partyjnej ideologii od samego początku. Jeśli chodzi o ustrój sądów powszechnych, partia planuje też zwiększenie kompetencji ministra sprawiedliwości w zakresie powoływania i odwoływania prezesów i wiceprezesów sądów (co również jest postulatem z pierwszego programu), a także wprowadzenie losowego przydziału spraw sędziom oraz niezmienność składu sędziowskiego w jednej sprawie. A co do zmian w Sądzie Najwyższym, proponowane jest umożliwienie przeniesienia obecnych sędziów w stan spoczynku oraz utworzenie trzech nowych izb sądu. 

Jedne z najcenniejszych spostrzeżeń dotyczą różnic w funkcjonowaniu ustroju Norwegii i Polski. I nie chodzi wyłącznie o Norwegię, ale wszystkie na tyle rozwinięte demokracje, że zdołały “zaszyć” w swoich strukturach bezpieczniki, zapobiegające sytuacjom, jakie miały miejsce w Polsce, na Węgrzech, czy w Turcji.

państwo polskie w zasadzie nie jest w stanie funkcjonować przejrzyście i uczciwie, w sytuacji gdy istnieje realna możliwość zmiany jasnych od lat reguł tak, by państwową instytucję podporządkować konkretnej osobie mogącej następnie wyciągać z niej nieprzeciętne publiczne pieniądze. To nie może być uczciwe. Najsmutniejsze jest to, że ludzie, którzy w pierwszej kolejności powinni być zainteresowani tym, by wszystko działało sprawnie, wcale takiego zainteresowania nie wykazują.

Marek Zagrobelny wydał swoją książkę po polsku. Promuje ją bardzo aktywnie. Nie wiem, jakie ma plany. Czy jego zmęczenie polityką, które sprawiło, że odszedł z PIS już minęło. Czy zamierza wesprzeć jakoś, którą z partii opozycyjnych? Czy będzie mógł pokazać, jak odbudować to wszystko po czym przejechał partyjny walec? A może zamierza być uczestniczącym obserwatorem, który pokaże kulisy działania niektórych polityków (tak jak wyciągnął właśnie zdjęcia z Patrykiem Jakim i Januszem Kowalskim, którzy dziś atakują Fundację Konrada Adenauera, a w latach 2004-2012 ich organizacje korzystały z pieniędzy fundacji)?

Jeśli tak, to musi być przygotowany na to, że atak na “zdrajcę” będzie pewnie poważny. Prawda – o czym doskonale sam wie – nie ma tu najmniejszego znaczenia.

Szkoda potencjału tej książki. Jest zbyt grzeczna, zbyt niedopowiedziana. Może szokująca dla Norwegów. Znacznie mocniej wypowiada się w rozmowach, które prowadzi przy okazji promocji książki:

Byłem przez lata fanatykiem z wypranym mózgiem; cynikiem i karierowiczem. Długo uważałem, że robię to dla dobra kraju, bo trzeba go oczyścić z okrągłostołowych układów. PiS to było szaleństwo, które pokochałem. I przed którym chcę teraz ostrzec innych.

[Foto: Kadr z filmu, Czarne Lustro, odcinek Waldo]

Pokochać PiS, Marek Zagrobelny

Pokochać PiS, Marek Zagrobelny
Wyd.: Arbitor, 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.