Dziesięć kawałków o wojnie

Czytam wspomnienia Arkadija Babczenko o wojnie w Czeczenii – Dziesięć kawałków o wojnie – i mam w głowie zdjęcia rosyjskich żołnierzy pojmanych przez Ukraińców i pokazywanych światu. Obdartych, młodych chłopaków, z twarzami nie wyrażającymi niczego, a o których wiemy, że wcale nie zabijali wyłącznie żołnierzy, ale mordowali, gwałcili ludność cywilną. Grabiąc i niszcząc wszystko co napotkają. Babczenko znalazł się na wojnie z Czeczenią, gdy miał osiemnaście lat. Choć podobnie jak teraz podczas najazdu na Ukrainę, oficjalna propaganda nie nazywała tego wojną. Dziś mówią o “specjalnej operacji”, wtedy o “zaprowadzeniu porządku konstytucyjnego”. Babczenko – Rosjanin, dziś mieszka w Ukrainie, zaś przez władze rosyjskie poszukiwany jest listem gończym.

Czytam Dziesięć kawałków o wojnie i wszystko to co widzimy o wojnie w Ukrainie, co wydawało się niewyobrażalne znajduje się w tej książce. Druga armia świata – pełna przemocy, fali, korupcji, dezercji, zamroczona samogonem. Rosjanie sprzedający Czeczenom amunicję i uzbrojenie, byle tylko dostać jedzenie. Czasem nie dla siebie, tylko, żeby zaspokoić żądania “dziadków”. Stojących nieco wyżej w hierarchii chłopaków, którzy leją, terroryzują, okaleczają, a oficerowie w zasadzie tym się nie interesują. Są absolutnie mięsem armatnim. Część z nich marzy o tym, żeby wyjść już z koszar i dostać się na front, bo tam podobno mniej biją. 

Wojna w Ukrainie miała potrwać trzy dni. Zajęcie Groznego dwie godziny. Co mogło pójść nie tak?

Była to raczej operacja polityczna niż wojskowa, kompletnie nieprzygotowana i nieprzemyślana. Świadczy o tym jedno zdanie ministra obrony Federacji Rosyjskiej Pawła Graczowa, który zapowiedział, że „zajmie Grozny dwoma pułkami w ciągu dwóch godzin”. Dowódcy już na początku zdradzili swoją armię. Żołnierze nie potrafili nawet strzelać, byli zaszczuci i zdemoralizowani, nie rozumieli celów ani zadań tej wojny domowej, której nie nazywano nawet wojną – byli zwykłym mięsem armatnim.

Ta eskalacja przemocy i barbarzyństwa, którą widzimy teraz w mediach podczas wojny w Ukrainie, jest konsekwencją niesłychanej przemocy w rosyjskim wojsku. Zastraszeni, muszą odreagować, a przede wszystkim wypełniać rozkazy psychopatycznych podoficerów i oficerów, a każdy z nich liczy na to, żeby przeżyć. Żeby zostać okaleczonym i odesłanym do domu.

Te brednie: lepiej zginąć, niż zostać beznogim kaleką, wymyślili autorzy kiepskich książeczek o wojnie. 

Wielu z nich znalazło się na wojnie przypadkiem. Zostali okłamani – obiecano im, że będą pomagać w pracy piekarni w Biesłanie. Wygłodzeni, wymizerowani zgłaszali się do tej akcji. Wyglądała na wymarzoną. Tylko to była bzdura, w którą chcieli wierzyć. A nawet, gdyby się nie zgłosili, to wielu z nich zostałoby do tego zmuszonych. Biciem, przemocą. Są nikim. Nikt się nimi nie interesuje, a już najmniej “ojczyzna-mateczka”.

Wszyscy bogaci i piękni wykręcili się od wojny dzięki nadzianym tatusiom, a w Groznym umierają zwykli wiejscy chłopcy, którzy nie mieli pieniędzy na wykup. w namiotach usypano góry z dzieci robotników, nauczycieli, rolników, zwykłych urzędników, jednym słowem wszystkich tych, których nie stać było na łapówkę, których państwo wykończyło swoimi złodziejskimi reformami, a potem porzuciło, by zdychali. w namiotach leżą dzieci tych, którzy nie mogli dać w łapę komu trzeba albo uważali, że służba wojskowa to obowiązek każdego mężczyzny.

Czytałem sporo książek dotyczących wojen, przede wszystkim z perspektywy amerykańskiej, zarówno II wojny światowej, jak i tej w Wietnamie (Depesze). Gdy byłem młodym chłopakiem dość szybko zrozumiałem, że romantyzm i bohaterstwo wojny to bzdura. Jest strach, pot, krew i koszmary w życiu „po”. W pewnym sensie przeżycia rosyjskiego chłopaka na wojnie, której nie rozumie, którą prowadzą wielcy w swoich gabinetach, nie różni się od tego, co opisywali Heller w prześmiewczym Paragrafie 22, Mailer w Nagich i martwych, Wharton w Księżycowej, jasnej nocy i wielu, wielu innych. Również tam, wielu z tych młodych chciało jak najszybciej uciec z frontu. Jednak to co wyróżnia armię rosyjską pokazaną z perspektywy rosyjskiego żołnierza, to brak jakiegokolwiek szacunku dla życia tych młodych chłopaków. Wielkość armii rosyjskiej zdaje się opierać wyłącznie na masie mięsa armatniego, które można poświęcić i zasilić kolejnymi chłopakami. To armia dziewiętnastowieczna. Morale? Jakie morale? Nie pamiętam, żeby w czytanych przeze mnie książkach o wojnach, które mają z reguły jednoznacznie pacyfistyczny wydźwięk, pojawiał się tak często wątek obcowania ze zwłokami własnych towarzyszy broni. Nie w tych, chwilach, gdy giną w walce. Tylko zwożonych, pakowanych, przerzucanych. W Dziesięciu kawałkach o wojnie te obrazy pojawiają się bardzo często. 

Po rannych wyładowują ze śmigłowca ładne srebrne worki. Do tych pięciu, którzy zostali ostatnim razem, dwóch półnagich żołnierzy dokłada jeszcze ośmiu.

Pojawia się ural.

Gorąco, żołnierze pracują w kalesonach i klapkach. Tak normalnie, tak zwyczajnie. Upał, pas startowy zawalony trupami, dwóch żołnierzy w obciętych nad kolanem kalesonach ładuje martwych ludzi w workach, jak ziemniaki…

Na dodatek żołnierze układają zabitych wzdłuż na pace, a kiedy nie starcza już miejsca na podłodze, zaczynają układać ich drugą warstwą. Ostatniego kładą pośrodku w przejściu, wskakują na pakę i ural rusza w stronę stacji. Rano widzieliśmy tam na bocznicy chłodnie. Teraz wiemy, do czego służą.

Jak można budować morale własnej armii, jeśli jej uczestnicy dzień w dzień widzą tyle ofiar. Wielokrotnie podczas wojny w Ukrainie pojawia się wątek, tego, jak genialnie propagandowo wygrywają Ukraińcy w tym konflikcie, świętując i informując o najmniejszych nawet zwycięstwach – zniszczeniu ciężarówki, czołgu, pojmaniu kilku jeńców. 

Babczenko wspominając wojnę w Czeczenii opisuje, że mieli non stop wrażenie, że ponoszą ciągłe ofiary. Co z tego, że niby armia zdobywa kolejne miasta, wsie, jeśli oni giną setkami, płonie sprzęt, a reszta jest rozkradana.

Nie wiemy, o co walczymy. Nie mamy celu, nie ma moralnego, wewnętrznego uzasadnienia wszystkich tych morderstw. Wysyłają nas, byśmy umierali i zabijali nie wiadomo za co. 

Przerażająca jest ta książka. Gdy wydaje się, że gorszych opisów już nie będzie, okazuje się, że to dopiero początek. Jest tylko jedna optymistyczna rzecz z nią związana. Mając w głowie, to jak zdeterminowani i wyszkoleni są Ukraińcy, jakie otrzymują wsparcie militarne ze świata (choć wciąż zbyt małe) ta wojna dla Rosji będzie wyjątkowo kosztowna i upokarzająca.

Oficerowie naszego batalionu przekształcili się w zorganizowaną bandę i funkcjonują oddzielnie od nas, żołnierzy. To szakale, nigdy nie nazywali ich inaczej w wojsku. A szakale to prawdziwe szakale.

Czego można oczekiwać po oficerach oprócz bicia, skoro sami dorastali w koszarach? Bito ich, kiedy uczyli się na kursach, teraz też ich biją w oddziałach frontowych. Co drugi pułkownik umie tylko skamleć i bić, na oczach podwładnych zmieniając porucznika, kapitana i nawet majora w jęczącego, rozczochranego gówniarza. Generałowie już nie wymierzają pułkownikom kar, po prostu leją ich w mordę. Nasza armia jest robotniczo-chłopska, doprowadzona do rozpaczy wieczną biedą, zezwierzęcona głodem, bez mieszkań, oberwana i bita przez wszystkich na odlew niezależnie od rangi, pozbawiona praw – nie armia, lecz horda, która przejęła od przestępców i lumpów wszystko, co najgorsze, cały ten burdel, i rządzi się wilczymi prawami. 

[…] Wykształceni, pragnący służyć oficerowie nie wytrzymują tu zbyt długo, zostają tylko ci, którzy nie mają gdzie mieszkać i których karmią bajkami o mieszkaniu, albo ci, którzy nie są w stanie sklecić zdania i nie potrafią nic innego, tylko łamać zęby młodym. Oni pną się po szczeblach kariery – nie dlatego, że są lepsi, tylko dlatego, że innych nie ma. 

[…]

Minęły cztery lata, ale nic się w armii nie zmieniło, minie jeszcze dziesięć razy po cztery lata, i nic się nie zmieni.

W najnowszym numerze Tygodnika Powszechnego znalazł się wywiad z autorem.

Rosja, o której i dla której pisałem „Dziesięć kawałków”, już nie istnieje. Do kraju, w którym się urodziłem, przyszedł faszyzm. Żołnierzy, z którymi walczyłem w jednym pułku, z którymi jadłem z jednej miski i których uczyniłem bohaterami mojej opowieści, dziś nienawidzę. A byli mi bliscy – Andriucha, Wania – piszę o nich dobrze. Niestety, wielu z nich wzięło do ręki karabin i walczy dziś na Ukrainie.

Po wojnie starałem się wspierać weteranów. Organizowałem zbiórki na kupno wózków inwalidzkich. Redagowałem pismo im poświęcone. Tej działalności przyświecała jedna myśl: „nigdy więcej wojny”. Niestety, moi koledzy-weterani wychowali swoje dzieci na przyszłych żołnierzy. W „duchu patriotycznym”. Nic mi się nie udało. Jako pisarz jestem skończony. Jestem nikim. Moja literatura nie spełniła żadnej roli. Rosja, moi dawni przyjaciele w cywilu i przyjaciele-weterani należą do przeszłości. Nie chcę do tych wspomnień wracać.

Na deser piosenka Bertolda Brechta z 1931 roku w interpretacji Natalii Sikory


[Foto: Rosyjscy jeńcy pojmani przez wojska ukraińskie, pravda.com.ue]

 

Dziesięć kawałków o wojnie, A. Babczenko

Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii, Arkadij Babczenko

Wyd.: WAB, 2009

Tłum.: Karolina Romanowska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.