Ocalisz życie, może swoje własne

Kupiłem zbiór opowiadań Flannery O’Connor – Ocalisz życie, może swoje własne – niemal natychmiast po lekturze jej esejów (Misterium i maniery). Antologia ułożona jest chronologicznie i czytam pierwsze z nich – Pelargonia, napisane w 1946 roku i mam wrażenie, że ta opowieść dzieje się tu i teraz. Nie w Ameryce lat czterdziestych, gdzie główny bohater, Stary Dudley przenosi się z Południa do mieszkania córki w Nowym Jorku, tylko w Polsce w XXI wieku, zaś bohaterem może być starsza osoba z Podlasia czy Podkarpacia, ze względów zdrowotnych zamieszkuje z córką w Warszawie. 

Nie jest gotowy na tę zmianę. Na tłumy na ulicach, gwar, ciasnotę mieszkań i bloków. A przede wszystkim nie jest gotowy na zmianę kulturową. Na to, że jego sąsiadem jest “czarnuch” w garniturze, uśmiechający się i poklepujący go po plecach. To nie jest normalne. 

Jemu, który wiedział, że to niedopuszczalne. Który pochodził z zacnych stron. Z zacnych stron. Gdzie coś takiego byłoby niedopuszczalne. […] Utknął jak w pułapce w tym miejscu, gdzie czarnuchy mogą mówić człowiekowi „panie starszy”.

W Polsce, to pewnie byłyby jakieś pedały mieszkające za ścianą. Trzymające się za ręce i mówiące “dzień dobry” w windzie. Świat znowu tak bardzo się nie zmienił.

Kolejne opowiadanie Fryzjer i rozterki miejscowego nauczyciela, który w wyborach będzie głosował na kandydata, który popiera równe prawa białych i czarnych. Czytam te dialogi i mam wrażenie, że miejscowi przekonują go tak, jak dziś – hasłami w stylu “włącz myślenie”.

– Słuchaj, ja nic nie potrzebuję czytać. Wystarczy, że myślę. Właśnie to jest najgorsza wada dzisiejszych ludzi, że nie myślą, nie chce im się ruszyć zdrowym, końskim rozumem. Dlaczego nie myślisz, Rayber? Gdzie twój koński rozum? Po co ja się w ogóle wysilam? – z irytacją pomyślał Rayber. – O, nie! – ciągnął fryzjer. – Z wielkich słów żaden pożytek. Nie zastąpią myślenia.

[…]

– Wyście chyba powinni głosować na Hawka, bo przecież wiesz, co on powiedział o zarobkach nauczycieli. Powinneś mieć rozum. Czemu nie? Nie chcesz więcej kasy?

Czy to nie mogłaby być argumentacja zwolennika obozu rządzącego w Polsce 2022?

A wiesz, nigdy żeś nam nie wytłomaczył, dlaczego będziesz na niego głosował – wtrącił fryzjer, chichocząc pod nosem i zdejmując Rayberowi z szyi serwetę. – No właśnie – przytaknął grubas. – Ciekawe, czy da pan radę to wytłumaczyć i ani razu nie powiedzieć „praworzonność”.

Zresztą tu nikt nikogo nie przekona do swoich racji i w zasadzie większość doskonale o tym wie. 

Opowiadania O’Connor są spójne z tym, o czym pisała w swoich esejach o prozie pisanej przez wierzącego chrześcijanina. To nie laurki podnoszące na duchu, ale świat jakim pewnie był dookoła. Z wątpiącymi, obrażającymi, po cichu złorzeczącymi wbrew tradycji, wychowaniu i społeczności.

Uchodźca jest historią przyjęcia przez kobietę prowadzącą niewielką farmę uchodźców z Polski podczas drugiej wojny światowej. Ciekawa jest ta wizja autorki, łącznie z imionami i nazwiskami, które brzmią wyjątkowo niepolsko (Guizack, Sledgewig – czyżby Śledziewicz?). Dla purytańskiej Amerykanki i jej sąsiadki to obcy przybyli z jakiegoś dziwnego świata, gdzie trwa jakaś niezrozumiała wojna wszystkich, ze wszystkimi.

Dopiero teraz, odkąd zjawiły się te przybłędy, cudzoziemcy, wszystkiego ciekawi, ale niczego nierozumiejący, ludzie z   kraju, gdzie nieustannie toczą się jakieś wojny i   gdzie nikt nigdy nie zreformował religii, trzeba wciąż mieć się na baczności, w   każdej chwili może bomba pęknąć. Pani Shortley uważała, że powinno być jakieś prawo broniące od takich ludzi. Czy nie powinni byli zostać po swojej stronie oceanu i   zastąpić tych, którzy wyginęli w   tamtejszych wojnach i   rzeziach?

Ciekawie brzmią te słowa, bo przecież ich echo również widoczne jest we współczesnym świecie: ci, którzy uciekają przed wojnami, niech wracają i walczą za ojczyznę. Jeśli tego nie robią to są tchórzami, i tylko psują nam komfort bycia, samą swoją obecnością i biedą.

Nie mam wobec niego żadnych obowiązków. Czuję się zobowiązana wobec ludzi, którzy coś zrobili dla swojego kraju, a   nie wobec tych, którzy przyjechali zza morza, żeby skorzystać z   wszystkiego, co im nasz kraj może ofiarować.

Nic się nie zmienia.

Ponieważ opowiadania są ułożone chronologicznie widać, jak zmienia się styl autorki i jej podejście do wymyślania historii. Z czasem zaczyna pojawiać się coraz więcej groteski, coraz więcej absurdu i czarnego humoru. Ba można by nawet uznać momentami, że tylko krok dzielił Flannery O’Connor od zostania mistrzynią opowiadań grozy.

Jedno z moich ulubionych to Poczciwi wiejscy ludzie. Miałem wrażenie podczas lektury, że Terry Pratchett uczył się od niej.

Nic nie mogło skłonić pani Freeman do przyznania, że nie miała racji w   jakiejkolwiek sprawie. W   najlepszym razie zdobywała się na zdanie w   tym rodzaju: „No, cóż, nie powiem, że tak, i   nie powiem, że nie” – albo też błądząc wzrokiem po górnej półce kuchennej, gdzie stały rozmaite zakurzone słoiki, mówiła: „Widzę, że nie zjedliście dużo tych fig, które pani latem smażyła”.

[…]

–  Świat się składa z   różnych ludzi – westchnęła pani Hopewell. – Dzięki Bogu, że nie jesteśmy wszyscy jednakowi.

–  Niektórzy ludzie są bardziej jednakowi, inni mniej – stwierdziła pani Freeman.

[…]

Kiedy Turpinowie weszli, poczekalnia – bardzo mała – była już pełna ludzi, a   po zjawieniu się pani Turpin, bardzo dużej i   tęgiej – pokój skurczył się jeszcze bardziej. Pani Turpin zatrzymała się u   szczytu stołu zasłanego ilustrowanymi pismami i   stojącego pośrodku, górując nad nim jak żywy dowód niestosowności i   śmieszności tej ciasnej poczekalni.

Jednak pisarstwo O’Connor przestaje być szybko humorystyczne. Zaczynają się koszmary małych społeczności – rodzin, sąsiedztw. Mam wrażenie, że narrator wziął na siebie rolę wrednego obserwatora rzeczywistości i w niektórych wypadkach wychodzi to po mistrzowsku (Objawienie). Ten język jest niesłychanie oceniający, okrutny, paskudny. Bohaterowie to staruchy, idioci, grubasy, biała hołota. 

Wysiadły z   niego matka i   ten wycieruch. Matka wynurzała się powoli, stateczna i   niezgrabna, a   dziewucha wyśliznęła się szybko, wysuwając długie, trochę krzywe nogi spod zadartej aż nad kolana spódnicy;

W swoich esejach (Misterium i maniery) O’Connor podkreślała, że bycie pisarzem chrześcijańskim to nie pisanie o cudach, chwaleniu Pana i dobroci owieczek bożych. Że należy pisać o tym, co naprawdę się dzieje. I rozprawia się w opowiadaniach z dewocją, religijnym kołtuństwem, przy czym robi to w taki sposób, że chyba nie była zbyt lubiana przez przedstawicieli świata, który opisuje.

Z językiem Flannery O’Connor jest jeszcze związana jedna kwestia – to nie jest współczesny język, równościowy, który nie ma na celu nikogo obrażać. Wręcz przeciwnie, ale czytana bez kontekstu (o czym mówiliśmy w naszej audycji Rozmowy dla dorosłych przy okazji mówienia o filmie American Beauty) może zostać odczytana jako klasistowska, rasistowska, przemocowa. Niemniej ona oddaje ducha języka i mentalności, która tak postrzegała świat. Gdybyśmy próbowali to rugować i cenzurować, nie mielibyśmy pojęcia o tym, jak to wszystko wyglądało. Choć oczywiście to wszystko zdaje się narysowane wyjątkowo grubą krechą, a O’Connor zdaje się dokonywać swoistej zemsty na swoich bohaterach (a może realnych ludzi, którzy byli inspiracją dla nich) pakując je w sytuacje nie do pozazdroszczenia.

Spotkanie – jedno z moich ulubionych – to świat, w którym zniesiono segregację rasową, ale ona wciąż jest w głowach. Bohaterka – matka, nie jest w stanie znieść tego, że nagle Murzyni (tak – to słowo jest w tłumaczeniu oraz oryginale, i tak najczęściej jest pogardliwie wykorzystane) mają takie same prawa, ubierają się podobnie, a jej postępowy syn chce jej wyjątkowo utrzeć nosa.

Nierówne są te opowiadania i krótkie powieści i wymęczyło mnie to tomiszcze (w papierze ok. 600 stron). To co jest zwykle zaletą opowiadań – czyli zwięzłość i krótka forma – tym razem było przytłaczające. Nie chciałem jednak jej przerywać, więc mordowałem się na tym amerykańskim południu z tymi wszystkimi bigotami. Na dłuższy czas całkowicie mi wystarczy.

[Photo by Timothy Eberly on Unsplash ]

Ocalisz życie, może swoje własne, F. O'Connor

Ocalisz życie, może swoje własne, Flannery O’Connor

Wyd: W.A.B, 2019

Tłum.: Maria Skibniewska, Michał Kłobukowski

2 komentarze do “Ocalisz życie, może swoje własne”

    1. Coś trzeba przesuwać, coś odsuwać i mieścić miejsce 🙂
      Swoją drogą to są stare tłumaczenie, więc ten Murzyn/murzyński/nigger ma swoją wymowę, ciekaw jestem jaką ekwilibrystykę by dzisiejszy tłumacz zastosował.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.