Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos

Tom Wolfe należy do grupy znanych autorów, których książek nie czytałem, choć kiedyś bardzo chciałem, i o których przypominam sobie raz na jakiś czas. Przez krótki moment szukam jego książek (przede wszystkim Ognisko próżności/Fajerwerki próżności), nie znajduję, zapominam i tak trwa to od lat. W 2015 roku wydawnictwo Albatros zapowiadało wydanie kolejnych jego powieści (w tym Fajerwerków), ale cała inicjatywa zatrzymała się na na dwóch książkach. I tak się nawzajem mijamy.

I znów niedawno o Wolfem rozmawiałem z A. Dał mi cynk, że w ebooku ukazała się powieść Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos, wydana lata temu pod tytułem S-Kadra w tłumaczeniu Jana Kraśko.

No i czad! Szczęka mi opadła do samej ziemi od pierwszych stron. Nie przymierzając jak przy Hell’s Angels Huntera. Język, pomysł, obserwacje. Czad, brachu. Że pozwolę sobie nieudolnie oddać atmosferę tego co zrobił Wolfe.

Jestem pod wrażeniem, od pierwszych stron opisujących życie żon pilotów doświadczalnych w amerykańskich bazach wojskowych tuż po II wojnie światowej. Życie, w ciągłym oczekiwaniu na to, że “coś może się stać”. Niepisany kodeks żon, w którym nie wspominało się o ryzyku, śmierci i kolejnych wypadkach grupy oblatywaczy, tylko czekało się, aż któraś z nich wspomni, że chyba coś się dziś wydarzyło, zaś do drzwi zapukają przedstawiciele armii.

Genialny opis młodych ludzi, którzy przekraczają kolejne granice ryzyka. O tych, którzy mimo procedur, struktur wojskowych łamią po cichu, albo całkiem wprost różnego rodzaju zasady przy cichym przyzwoleniu przełożonych. Ba dzięki temu wiadomo, że “mają to coś”.

Latanie na szybkich w piękny, słoneczny dzień – innymi słowy, latanie jednosilnikowymi maszynami odrzutowymi typu, ot choćby Century, takimi jak F-102, czy jakimkolwiek innym kawałem cudownej rury wyposażonej w skrzydła – stawiało pilota przed większym wachlarzem sposobów śmierci do wyboru, niż jego żona i dzieci mogły sobie wyśnić w najkoszmarniejszych snach.

Balansowanie na granicy życia i śmierci. Ciągła rywalizacja. I choć dotyczy to tych, którzy jeśli popełnią błąd, lub posuną się zbyt daleko to zakończą jako szczątki “spalone do stopnia utrudniającego identyfikację”, bardzo to przypomina wszelkie grupy, wśród których rywalizacja o bycie najlepszym wiąże się często z łamaniem zasad, na co szefostwo patrzy przez palce, bo przecież liczy się wynik. Taka sama zasada obowiązuje w świecie tradingu i co jakiś czas światem finansów wstrząsa informacja, o milionowych stratach banku w “wyniku nieautoryzowanych transakcji pracownika” i po takim komunikacie wiadomo, że dopóki zarabiał dla firmy, nikt się raczej nie przyczepiał do tego, że przekracza normy ryzyka. Albo w sprzedaży różnego rodzaju produktów – kart kredytowych, obligacji korporacyjnych. Opowiada się klientom rzeczy, których oficjalnie przełożeni nie chcą wiedzieć, by później utyskiwać nad etyką sprzedaży.

Tę mieszankę prowokacji, anarchii i rywalizacji Wolfe zilustrował genialnie.

Po wcieleniu do eskadry myśliwców przychodził taki dzień,kiedy młody orzeł otwierał szerzej oczy, by zrozumieć jak teraz odpadają ci, którzy przegrali ten wspaniały braterski wyścig. I stwierdzał, że nie odpadali z winy instruktorów czy przełożonych i że nie utrącał ich brak wymaganych kompetencji. Odpadali, bo ginęli. Dopiero teraz zaczynało to do niego docierać.

Gdyby ktoś mi powiedział, że mam przeczytać książkę o pilotach myśliwców i początkach programów kosmicznych, nie mam pewności czy byłaby to wystarczająca zachęta. Wynik jest arcydziełem. Wolfe książkę pisał przez kilka lat. Dotarł do wspomnień i informacji, o których zwykle się nie mówi. Prywatnych, krępujących, wykraczających poza lukrowany świat zdobywców kosmosu.  Całość podał to w taki sposób, że czujemy się jakby przed nami siedział stary wiarus, oblatywacz i beznamiętnie z uśmieszkiem wyższości opowiadał o rzeczach mrożących czasami krew w żyłach, ale dla niego zupełnie zwykłych.

Spore wrażenie zrobił na mnie wątek szympansów, które “trenowano” do pierwszych lotów. Traktowanych w sposób brutalny, bez odrobiny humanitaryzmu, o którym dziś się mówi tak dużo. Swoją drogą książka wydana została w 1979 roku więc te informacje być może były dla wielu szokujące, a dla wielu normalne. Zwierzęta doświadczyły losu podobnego do opisanego w Szympansach z azylu Fauna. Czy bez takiego traktowania postęp byłby możliwy? Pewnie tak. Trwałoby to być może dłużej, ale można było to rozwiązać.

Inny wątek mocno i fantastycznie uwydatniony to media, kreacja sztucznej rzeczywistości, poszukiwanie bohaterów, celebrytów, coś co dziś mamy na porządku dziennym, w formie już wielokrotnie wynaturzonej. Bo dziś, żeby zdobyć zainteresowanie mediów i tych, którzy te media oglądają nie trzeba być ryzykantem, który zdobył kosmos. Dziś wystarczy pokazać majtki. Teraz wydaje mi się, że Wolfem mocno inspirował się Ben Fountain pisząc czterdzieści lat później Długi marsz w połowie meczu.

To nie jest arcydzieło reportażu, jak gdzieniegdzie można przeczytać. To arcydzieło opisywania psychologii ludzkich zachowań.

Psychologii żon żołnierzy, żyjących w ciągłym stresie, czy mąż wróci z misji. Psychologii młodych ryzykantów, nakręcających się kolejnymi wyzwaniami, psychologii tłumu i mediów, psychologii tych wszystkich, którzy podczepiają się pod ważne wydarzenia, żeby ogrzać się przez chwilę w ich blasku. Psychologia osób, które zaczynają tworzyć elitę i ustalają specyficzną kastowość i porządek dziobania (od razu przypominają się Naczelne z Park Avenue). Konflikty, rywalizacja, odstawienie na boczny tor, zyskanie statusu gwiazdy, strach o bliskich, sztuczność na pokaz, szczerość wśród tych, których znamy. To wszystko jest w książce Toma Wolfe.

Wyglądało na to, że w Ameryce jest pełno ludzi interesu, którzy dzierżąc znaczną wladzę i będąc silnymi przywódcami, nigdy nie zaznali władzy i przywództwa w ich formie pierwotnej i nie wiedzieli, co znaczy męska odwaga w obliczu niebezpieczeństwa fizycznego. Kiedy więc spotykali kogoś, kto tę samczą odwagę miał – odwagę i jeszcze to nienazwane coś – chcieli nawiązać z nim głębszą znajomość, by się o tę odwagę choć delikatnie otrzeć.

Zaś w tle cały czas widzimy zimnowojenny konflikt i kosmiczny wyścig zbrojeń między USA i ZSRR. Podsycany strachem, wyobrażeniami i medialną histerią.

Nie wiem, jak odebrałabym tę książkę wiele lat temu. Ale z dzisiejszej perspektywy cieszę się, że wciąż mam listę autorów, którzy są klasyką, a których z różnych powodów nie poznałem. Cieszę się, że znajduję książki, które nic a nic się nie zestarzały a zostają bardzo mocno w głowie o wiele bardziej niż dziesiątki kolejnych modnych i nagradzanych co rok “hitów, odkryć i rewelacji”, w których w gruncie rzeczy emocji jest mniej niż na jednej stronie prozy Wolfe’a.

Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos, T. Wolfe

Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos, Tom Wolfe

Wyd.: Agora, 2018

Tłum.: Jan Kraśko

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *