Bydlęce brzemię

“Nie staraj się tłumaczyć złą wolą czegoś, co śmiało można wyjaśnić głupotą”. Ten aforyzm Roberta Hanlona, znany jest również jako brzytwa Hanlona. W nieco delikatniejszej wersji można by zamienić “głupotę” na “ignorancję”. Przypominam sobie o nim bardzo często, gdy spotykam się z różnego rodzaju wywodami, tłumaczącymi, że jakieś czynności, zjawiska czy działania są jednoznacznie pochodną ludzkiej złośliwości, zawiści czy uświadomionej (bądź nie) przemocy. Czytam w tej chwili dwie książki i nieustannie mam w głowie – właśnie brzytwę Hanlona. Jedną z nich jest Bydlęce brzemię Sunaury Taylor, drugą – przygotowywana do druku w serii Biała Plama – książka, nad której polskim tytułem jeszcze myślimy – Unmasking Autism (Devon Price).

O tej drugiej jeszcze będę pisał, gdy już się ukaże, bo zdecydowanie jest tego warta. W tej notce chciałbym się skupić na książce Taylor, której podtytuł brzmi Wyzwolenie ludzi z niepełnosprawnością i zwierząt.

WSZYSCY JESTEŚMY ABLEISTAMI

Słuchając tego rodzaju wywodów, jakie w swoim eseju wykorzystuje Sunaura Taylor powinienem przyznać, że przez trzydzieści pięć lat byłem ableistą. Ta łatwość nadawania (a nawet obrzucania) etykietami we współczesnym świecie wciąż mnie zadziwia (zapraszam do wysłuchania pierwszej rozmowy z cyklu Rozmowy dla dorosłych). Takie są jednak fakty.  Co chwilę ktoś oburzony czy wręcz wkurwiony wyciąga taki argument i zarzuca ableizm, rasizm, gatunkizm czy jakiś inny -izm, z których wielu nie znam i nie rozumiem, muszę się więc posiłkować słownikami, żeby wiedzieć, o czym mowa. 

Przez trzydzieści pięć lat w ograniczonym stopniu spotykałem osoby z niepełnosprawnościami. Naturalnie wiedziałem, że istnieją, ale nie w pełni zdawałem sobie sprawę, z tego, z jakimi (często banalnymi do rozwiązania) problemami życia codziennego się borykają.

Co więcej nie uświadamiałem sobie, jak wiele osób z niepełnosprawnościami istnieje faktycznie w moim otoczeniu. Nie była to tylko ta jedna dziewczyna z podwórka pod koniec lat siedemdziesiątych, chodząca o kulach ze względu na przebytą chorobę Hainego-Medina. To są również starsze osoby z mojej bliższej i dalszej rodziny, ze słabszym wzrokiem, po udarach, poruszające się znacznie wolniej, ba to są nawet osoby w kwiecie wieku, które w wyniku jakiegoś zdarzenia losowego łamią nogi, barki i nagle najprostsze codzienne czynności stają się problemem. 

Na taki aspekt niepełnosprawności zwraca uwagę choćby Melanie Dimmit w swojej książce Wyjątkowi. W PRL-u osoby z niepełnosprawnościami nie istniały w przestrzeni publicznej. Nie było dla nich miejsca w społeczeństwie, które miało być piękne, silne i zdrowe.To przypomnienie dla tych wszystkich, którzy w kółko powtarzają mantrę o “grzechach opresyjnego kapitalizmu”. Ale później zaczęło się to zmieniać. Jedna z moich rozmówczyń w książce Inne, ale nie gorsze mówi o swoim wyjeździe na Zachód Europy na początku lat 90. i zaskoczeniu faktem, że dookoła jest tyle osób z niepełnosprawnościami. Ci ludzie są na ulicach, w sklepach, parkach. Istnieją! Funkcjonują!

ZMIANY NASTĘPUJĄ

Również u nas z czasem zaczęło się to zmieniać. Właśnie dzięki temu, że zauważyliśmy jako rodzice, rodzeństwo, kuzyni, znajomi, że tak można! Że trzeba dostosowywać świat do potrzeb i możliwości każdego! Żeby go nie izolować. To na początku jest bardzo trudne. Myślę, że większość z nas spotkała się z pewnym mechanizmem (nie dotyczącym tylko kwestii niepełnosprawności) – zauważamy, w jakiejś przestrzeni, że coś można usprawnić. Chcemy to zmienić, ale spora liczba osób przyzwyczajona do obecnego stanu, zaczyna pytać – po co? dlaczego? przecież do tej pory działało. Przecież nie ma sensu zmieniać czegoś tylko dla jednej osoby!

A później się okazuje, że zmiana sprawia, że osób korzystających z rozwiązania jest dużo, dużo więcej. Tylko nie uświadamialiśmy tego sobie. Nie ze złośliwości, przemocy, czy pogardy, tylko z ignorancji, a nawet głupoty.

Gdy w moim życiu zaistniał autyzm, zacząłem zauważać go wszędzie dookoła. Zacząłem rozumieć, z jakimi ograniczeniami i barierami zmagają się osoby w spektrum, ich rodziny, opiekunowie. Byłem zaskoczony powszechnością. Postanowiłem wydawać książki na ten temat, żeby uświadamiać, pokazywać, zwracać uwagę. A później poszło dalej, już nie tylko autyzm, ale inne niepełnosprawności i nie tylko.

Myślę, że tysiące osób nie ma pojęcia o tym, co było i dla mnie zaskoczeniem. W ramach “pomocy” osobom z niepełnosprawnościami przysługuje świadczenie pielęgnacyjne w wysokości 2119 zł (stan na dziś). Super! Ale później się okazało, że osoby, które pobierają tego rodzaju świadczenie, nie mogą NIGDZIE podjąć, żadnej INNEJ pracy zarobkowej. Absurdalne? Jasne. Do dziś się nie zmieniło. I tak w tym wypadku można mówić o złej woli urzędniczej. 

Ale są też drobne sprawy – zbyt mały druk na dokumentach dla osób starszych. Brak sygnalizacji dźwiękowej na przejściach, takich spraw jest tysiące. Zmieniają się dzięki aktywistkom i aktywistom, dzięki samorzecznikom, dzięki innym. Ktoś powie, że za wolno, za mało. Ma rację. Ale wszystkiego na raz nie da się zrobić.

Dziś instytucje prywatne oraz państwowe wynajmują obsługę ze znajomością języka migowego. Jeszcze dekadę temu było to nie do pomyślenia! Po co – “znasz jakiegoś głuchego? Ilu ich jest, pewnie kilku w mieście”. A później okazuje się, że z Polskiego Języka Migowego korzysta pięćdziesiąt tysięcy osób. Ale mogą porozumieć się wyłącznie ze sobą. Dziś ta zmiana jest tak oczywista, jak to, że w mojej lokalnej przychodni część napisów jest w języku ukraińskim, wietnamskim oraz alfabetem Braille’a.

Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że mechaniczna maszyna do pisania została wymyślona, żeby pomóc osobie z niepełnosprawnością. Włoski wynalazca Pellegrino Turri, opracował maszynę dla swojej niewidomej przyjaciółki hrabiny Karoliny Fantoni da Fivizzano. Kolejny przedmiot – dziś niemal codziennego użytku – elektryczna szczoteczka do zębów. Pierwotnie przeznaczona dla osób, które miały ograniczoną siłę i problemy z koordynacją.

Coraz częściej korzystam z aplikacji do zamiany mowy na tekst. Kolejne rozwiązanie, pomyślane z myślą o osobach z niepełnosprawnościami.

I tu jest mój największy zarzut do narracji, jaką prezentuje między innymi Sunaura Taylor. Oskarżając, wytykając, nadając etykiety nie dopuszczając do tego, że pewne rzeczy są pochodną ignorancji i niewiedzy i strachu!

NIEWIEDZA I STRACH

We wrześniu 2003   roku wzięłam udział w   swoim pierwszym proteście związanym z   prawami osób z   niepełnosprawnością, mimo że wcześniej właściwie w   ogóle nie miałam z   takimi osobami styczności. […] W   marszu brało udział ponad dwieście osób  – nawet w   najśmielszych snach nie spodziewałam się, że będzie ich aż tyle. I, mój Boże, wszystkie niepełnosprawne. Zaślinione, utykające, na wózkach, postękujące  – w   pierwszej chwili chciałam uciec z krzykiem.

To są słowa autorki! Samej zmagającej się z pewnym typem niepełnosprawności. Ale takiej, która nie jest “odrażająca”. I to była jej pierwsza naturalna reakcja, tymczasem w książce napisanej już z perspektywy wieloletniej, szafuje tymi oskarżeniami o ableizm. Jest w tym albo hipokryzja, albo brak głębszej refleksji. Ludzie obawiają się nieznanego, odmienności, inności. Nie są do niej przyzwyczajeni. I to trzeba zmieniać, żeby widzieli różnorodność. Jak wcześniej pisałem moje doświadczenia związane z osobami z niepełnosprawnościami w dzieciństwie były ograniczone. Ale już mój młodszy syn cieszył się, gdy okazało się, że w jego szkole korzystają z książki wydanej w moim wydawnictwie Duże sprawy w małych głowach. I mówią – o dzieciach niewidomych, z autyzmem, niepełnosprawnych intelektualnie. Dla tego pokolenia, to już nie jest świat schowany w domach i ośrodkach. Są obok, bawią się razem, uczą. Wciąż za mało, ale świat się zmienia. Oskarżanie o złą wolę, ucisk, przemoc (ableizm i inne izmy) kogoś, kto nie rozumie, boi się, nie ma świadomości jest słabą drogą do porozumienia i przekonania do zmian. Co więcej to wypatrywanie wszędzie przemocy zaczyna prowadzić do zapętlenia się w meta-przekazie. Czy skoro jestem niepełnosprawna, ale korzystam z udogodnień, to czy przypadkiem, nie jest to opresyjne wobec innych i siebie samej?

Moje „naturalne” niepełnosprawne ciało w   porównaniu z   ciałem zmienionym za pomocą medycyny stanowi dla mnie przedmiot fascynacji. Owszem, jest to pewnie nieco narcystyczne, ale też stwarza okazję do zbadania od podszewki własnego ableizmu i   uwewnętrznionej opresji.

PUŁAPKI I MANIPULACJE

Robię notatki w trakcie lektury, ale zaczyna być ich coraz więcej. Wkurzam się na manipulacje, brak kontekstu, przykładanie dzisiejszej miary do spraw sprzed dekad, a nawet wieków. O tym rozmawialiśmy z Dorotą Próchniewicz w drugim odcinku audycji Rozmowy dla dorosłych.. Nie podoba mi się to, bo jest w tym coś głęboko nieuczciwego mimo szlachetnych pobudek – dotyczących traktowania zwierząt i osób z niepełnosprawnościami. 

Śmieszą mnie rozważania, że protekcjonalne było podejście “mówić głosem tych, którzy nie mają głosu” bez kontekstu czasów, bez zrozumienia że to WÓWCZAS była rewolucja, która zapoczątkowała to, by oddawać w końcu głos i prawa, tym, którzy są tego głosu pozbawione.

Jest coś zaskakującego w opowieściach o tym, że należy oddać głos zwierzętom, bo one same wiedzą czego chcą, i tu padają kolejne anegdotki o ucieczkach zwierząt z hodowli, ogrodów zoologicznych. Tak, zwierzęta wyczuwają zagrożenie. Tak, są traktowanie okropnie. Ale co mamy zrobić tu  i teraz, z tą wiedzą. W Polsce jest około 6 milionów sztuk bydła i 10 milionów sztuk trzody. Nie da się teraz każdemu z nich zapewnić “godnego życia” w azylach, w przytuliskach. Co nie zmienia oczywiście ważności głosu, że “PRODUKUJEMY” zwierzęta i traktujemy je jak rzeczy. Zapominamy, albo nie chcemy zauważać ich cierpienia. I tu powinna być skoncentrowana dyskusja, jak to zmienić. A nie opowiadać przejmujące historyjki o pojedynczych uciekinierach.

Mam wrażenie, że autorka wylewa dziecko z kąpielą.Jeśli chce się bronić jakiejś sprawy, nie należy pozwalać sobie na manipulacje i dowolne żonglowanie faktami i interpretacje, które są dość mocno naciągane.

Wyraźnie widać, że swoje ableistyczne wyobrażenia rzutujemy na inne zwierzęta. Czy podobnie postępujemy z   pojęciem niepełnosprawności? Skoro kategoria ta jest konstruktem społecznym, co mamy na myśli, gdy mówimy, że jakieś zwierzę jest kalekie? Przecież nie wiemy, w   jaki sposób inne zwierzęta rozumieją różnice fizyczne i   poznawcze. Czy pies, widząc trójnogą sukę, postrzega ją jako inną? Czy utykająca małpa potrafi stwierdzić, że różni się od reszty? Czy zwierzęta wiedzą, jak pomagać osobnikom z   niepełnosprawnością? Czy potrafią dostrzec niepełnosprawność u   innych gatunków? Świat zwierząt jest pełen tak niezwykłych i   licznych wariantów, że próba stwierdzenia, na ile niepełnosprawność coś zmienia, wydaje się właściwie pozbawiona sensu. A   jednak mnóstwo fascynujących dowodów wskazuje na to, że zwierzęta potrafią rozpoznawać coś do niej zbliżonego. Prymatolog Frans de Waal przytacza historię Yeroena, najstarszego szympansa w   kolonii żyjącej w   Arnhem. Yeroen zranił się w   łapę w   trakcie walki z   młodszym rywalem. De   Waal pisze, że stary szympans „kulał przez tydzień, choć rana wydawała się powierzchowna”. Badacze szybko odkryli, że robił to, tylko gdy rywal mógł go zobaczyć. Czy myślał, że w   ten sposób skłoni go do współczucia? A   może ta interpretacja zbyt łatwo uruchamia ludzkie założenia na temat niepełnosprawności i  reakcji, jakie powinna wywoływać?

Zatrzymałem się nad tym fragmentem dłużej. Bo nie rozumiem, czemu autorka sugeruje pewną interpretację. Akurat de Waal dość często opisuje przypadki okaleczania jednych szympansów przez inne – te wyżej w hierarchii. Empatia? Czy dorosłe ptaki udające ułomność, przed atakującym drapieżnikiem, próbują w nim wzbudzić litość? Bzdura. Chcą go odciągnąć od gniazda i młodych. Drapieżniki koncentrują się na słabszych (niepełnosprawnych) osobnikach, bo oszczędzają energię! Nie z empatii.

Takich nadinterpretacji jest mnóstwo. Zbyt wiele.

Gdy autorka opisuje, że problemem jest przekonanie, że człowiek jest zwieńczeniem ewolucji i dlatego podchodzi do zwierząt, jako gorszych, mniej wartościowych nie-ludzi, to zastanawiam się, czy to książka z początku XXI wieku czy XIX. To nadużycie. Jasne istnieje wciąż rzesza osób tak myślących, ale to nie jest trend obowiązujący w nauce. Ba, dzięki takim osobom jak choćby de Waal zaczynamy rozumieć znaczenie odmienności zwierzęcego poznania, intelektu czy emocji. A nie tego, że jest ono gorsze. Co nie znaczy, że poprawnie potrafimy je zinterpretować. Saunara Taylor z kolei zarzuca oponentom (w tym również obrońcom praw zwierząt) nieuprawnione interpretowanie ich zachowań i reakcji, ale sama idzie drogą interpretowania na podstawie anegdotycznych zdarzeń i chwytliwych doniesień medialnych.

Badacze niepełnosprawności i   aktywistki wzywają do znalezienia nowych sposobów wartościowania życia  – takich, których nie będą wyznaczały określone zdolności fizyczne i   intelektualne. Teoria niepełnosprawności zakłada, że to nie inteligencja, racjonalność, zręczność, fizyczna niezależność czy dwunożność nadają nam godność i   wartość. Wiele osób zajmujących się niepełnosprawnością uważa, że powinno się przyjąć, iż życie jest warte przeżycia bez względu na to, czy ma się zespół Downa, porażenie mózgowe, głęboką niepełnosprawność intelektualną, tetraplegię, autyzm czy artrogrypozę jak ja. [wyróżnienie moje]

Czytałem ten akapit kilkukrotnie. Zwłaszcza, że wiele stron Taylor poświęca zwracaniu uwagi na to, by nie wartościować życia osób z niepełnosprawnościami, czy zwierząt w stosunku do innych. Przy czym sama chce znaleźć nowy sposób wartościowania? Przecież właśnie w tym jest sens i do tego doszliśmy cywilizacyjnie, kulturowo i społecznie, że chcemy doceniać różnorodność. Bez porównywania, wartościowania. Po prostu niezależnie, ze względu właśnie na odmienne doświadczenie, postrzeganie, przeżycie.

Wybrzmiewa to nieco dalej, gdy autorka mówi:

Aktywiści i aktywistki nie twierdzą, że niepełnosprawne jednostki są wartościowe pomimo niepełnosprawności, tylko raczej, że wartość tkwi w samej różnicy związanej z   ucieleśnieniem, poznaniem i   doświadczeniem, którą niepełnosprawność obejmuje.

Dla mnie jest to oczywiste i właśnie tak powinniśmy do tego podchodzić. Mam wrażenie, że te sprzeczności są przede wszystkim wynikiem przeidologizowania tej książki. Żeby znaleźć argumenty na walkę z ableizmem i dostrzegać go niemal na siłę, w całym świecie dookoła, trzeba naginać fakty, dobierać argumenty i dowody. Tylko popada się w pułapki i absurdy.

Całkiem niedawno pisałem o książkę Zrozumieć szaleństwo (S. Cahalan), która w pewien sposób łączy się z pracą Taylor. Cahalan przedstawia w niej historyczny rys na “szalonych”, “obłąkanych”, “upośledzonych”, czyli osoby z jakimś rodzaje niepełnosprawności. Opisuje, jak byli traktowani, jak pozbawiano ich godności odmawiając praw, zamykając w zakładach. Ale pokazuje pewną ewolucję podejścia ludzi i tego, jak to się zmieniało i co jeszcze zostało do zrobienia. Taylor wrzuca wszystko do jednego worka – czasy dzisiejsze, dawne, postrzeganie człowieka jako centrum świata zwierząt, krzyczy w co drugim zdaniu ableizm. Tylko nic z tego zdaje się nie wynikać, a robi się przekaz kłopotliwy w odbiorze. Forma zaczyna przesłaniać treść i przekaz.

Jeśli z jednej strony autorkę oburza stwierdzenie, że oczekiwania od osób z jakąś niepełnosprawnością są niższe (cytując P. Singera z 1994 roku!) – i niemal na jednym wdechu wymienia, że to klasizm, ableizm, rasizm, imperializm i bóg-wie-jeszcze-jaki-izm – a za chwilę pisze, że musimy nauczyć się odnaleźć to czego możemy od nich oczekiwać a czego nie to jest to powiedzenie tego samego innym językiem. Być może bardziej pasującym, bo nie wartościującym, ale do diabła naprawdę nie szukajmy na siłę “izmów” w pewnych tradycyjnych konstrukcjach słownych. Język się zmienia. I to jest ważne.

PROBLEMY Z JĘZYKIEM

Ale też zwrócę uwagę, że w ciągu mojej krótkiej (piętnastoletniej) przygody ze spektrum autyzmu, mieliśmy już “autystów”, “autystyków”,  “osoby autystyczne”, później oczekiwano, że będziemy mówić “osoby z autyzmem”, żeby nie nadawać cechy i znów wróciliśmy do osób autystycznych. A w książce, o której wspominam na początku (Unmasking autism) wracamy znów do Autystyków, z tym, że z wielkiej litery. Jeśli tak często zmienia się język (sami zainteresowani o to walczą) i będziemy piętnować i obrażać się na tych, którzy nie nadążają, czy już można mówić autysta, czy jeszcze osoba z autyzmem, to – przykro mi to stwierdzić – nie daje to szansy na wspólne porozumienie.

Takie mam wrażenie czytając Bydlęce brzemię – czekam, o co jeszcze mnie oskarży autorka, zamiast próbować zrozumieć, dlaczego tak a nie inaczej mówię i ewentualnie skorygować to, wypracowując jakiś konsensus. 

ZWIERZĘTA I CZŁOWIEK

Rozdział  Czym jest zwierzę to przypomnienie kafkowskiej opowieści o Czerwonym Piotrusiu – małpie, która zachowuje się jak człowiek. I autorka stawia w końcu te pytania

Czy gdyby Czerwony Piotruś istniał naprawdę, byłby traktowany jak człowiek? Czy przyznano by mu podstawowe prawa człowieka? Czy też można by go było pozbawić wolności lub sprzedać i   poddać eksperymentom naukowym?

No cóż. Nie spodziewałem się innej odpowiedzi.

Historia zachodniego rasizmu i ksenofobii skłania nas do przypuszczeń, że ludzie nie uznaliby go za równego sobie, w   każdym razie nie bez bojów i dyskusji. Jeszcze mniej prawdopodobne, by podstawowe prawa przyznano jego pobratymcom  – innym naczelnym  – którzy nie osiągnęli podobnego poziomu ludzkich umiejętności co on, choć jego przykład wyraźnie dowodzi, że mogliby.

Zaczyna mnie to bawić. Literatura jest pełna postaci, które można by wyciągać i zadawać pytania – “jak potraktowaliby go ludzie?” i odpowiedzieć “historia, klasizmu, rasizmu, ableizmu, gatunkimzu pokazuje, że ŹLE!”

Tylko, co z tego wynika? Zupełnie, nic. To są tylko hipotetyczne historyjki. Ta sama literatura jest pełna historii o “odmieńcach”, których krzywdzą jedni, a inni doceniają. Pisanych po to, by uczulić właśnie na ten fakt. By, jak to się robi w bajkach dla dzieci (ot, choćby w Pięknej i bestii), pokazać, że najważniejsze nie kryje się za tym co widać.

Narracja Taylor sprawia to, że nie radzi sobie z sytuacjami wykraczającymi poza schemat opowieści o ableizmie, rasizmie i klasizmie. Widać to doskonale gdy opisuje historię Patricii Bejano – porośniętej włosami w Portoryko kobiety, która została adoptowana przez mężczyznę, który zaczął ją pokazywać na obwoźnych widowiskach. Ale:

Mimo animalizacji Bejano sama zarządzała swoją karierą i   wizerunkiem w   sposób, który komplikuje narrację o   wyzysku.

No cóż. Niestety tak bywa. Niektórzy ze swoich cech odmiennych zrobią coś na sprzedaż, inni będą się ich wstydzić i ukrywać. Oto prawda o różnorodności ludzi.

Koniec końców sama przyznaje, że część osób idzie w świat zwierzęcości. Być może obelga “chodzisz jak małpa” da się przeformułować na “poruszasz się jak goryl, z tym spokojem i godnością”. Wszystko zależy od nas. co chcemy tam zobaczyć. Jeśli ktoś chce kogoś obrazić i tak to zrobi. Takim, czy innym porównaniem. Na to nic nie poradzimy.

PETER SINGER

Cały obszerny rozdział jest polemiką z pogladami Petera Singera. A właściwie z jego dziełem napisanym w połowie lat 90. i próbuje odpowiadać z obecnej pozycji, choć poglądy etyka spotkały się już przed laty z ostrą krytyką. Więc poza wzmianką historyczną, stawianie go pod pręgierzem do dyskusji (niby to aktualnej) też moim zdaniem nie ma sensu.

ETYCZNE JEDZENIE

Czułam się wyalienowana jedzeniem wegańskim.

Zaczyna być coraz bardziej zabawnie. Mam za sobą epizody niejedzenia mięsa. Znam kilka osób, które są wege. W zasadzie w każdym przypadku wiedzą one, jak również ja wiedziałem, że wiąże się to z pewnymi ograniczeniami. Pamiętam pierwszą – nastoletnią deklarację, o zrezygnowaniu z mięsa. Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, to naprawdę był nie lada wyczyn, jeśli chodzi o możliwości. Obiad w domu znajomej, z jej rodzicami. Dostałem wówczas talerz kaszy gryczanej (uwielbiam). To mi wystarczyło. To mój wybór, moja deklaracja, moja manifestacja.

Tymczasem autorka opisuje doświadczenia kolejnych osób, które czują się niezręcznie ze swoim weganizmem, w gronie osób jedzących mięso. To jest jakaś komedia. Jeśli podejmuję się zmiany – wbrew wszystkim to wiem, że napotkam i życzliwych i nieżyczliwych. Takich, którzy to uszanują i takich, którzy powiedzą – nałożę Ci zupy ale same warzywa, mięso wyłowię. To nie jest opresja, to jest niezrozumienie, o co chodzi w wyborze niejedzenia mięsa. Tak jak nie było opresją nałożenie mi na talerz kaszy gryczanej na początku lat 90. Wielkiego wyboru, oraz świadomości wówczas nie było.

Historia ta pokazuje, że jeszcze nie tak dawno ani Hahn Niman, ani mnie nie zaproszono by do debaty w roli jakiegokolwiek autorytetu po prostu dlatego, że jesteśmy kobietami. Obie też jesteśmy białe, co z  kolei dowodzi, że w   dyskusji na temat etyki ochrony zwierząt rasizm wciąż ma się dobrze.

Zostawiam to zdanie bez komentarza, bo już zupełnie się pogubiłem, kto tu jest rasistowski.

PRZEMOC! WSZĘDZIE PRZEMOC!

Mam problem z argumentacją tego typu, bo jest bardzo redukcjonistyczna i wybiórcza jest jakimś konstruktem teoretycznym, w którym autorka nie zastanawia się jak rozwiązać problem, tylko w poszukiwaniu tego co jest ableistyczne, patriarchalne czy rasistowskie, zapomina gdzieś o rozwoju ludzkości. Zapomina o tym, skąd się wziął chów przemysłowy, że gdzieś u podłoża dawno temu były te niewielkie stada, które miały zapewnić komfort dostępnego jedzenia, a później wraz ze wzrostem liczby ludności doszliśmy do świata, w którym żyjemy (pełnego patologii i nadmiaru). 

Jest mi trudno zrozumieć argumentację, w której najpierw oskarża o to, że przemysł fast food i kuchenki mikrofalowe wzmacniają przemysłową hodowlę, żeby za chwilę przeczytać o tym, że one jednak są ważne, gdyż ułatwiają funkcjonowanie osobom z niepełnosprawnościami. 

W książce pojawia się wątek Temple Grandin – biolożki z autyzmem, która wychowywała się w Teksasie, obserwując hodowlę bydła. Grandin zaangażowała się w zmiany, dotyczące traktowania zwierząt przeznaczonych na rzeź. Stwierdziła, że jeśli już te zwierzęta cierpią, to ona chce sprawić, żeby ograniczyć to cierpienie, zaś ich śmierć była bardziej humanitarna.. 

Grandin spotyka się z krytyką, Taylor cytuje Jima Sinclaira, który mówi „Jeśli coś kochasz, to tego nie zabijasz”.

Niestety czarno-biały świat nie istnieje. Stanowisko Sinclaira (i zdaje się samej Taylor) spowoduje, że NIC nie zmieni się w sytuacji cierpiących zwierząt. A takie osoby jak Grandin zwracają uwagę na to, w jak nieetyczny sposób były traktowane te zwierzęta. 

Mam wrażenie, że autorka gubi się w tych wszystkich oskarżeniach, szukaniu winnych i rozważaniu czy niepełnosprawność jest jednak czymś cennym, czy nie. Najlepiej widać to, gdy opisuje swój protest przeciwko amerykańskiej armii.

Po 11   września 2001   roku, gdy ogłoszono wojnę z   Afganistanem i   administracja George’a W. Busha zaczęła przestrzegać niewinnych Amerykanów przed wąglikiem i   innymi bojowymi środkami chemicznymi, zawiesiłam na tyłach wózka własnoręcznie zrobiony plakat z   napisem „Amerykańskie wojsko i   jego śmieci odpowiadają za moją niepełnosprawność”. To   był mój znak protestu przeciwko sianiu paniki, która pozwalała Stanom Zjednoczonym napadać na obce państwa. Chciałam powiedzieć: „Spójrzcie, jak nasz kraj truje ludzi”. Inni jednak rozumieli moje przesłanie inaczej, mówili: „Strasznie mi przykro to słyszeć” albo „Świetnie sobie radzisz!”. Zdjęłam plakat, kiedy zorientowałam się, że nawet osoby, które rozumiały, że chodzi o   krytykę armii, traktowały go także jako formę krytyki mojego ciała. Powinnam była napisać: „Amerykańskie wojsko i   jego śmieci odpowiadają za moją niepełnosprawność, ale kocham swoje ciało”, tylko że to przesłanie zbyt skomplikowane jak na plakat.

O to właśnie chodzi. To wszystko nie jest tak czarno-białe, jak wynika zwykle z takich manifestów. A widząc wszędzie przemoc i opresję wpada się w pułapkę tego, że zaczyna nam brakować słów, bo wcześniej uznaliśmy je za kolonialne, rasistowskie albo patriarchalne. Jeden z ostatnich rozdziałów dotyczący organizacji DIIAAR, której reprezentanci – osoby z niepełnosprawnościami – walczyli o zaprzestanie badań na zwierzętach przy pracy nad lekami dla ludzi, pokazuje również ten ogromny konflikt. Sunaura Taylor w pewnym stopniu zdaje się tłumaczyć (i idealizować) jedną z reprezentantek ruchu, wegankę Donnę Spring.

Na kilka lat przed śmiercią Spring musiała się zmierzyć z   jeszcze jednym problemem etycznym  – jej potrzeby weszły w   konflikt z   potrzebami zwierząt. W   miarę postępów choroby i   utraty mobilności jej organizm przestał tolerować białko roślinne. Żeby utrzymać się przy życiu, Spring z   niechęcią zaczęła spożywać niewielkie ilości owoców morza[ 25]. Niektórzy mogliby upatrywać w   tym dowodu na to, że etycznej postawy wobec zwierząt nie da się utrzymać i   stanowi ona jedynie przejaw idealizmu, Spring jednak przekuła swoje dylematy i   sprzeczności w   siłę napędzającą aktywizm.

Ale w takiej sytuacji możemy się zastanawiać, czy jedna osoba, ma prawo narzucać swoje przekonania innym? W zasadzie to niczym nie różni się od przekonań fundamentalistów religijnych, którzy w imię obrony praw innych (np. nienarodzonych dzieci) chcą karać wszystkich o odmiennym zdaniu (na marginesie pojawia się jeszcze  inny problem – czy dzięki badaniom na zwierzętach, nie jest tak, że możliwe są narodziny osób, które bez postępu medycznego by się nie narodziły lub bardzo szybko zmarły?).

Bydlęce brzemię to książka podejmująca niezmiernie trudne sprawy dotyczące etyki, wyborów, współczesnego świata. Niestety mam wrażenie, że jest w zasadzie jednym wielkim “OSKARŻAM!”, ale nie bardzo potrafi dać możliwe rozwiązania. To wszystko co wiemy o chowie przemysłowym zwierząt nie jest niczym nowym – jest szkodliwy dla środowiska, dla nas samych (zła dieta), prowadzi do cierpienia zwierząt. Ale co możemy z tym zrobić? Jak rozwiązać ten problem. Iść drogą ograniczeń produkcji, jak w przypadku CO2? To walka na lata, z ogromnym lobby i ludźmi żyjącymi z tego przemysłu.

Co zrobić z miliardem bydła i ośmiuset milionami świń (nie mówiąc już o drobiu), które uratujemy przed ubojem, a nie chcemy zadawać im bezsensownej śmierci? Gdzie mają dożyć spokojnej starości, kto się nimi zajmie?

Jednostkowe anegdotki o uratowanych życiach, nie rozwiązują problemu. 

Równie ważne pytania dotyczą statusu osób współzależnych (w tym z niepełnosprawnościami) w społeczeństwie. W jaki sposób – nie odbierając im godności – włączyć je do funkcjonowania, nie wartościować, nie wymagać rzeczy niemożliwych. Od autorki nie dostałem w zasadzie żadnych propozycji rozwiązań. Jest niemal wyłącznie utyskiwanie na neokolonialną przeszłość.

[Foto: obraz autorki, źrodło]

 

Bydlęce brzemię, S. Taylor

Bydlęce brzemię, Sunaura Taylor

Wyd.: Filtry, 2022

Tłum.: Katarzyna Makaruk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.