Orlando

Jest spory zbiór klasyków, których nie przeczytałem i co więcej nie mam nawet na to ochoty (np. Tomasz Mann). Są też tacy, którzy mnie korcą i co jakiś czas mi się przypominają, ale później znów zapominam na długie lata (np. Robert Musil). I jest Virginia Woolf, którą powinienem określić mianem wielkiej nieznajomej.

Nie mam przekonania, czy w moje głowie automatycznie nie odwoływałem się do sztuki/filmu Kto się boi Virginii Woolf? Żeby było zabawniej też nie znam ani jednego ani drugiego, ale w czasach młodości strasznie mnie ten tytuł intrygował. Woolf należała do tej drugiej grupy autorów. Co jakiś czas pojawiał się pomysł, żeby po coś sięgnąć i nic z tego nie wychodziło. Przed ponad rokiem kupiłem Fale. Podchodziłem już kilkukrotnie za każdym razem mam przekonanie, że wymaga ode mnie wyjątkowej koncentracji i skupienia. Znacznego resetu, żeby wejść w język, strukturę.

Przyszła Winterson z swoimi esejami i zachwytem nad prozą Woolf.

Moim zdaniem proza Woolf, jeśli nie liczyć Fal jest łatwa w lekturze. To znaczy łatwa w takim sensie, w jakim łatwy jest Mozart, w jakim łatwo oglądać Cezanne’a, łatwo skulić się w fotelu przy kominku z książką Dickensa w dłoni. W prozie Woolf jest wiele materiału, z którego po prostu można czerpać elementarną przyjemność. Otwórzmy którąkolwiek z jej książek na dowolnej stronie, a znajdziemy świetne opisowe fragmenty, które nie mają nic wspólnego z rozwodnionymi impresjami słabszych pisarzy.

Dzieło sztuki kipi od nadmiaru, przelewa, się upija, siedzi z tobą całą noc przy nie zaciągniętych przez zapomnienie zasłonach, osusza ci łzy, jest twoim przyjaciele, obdarowuje cię przebraniem, daje odmianę, służy pozą. Tniesz je i tniesz bezustannie na pół, a i tak w środku ciągle odnajdujesz brylant.

Zamówiłem Orlando w swojej bibliotece. Tak! Nie był do wzięcia od ręki, trzeba było się zapisać. Musiałem więc jakiś czas odczekać. Nadszedł w końcu ten moment.

Gdzieś w połowie lektury zastanawiałem się nad swoimi odczuciami. Poza oczarowaniem samym językiem, rozwiązaniami, niesłychanie subtelnym humorem. Choć w tym wypadku nawet określenie “subtelny” nie jest w stanie oddać tego ciągłego niemal flirtu z czytelnikiem. I wydawało mi się, że znalazłem adekwatne porównanie.

Lata temu wybrałem się na kolację wspólnie z żoną do restauracji Absynt, w której szefowała Agata Wojda. Po raz pierwszy chcieliśmy spróbować wówczas menu degustacyjnego. Zestawu kilku potraw podawanych – teoretycznie – w niewielkich porcjach. Wówczas zdaje się zupełnej nowości na naszym rynku. Celem takiego jedzenia jest przede wszystkim smak i różnorodność. Zamiast przychodzić kilkukrotnie do restauracji, można w ciągu jednego wieczoru spróbować przeróżnych rzeczy bez ryzyka przejedzenia się. Przynajmniej teoretycznie.

Pamiętam swój ówczesny stan przesytu. Każda kolejna potrawa była esencją smaku, ale po kolejnej (jagnięcina) okazało się, że w sumie to nie jest tak mało. I że zbliża się moment, gdy to będzie wmuszanie w siebie. Coraz mniej z tego przyjemności, choć kuszą zestawienia i same hasła. I tak miałem w połowie Orlando. Pewien przesyt.

Odszukując teraz w trakcie pisania tego tekstu ten drugi fragment Winterson nie pamiętałem nawet, że ona tak właśnie to ujęła. Ale tak to odbierałem. Nadmiar, nadmiar, nadmiar. A z drugiej strony ciekawość – co jeszcze mnie czeka?

I wtedy następuje przemiana. Orlando staje się Orlandą. I zaczyna się coś absolutnie nowego. Już nie ma przesytu, jest coraz większa ciekawość (podczas wizyty w Absyncie pojawiły się desery i absolutnie niesłychany mus z chałwy i białej czekolady). To co Woolf (i tłumacz?!) robi z językiem, z akcją; z tym naturalnym przechodzeniem między epokami, osobami, to JEST arcydzieło. Może to nie będzie na miejscu, ale przychodził mi do głowy Atlas chmur, z koncepcją zdaje się zbliżoną i tak nieudolną, tak przegadaną, że faktycznie to porównanie jest po prostu nieeleganckie.

Opis socjety londyńskiej to jeden z tych brylantów, o których pisze Winterson. Brylant prozatorski i obserwacyjny. Podobnie postać Nicka Greene, jak i przewijający się przez całą książkę wątek pozy i pozerstwa literatury. Jakże ona potrafi się bawić konwencjami i z nich sobie dworować. Usunąłem słowo “szydzić”, bo jest zbyt prostackie. Mam zresztą wrażenie, że nie potrafię w pełni wyrazić wrażenia, jakie na mnie zrobiła.

W związku z tym nie ma sensu więcej nic dodawać. To ledwie 200 stron, ale jak napisanych!

90 lat temu!

Orlando, V. Woolf

Orlando, Virginia Woolf

Wyd.: Znak, 2006

Tłum.: Tomasz Bieroń

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *