13 wojen i jedna

Jak ogromne trzeba mieć zapotrzebowanie na adrenalinę, żeby pakować się w sam środek działań wojennych. Samar Yazbek wracała do kraju ogarniętego wojną. Żeby pomagać, rozmawiać z ludźmi, wrócić  po prostu do siebie.

Dziennikarze jadą tam jako obserwatorzy, żeby dać świadectwo innym. Napisać reportaże lepsze lub gorsze, które w czytającym wywołają jakieś emocje. Przez pięć minut, może dziesięć, po zakończeniu lektury. Fotografowie wojenni robią zdjęcia. Poruszające, nagradzane, szokujące. Często ten szok jest kontrolowany przez redakcje, na których zlecenie pracują. Żeby nie był zbyt szokujący. Więc wybór jest selektywny.

Nie mogłem tym ludziom pomóc, choć wtedy byli dla mnie najważniejsi na świecie. Zawsze mogę tylko podać informację o tym, co gdzieś z ludźmi się dzieje. Zbulwersować świat brzydkim obrazkiem. Żeby hamburger wypadł z ręki. A flaki po warszawsku stanęły kołkiem w gardle. Tylko tyle mogę. Jeżeli komuś tym pomogę, to już na pewno nie im. Oni szansy nie mają.

Zginął tragicznie. Taka informacja pojawiła się kilka tygodni temu, gdy podano informację o śmierci Krzysztofa Millera. Tylko te suche dwa słowa. Nic więcej. Nie podczas wykonywania zadań reporterskich, nie w wypadku, nie podczas katastrofy. A więc jak?

Miller od lat zmagał się z depresją i syndromem stresu pourazowego. Z drobnych zdań jego przyjaciół wynika, że zrobił to sam. Wiele osób z jego otoczenia nie było zaskoczonych. Zginął tragicznie.

Alfred Alvarez w zakończeniu swojego eseju Bóg bestia: studium samobójstwa pisze:

Socjologowie i psychologowie, nazywający samobójstwo chorobą, zdumiewają mnie dziś nie mniej niż ci katolicy i muzułmanie, którzy uważają je za najcięższy spośród śmiertelnych grzechów. Wydaje mi się, że samobójstwo jest czymś poza zasięgiem zarówno profilaktyki społecznej, jak i moralności: jest straszną, lecz w pełni naturalną reakcją na te napięte, ciasne, nienaturalne konieczności, jakie sobie stwarzamy.

Czytając wspomnienia Krzysztofa Millera odnosiłem wrażenie, że jego kolejne wyjazdy w centra konfliktów były właśnie takimi stwarzanymi przez niego koniecznościami. Żeby zderzyć się z ogromem cierpienia podczas wojny i jeszcze dokumentować ofiary, łzy, lamenty, żyć niemal cały czas w zagrożeniu, trzeba być albo twardym skurwielem, albo robić to z powodów i intencji, których nie ma nawet sensu rozumieć.

Krzysztof wielokrotnie wspomina Wojciecha Jagielskiego z którym współpracował. Czytałem wspomnienia jego żony Grażyny Jagielskiej Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni w psychiatryku. Pobyt w szpitalu wśród żołnierzy, którzy wcześniej walczyli w Afganistanie. Diagnoza: syndrom stresu pourazowego. Kolejna ofiara wojny, choć nie była w centrum zdarzeń. Tylko czekała na męża. Czy tym razem wróci. To są książki dla tych wszystkich bohaterskich przebierańców, którym wydaje się, że wojna to romantyczna przygoda, podczas której ginie się z pieśnią na ustach. Którzy zapominają o strachu dzieci, kobiet, bliskich. Poranionych ofiarach, którzy będą się zmagać z życiem, dalekim od jakiegokolwiek komfortu. O tym wspominał Stanisław Likiernik, jeden z uczestników powstania warszawskiego.

Miller również się leczył. To jest ta jego ostatnia wojna z tytułu. Dodatkowa. Nie tylko wspomnienia z ciężkiej pracy, ale również frustracja z powodu tego, że jego praca jest już nie potrzebna.

Nie jestem artystą fotografikiem. Jestem robotnikiem fotografii zapierdalającym fizycznie, z ciężką torbą, po ulicy. Czy się strzelają na krańcu świata. Czy pękła rura trzy przecznice od miejsca, gdzie egzystuję.

Jego pracę wykonujemy my wszyscy. Ze smartfonami, telefonami, będący w centrum wydarzeń. Wysyłający byle jakie zdjęcia do różnych redakcji. Na wszelkie „czerwone linie”, „kontakty z czytelnikami”. Tam gdzie trwa wojna ludzie również mają telefony, internet. I są w centrum. Na pierwszej linii. Świat się zmienia. W nieunikniony sposób. Kilkanaście lat temu pokolenie ludzi aktywnych zawodowo w PRL-u, którzy nagle okazywali się niepotrzebni słyszało jak mantrę: “trzeba się przebranżowić.” Jakie to proste.

Koniec fotografii wojennej! Basta! Passo! Starczy już! Każdy wybuch umacnia mnie w moim postanowieniu. Miller, nauczysz się obsługiwać lampy błyskowe. Flesze, statywy. Ogarniesz studyjną fotograficzną wiedzę. I będziesz do końca życia fotografował ubrane – albo lepiej rozebrane – modelki. Prodakt plejsmenty i tym podobne historie. Kreował będziesz, a nie dokumentował. Tak łatwiej i przyjemniej. A przy odrobinie szczęścia zostaniesz jeszcze celebrytą. Zaczniesz występować w pytanie na śniadanie czy kawa na ławę. I będziesz zbijał kasę.

Nie wybrał tej ścieżki. Pozornie łatwej. Ciekawe czy ci, którzy mawiają o przebranżowieniu zrozumieliby dlaczego.

Krzysztof Miller pisze poetycko. Zestawia ze sobą słowa w nieoczywistych – a po napisaniu przez niego – tak oczywistych konfiguracjach.

W tle, w zardzewiałym Bajkonurze, wnuczek. Być może pierwszy czeczeński kosmonauta. Kiedyś może Rosjanie go wystrzelą. Z Bajkonuru w kosmos.

Bardzo osobiste to wspomnienia z poruszającą dedykacją na początku książki.

Patrycji, która za rękę przeprowadziła mnie na jasną stronę mocy.

I jeszcze rozmowa w Trójce:

http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/804554,Krzysztof-Miller-gnalo-mnie-na-wojne-zachorowalem-ale-pojade-jeszcze

13 wojen i jedna, K. Miller

13 wojen i jedna, Krzysztof Miller.

Wyd.: Znak, 2013

Podziel się

2 myśli nt. „13 wojen i jedna”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *