Komu bije dzwon

To nie jest wolność nie zakopywać tego, co się napaskudziło – pomyślał. – Nie ma zwierzęcia równie wolnego jak kot, a przecie kot zagrzebuje swoje łajno. Kot to najlepszy anarchista. Dopóki nie nauczą się tego od kota, nie mogę ich szanować.

W końcu to zrobiłem! Przeczytałem najgłośniejszą i najbardziej znaną powieść jednego z moich ulubionych pisarzy młodości, której konsekwentnie unikałem. Trudno mi powiedzieć czemu. Tak czasami mam, że unikam pewnych zbyt popularnych “arcydzieł”. Gdy czasami zaintryguje mnie jakiś nowy autor, zwykle sięgam do mniej popularnych jego dzieł. W przypadku Komu bije dzwon Ernesta Hemingwaya, nie mam pojęcia czym była podyktowana moja niechęć. W końcu się doczekał.

Przed blisko czterema laty wróciłem do jego opowiadań, które mnie ostatecznie rozczarowały. Teraz zupełnym przypadkiem wziąłem Komu bije dzwon do ręki i powiedziałem sobie: czemu nie?

Do mniej więcej jednej trzeciej podoba mi się ten dziennikarski oszczędny styl. W połowie zaczynają mnie nużyć wewnętrzne monologi bohaterów, odejście od głównego wątku akcji, na rzecz rozważań, wspomnień. Relacja głównego bohatera Roberta Jordana z Marią, jest zabawnie romantycznie naiwna. Jest w tym pewien urok, ale mimo wszystko dosyć to nieporadne.

Irytuje mnie coraz mocniej to ciągłe pisanie “Robert Jordan powiedział”, “Robert Jordan pomyślał”, “Robert Jordan spojrzał”, “Robert Jordan”, “Robert Jordan”, “Robert Jordan”…

Żadnej odmiany, żadnej finezji w stylu: “Amerykanin”, “on”, “Robert”, “Jordan”. Nic z tych rzeczy. Mimo tej jednej rzeczy lubię ten surowy styl. Dobrze się czyta takie krótkie, precyzyjne zdania. 

Trwam w tej lekturze chyba właśnie ze względu na język, choć coraz częściej przebiegam wzrokiem te wszystkie rozterki i monologi bohaterów. Nieustannie zastanawiam się, czy te wszystkie zwroty “splugawię”, “plugawy” były wynikiem jakiejś cenzury obyczajowej tamtych czasów. Efekt jest dość zabawny, choć można uznać za rodzaj maniery autorskiej. Ale podobnie jak Grzesiuk w Pięciu latach kacetu czy Wolfe w Najlepszych Hemingway wyjaśnia, że prawdziwy język był znacznie mocniejszy.

– Idź do cholery – powiedział Agustín. – I odplugaw się. Ale chcesz, żebym ci powiedział coś, co ci się przyda?

– Tak – odrzekł Robert Jordan. – Jeżeli to nie będzie plugawe – tu wymienił ów główny sprośny wyraz, którym naszpikowana była cała rozmowa. Ten Agustín gadał tak rozwiąźle, doczepiając do każdego słowa jakąś sprośność w formie przymiotnikowej albo używając jej jako czasownika, że Robert Jordan zastanawiał się, czy potrafi wypowiedzieć zwyczajnie jakieś zdanie. Agustín roześmiał się w ciemnościach, usłyszawszy ten wyraz.

We współczesnej literaturze nikt by się nie opierdalał, w imię wyrazistości jebanego języka.

To przegadanie i niepotrzebne dygresje psują tę powieść. Ona doskonale broniłaby się głównym wątkiem. Choć, nieco sztuczne jest to zastosowanie monologów bohaterów do wyjaśniania różnych kwestii, to jednak bardzo mi się podoba pokazanie tego, w jaki sposób Jordan (Robert Jordan, oczywiście) podejmuje decyzje, w jaki sposób ocenia ryzyko i szanse powodzenia swojej misji. Tych kilka zwrotów akcji, w trakcie książki również robią wrażenie, jednak bez wątpienia największe wrażenie w całej powieści robi opowiadanie Pilar dotyczące tego, w jaki sposób komunistyczni partyzanci rozprawili się z sympatykami faszystów w miasteczku. Jest tam esencja brutalności wojny domowej, samosądu, alkoholu, który zagrzewa tłum do działania, rozterki związane z przekraczaniem granic zła i dobra. 

Czytając ten rozdział zastanawiałem się jaki był odbiór tych scen w Hiszpanii. Miałem przekonanie, że gdyby coś takiego zostało napisane w Polsce – o Jedwabnem, pogromie kieleckim czy innych wstydliwych wydarzeniach, to autor na wieki zostałby wyklęty.

Jeszcze jedna refleksja na koniec, dotyczy samej Pilar – nieformalnej przywódczyni grupki partyzantów, żony faktycznego przywódcy – Pablo. Od czasu do czasu trafiam w ostatnich czasach na recenzje, czy też opinie o książkach, w której autorki (zwykle) zaczynają się zżymać na nierówność występowania postaci kobiecych i męskich. Momentami ociera się to już o komizm, w sytuacjach, gdy autor opisuje ewidentnie męski świat, z męskiej perspektywy, no i niestety ten jest po prostu zdominowany przez mężczyzn. Wciskanie tam na siłę postaci kobiecych, żeby spełniać jakieś parytety równościowe, może prowadzić do komizmu, a przede wszystkim jest nieszczere. Ale czytając Komu bije dzwon pomyślałem sobie, że postać Pilar, jest tak niesłychanie mocna, wyrazista i bijąca na głowę kilka innych drugoplanowych postaci w powieści, że spokojnie mogłaby być na sztandarach wojujących o parytety. 

Sama zaś powieść… No cóż, byłaby znacznie lepsza, gdyby okroić z tych wszystkich zbędnych wątków wspomnieniowych.

[Foto: kadr z filmu z 1943 r. reż, Sam Wood. Na zdjęciu Pilar i Jordan]

 

Komu bije dzwon, E. Hemingway

Komu bije dzwon, Ernest Hemingway

Wyd.: Muza, 2001

Tłum.: Bronisław Zieliński

2 komentarze do “Komu bije dzwon”

  1. Z tym że „sympatycy faszystów” to po prostu przeciwnicy krwawej rewolucji komunistycznej w Hiszpanii finansowanej przez Stalina. Swoją drogą Hemingway pokazuje potęgę sowieckiej propagandy – każdy kto występował przeciwko morderczej komunie awansował automatycznie do grona „faszystów”. I współczesny „zachodni debil” też to kupił.

    1. Wojny domowe są brutalne. Sowiecka propaganda z jednej strony faszystowska z drugiej. Nie popełniajmy błędu wiedzy po fakcie i oceny tego co znamy z perspektywy (okraszonego własnymi poglądami).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.