Ciotka Poldi i sycylijskie lwy

Mam takie maleńkie marzenie. Sycylia. Mogę nawet patroszyć sardele w sklepiku u poznanych Sycylijczyków w zamian za codzienny kawałeczek tuńczyka, czasem kąsek miecznika. Pijąc wieczorami wino i pogryzając sery. Aha i jeszcze od czasu do czasu w tym najpaskudniejszym barze w zaułku, żeby przygotowali mi na miejscu arancini. Ulepione przy mnie i dopiero usmażone, a nie podgrzane gotowce w mikrofali.

Tylko to uzasadnia kupno przeze mnie kryminału, które zwykle omijam szerokim łukiem. Ale właściwie nie kupowałem Ciotki Poldi i sycylijskich lwów dla intrygi kryminalnej. Raczej dla lekkiej rozrywki i humoru, choć to było ryzykowne, autor jest bowiem Niemcem. Tak, to stereotypowe patrzenie, ale niemiecki humor z lekkością mi się nie kojarzy. No chyba, że Niemiec nazywa się Mario Giordano. Naprawdę – niemiecki Niemiec, urodzony w Monachium.

No i był jeszcze jeden powód kupna książki. Pierwsze zdanie.

Moja ciotka Poldi w dniu swoich sześćdziesiątych urodzin wyprowadziła się na Sycylię, by tam elegancko zapić się na śmierć, spoglądając przy tym na morze.

No cóż jest to niemal zbieżne z moim planem. Czy też może marzeniem.

W każdym razie, książeczka leciutka, czasem wywołuje lekki uśmiech. W sam raz na wakacje, które już minęły. W sam raz, żeby czytać ją sobie wieczorami już po dobrych kilku kieliszkach wina. Ot taka guma do żucia dla mózgu.

Ale przy okazji zwrócę uwagę na element, który irytował mnie niebywale w czasach mojej młodości. Odpowiednikiem smartfonów z dostępem do WiFi były wówczas encyklopedie i słowniki. Część posiadana w domu, część w bibliotekach. Był to umiarkowanie szybki sposób na dowiedzenie się, co oznacza jakiś dialog, który tłumacz pozostawił w oryginale. Pół biedy jeśli to był angielski lub niemiecki. Ale hiszpański lub francuski (dość często) zostawiony bez tłumaczenia! Nie rozumiem do dziś tej polityki.

I choć w przypadku Ciotki Poldi… nie miałem problemów z większością pozostawionych w oryginalne włoskich nazw (najczęściej potraw) lub zwrotów, to nie rozumiem, czemu wydawca nie zamieścił tłumaczenia w przypisach. Zwłaszcza, że niemiecką poezję w tychże przypisach tłumaczył. Nie rozumiem.

 

Ciotka Poldi i sycylijskie lwy, M. Giordano

Ciotka Poldi i sycylijskie lwy, Mario Giordano

Wyd.: Initium, 2017

Tłum.: Agnieszka Hofmann

Podziel się

2 myśli nt. „Ciotka Poldi i sycylijskie lwy”

  1. Są różne szkoły, ale ja zrobiłabym to samo. Jeśli w niemieckim oryginale pozostawiono włoszczyznę bez objaśnień, wywołując u czytelnika wrażenie obcości, egzotyki, podobne wrażenie powinien odnieść czytelnik tłumaczenia. Przypisy dajemy do niemieckiej poezji, bo ta była dla „pierwotnego” czytelnika zrozumiała.

    W ogóle, przypisy to trudny temat. Niektórym czytelnikom przeszkadzają w lekturze (pytanie – gdzie je umieszczać, pojedynczo na dole strony czy zbiorczo na końcu książki?), niektórzy się obrażają, że wyjaśnia się im coś, co rozumieją, jednych takie szczegóły nie obchodzą, drudzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej.

    PS. Pamiętam, jak w liceum dopisywałam ołóweczkiem tłumaczenia z francuskiego na bibliotecznym egzemplarzu „Bakunowego faktoru”, żeby zrozumiał te francuskie wtręty mój ówczesny chłopak.

    1. Rozmawiałem z panią tłumaczką i potwierdziła Twój punkt widzenia. W zasadzie w dobie współczesnego łatwego dostępu do wszelkich informacji przychylam się. W tej chwili większość osób sprawdzi to jeśli nie w sekundę, to jeszcze tego samego dnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *