Śmierć w bunkrze

Nie wiem. Tego nie widziałem. Nic o tym nie słyszałem. Nic takiego nie zauważyłem. Przy tym mnie nie było. Takie i podobne frazy pojawiają się stale w zeznaniach świadków, które utrwalono dwadzieścia lat po wojnie. Zbiorowa amnezja. Ślepota. Głuchota. O niczym nie wiedzieliśmy.

Martin Pollack urodził się w 1944 roku w Austrii. Wychowywany przez kochającego ojca, dopiero po latach dowiaduje się, że jego prawdziwym ojcem był ktoś zupełnie inny.

„Jeśli ktoś cię spyta, co robił twój ojciec, mów, że był radcą rządowym” – pouczyła mnie babcia. Wiele więcej się od niej nie dowiedziałem

Radca rządowy. Szef Gestapo w Linzu, jak również pod koniec wojny dowódca grupy specjalnej, która zajmowała się likwidacją Żydów. Tajemnica rodzinna. Tajemnica rodziny, która jak opisuje Pollack, nawet po wojnie miała jednoznaczne poglądy.

O pierwszej wojnie dziadek nigdy ze mną nie rozmawiał. Opowiadał tylko, że był na froncie południowym. Włosi – mówił – to zdrajcy. Tak jak Czesi. To już dopowiadała babcia; a może też stryj, brat ojca. Wszyscy oni upodobali sobie lakoniczne, nieznoszące dociekliwości sądy, za pomocą których objaśniali świat. Amerykanie to świnie. Francuzi – świnie. Nie mówiąc o Żydach. Takie to proste. „Czesi, świnie, wieszali w Pradze nasze biedne SS nogami do góry”, powiedziała babcia oskarżycielsko, kiedy oznajmiłem, że wybieram się do Pragi. Miałem wtedy siedemnaście lat. Nie wiem, w kogo mierzyło oskarżenie: we mnie, bo właśnie Pragę obrałem za cel podróży, czy w znienawidzonych Czechów. Nasze biedne SS. Mój ojciec był w SS, wszakże, Bogu dzięki, nie w Pradze. Dopiero dużo później dowiedziałem się, że w SS był też dziadek. Jako członek honorowy.

Najciekawsza w tej opowieści o poszukiwaniu własnych korzeni i informacji o ojcu, który w tajemniczych okolicznościach został zamordowany w 1947 roku jest historia kolejnego pomieszanego obszaru Europy. Niewielka Słowenia, to miejsce w którym ściera się niemieckość i słowiańskość. Sąsiedzi, rodziny są wymieszane, a gdy faszyzm zaczyna się budzić w latach trzydziestych zaczyna dochodzić do konfliktów, problemów. Te same rodziny, które siadają przy jednym stole z okazji uroczystości rodzinnych, na wiecach partyjnych szafują jednoznacznymi anty-niemieckimi, albo anty-słoweńskimi hasłami.

Pollack przekopuje się przez archiwa, szuka informacji o tym, jaki był jego ojciec. Trochę nie rozumiem, tej nadziei, że może nie był “tak zły”, że może sam nie podejmował decyzji, kogo posłać na śmierć. Trudno mu rozmawiać z nielicznymi żyjącymi świadkami, bo ci starają się nie pamiętać. Nie chcą pamiętać, że byli w NSDAP, uczestniczyli w partyjnych wiecach.  Autor stara się nie oceniać własnej matki, choć pisze o jej antysemityzmie, i jej wierze w ideały nazistowskie. Nie chciała jednak skonfrontować się z rzeczywistością unikając rozmów o prawdziwym ojcu Pollacka.

Przegadana ta opowieść. Zbyt często bazująca na domysłach, ale najdziwniejsze dla mnie są te motywy – dowiedzieć się jak najwięcej o człowieku, którego się zupełnie nie znało, mając nadzieję, że może jednak nie był tak bardzo zły.

Całymi latami odwlekałem to śledztwo, być może bojąc się podświadomie, że ślady naprowadzą mnie na coś, co przerośnie najgorsze obawy. Jedno wiedziałem chyba od samego początku: nagła śmierć mojego ojca zwieńczyła życie, w którym przemoc odgrywała istotną rolę.

[Foto: wojska niemieckie w Mariborze, 1944]

Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu, M. Pollack

Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu, Martin Pollack

Wyd.: Czarne, 2006

Tłum.: Andrzej Kopacki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.