Jak wychować rapera

Gdybym chciał odnieść się do wszystkich kwestii i myśli, jakie kłębiły mi się w głowie podczas lektury książki Marcina Matczaka, powstałby całkiem solidny tekst. Więc sporą część zostawię jednak dla siebie i rozmów na żywo ze znajomymi. Odniosę się jednak do paru spraw. Zawsze sprawia mi przyjemność książka, która daje podstawy do dyskusji, inspiruje lekturami, skłania do zastanowienia. Tak jest z autobiograficznym “bezradnikiem” profesora prawa, Marcina Matczaka, Jak wychować rapera. Bezradnik.

Profesor Matczak zasłynął z dość jasnego i krytycznego stanowiska wobec działań partii rządzącej, prywatnie zaś jest ojcem Maty – młodego rapera, który jest jednym z najczęściej słuchanych i oglądanych muzyków młodego pokolenia.

Sięgnąłem po tę lekturę z ciekawości, gdy jeszcze nie pojawiły się o niej krytyczne lub pochwalne opinie. Nie ukrywam, że przyciągnął mnie tytuł książki. 

Mam wiele wspólnego z profesorem Matczakiem. Jesteśmy z tego samego pokolenia (on jest o pięć lat młodszy), doświadczyliśmy podobnej ścieżki zawodowej – wyjście z małego miasta i “sukces” w metropolii. No i chyba najważniejsze – on jest ojcem rapera, zaś mój nastoletni syn aspiruje do tego miana i sporo robi w tym kierunku.

To jest ciekawy zestaw “ojciec-sztywniak” (bo czyż prawnicy nie są sztywniakami) i “syn-patus” (bo czyż raperzy nie są patusami). Mieszanka wydawałoby się wybuchowa. 

Postanowiłem przeczytać co dorosły Matczak ma do powiedzenia, i może objaśni mi świat syna rapera. Bo z tym mam niemały kłopot. Nie znoszę rapu. Nie rozumiem, nie pociąga mnie muzycznie. Nie pociągają mnie rymowanki. Wkurza mnie ciągłe śpiewanie o hajsie loszkach, Gucci (skąd im się wziął ten Gucci, jako symbol jakiegoś luksusu, do którego się dąży), lambo, melanżach, dragach i alko. 

Wkurza mnie to ciągłe śpiewanie o sobie, albo śpiewanie o kumplach, z którymi śpiewali i imprezowali, albo się skłócili. To wszystko jest jakaś publicystyka muzyczna. Dobra może na jedno, dwa wysłuchania, albo zrobienie czegoś dla beczki i autoironia, ale w gruncie rzeczy to jest nudne i powtarzalne.

Wkurzają mnie nieustanne bluzgi (choć sam nie należę do osób przesadnie pilnujących języka). Zupełnie nie rozumiem tego ulicznego rapu z biednej ulicy, w którym honor pojmuje się w najprostszy z możliwych sposobów, „psy” są wrogiem, bo przeszkadzają w zdobyciu dragów, albo kradzieży, a wszystko to pod płaszczykiem dumy i buntu.

Nienawidzę auto-tune’a. Nie przekonuje mnie, że to “też rodzaj instrumentu”. Jest nadużywany i męczy (polecam Ricka Beato opowiadającego o auto-tune) . 

Więc sięgam po tę książkę mojego równolatka i zaczynam trochę prowadzić z nim dialog. Dlatego nie będę mu już “profesorował”, bo mam wrażenie, że nieźle nam się rozmawiało podczas tej lektury. Mamy podobne inspiracje czytelnicze, podobne spojrzenie na pewne uniwersalia, choć dość często się z nimi nie zgadzam. Ale to jest właśnie świetne. Zastanawiałem się, co on powie o tym cholernym rapie, którym zachwycony jest mój własny syn. Zakochał się w nim znienacka i bez pamięci, po sześciu latach szkoły muzycznej, nauki gry na pianinie, szlifowania śpiewu, poszerzania skali muzycznej głosu, śpiewania klasyki rocka i nie tylko, aż nagle odszedł od tego na rzecz bitów i zamiast pokazywać swoje umiejętności głosowe, zaczął wykrzykiwać i wywrzaskiwać rymy. A ja za ścianą musiałem znosić nie tylko Matę, ale tych wszystkich Bedoesów, Whitów i innych, a jak już pisałem, to nie jest mój ulubiony rodzaj muzyki.

Próbowałem się przekonać, szukać. Ale nie idzie. Jedynym, którego jestem w stanie znieść jest Łona i Weber, ale oni są zaliczani do “inteligenckiego rapu”, więc może to dlatego. W tekstach Łony jest więcej uniwersalnych prawd, mniej egocentryzmu i są bardziej przewrotne niż u innych. Ale mimo wszystko i tak mogę wysłuchać raz i nie mam chęci wracać.

No i czytam opowieść ojca Maty. I po kilku rozdziałach włączam utwory jego syna. Część znam, bo słyszałem poirytowany za ścianą pokoju mojego nastolatka, ale teraz próbuję się skupić. No i nie idzie. Nie leży mi i koniec. Widzę w tym sporo autoironii, zgrabnych obserwacji, ale jako całość masakra.

Choć czasem sobie myślę, że nie jest źle, że mógł mój syn wybrać reggae. Nie wiem, co gorsze.

Tyle muzyka, ale ona w tej książce jest tylko jednym z elementów. Teksty syna traktuje Marcin Matczak, jako punkt wyjścia do rozmowy o współczesnym świecie. O polityce, o tym co dzieje się dookoła nas. Naciągane są czasem te związki z utworami, ale to nie ma znaczenia, bo fajnie opowiada. Co prawda, gdy czasem zapędza się w interpretacjach złożoności tekstów własnego syna, mam wrażenie, że młody Mata stoi gdzieś tam z tyłu i mówi, “ojciec, trochę pierdolisz”.

Drugi wątek, to ten dotyczący rodzicielstwa i buntu nastoletniego.  Związany nieco z tytułem książki. Matczak tłumaczy sens buntu i rebelii młodych i jest to całkiem fajne (tezy zbliżone do tych z Dobre wieści o złym zachowaniu), choć czasami się zapędza, gdy stwierdza, że “raper jest urodzonym antyfaszystą”. I to są właśnie takie szczególiki, z którymi się bardzo nie zgadzam i w rozmowie na żywo powiedziałbym,  – no chyba jednak chrzanisz Marcin.  Weź tych wszystkich chłopaków-raperów z ulicy, tam nie ma rebelii, tam jest przemoc słowna. Wobec innych, wobec kobiet, wobec społeczeństwa. A między przemocą a faszyzmem, tak jak sam go definiujesz droga króciutka. Sam o tym piszesz. Więc nie uogólniajmy proszę na wszystkich raperów.

Największy jednak mój zarzut (no dobra: pretensja) dotyczący tych kwestii związanych z wychowaniem dzieci, dotyczy tego, że ojciec przedstawił ową rebelię syna rapera, jako niemal sielankę z punktu widzenia rodzica. Zastrzega jasno na początku książki, że nie będzie pisał o trudnych chwilach, kilkukrotnie wspomina tylko o pewnych rodzicielskich wątpliwościach i lękach i tyle. Koniec kropka. To jednak ważne, żeby pokazać ten spór rodzice-dzieci. I frustracje, z tym związane, gdy jeszcze nie do końca znamy konsekwencje pewnych wyborów. I łatwo pisze się o wyborach dorosłego syna, ale co z nastolatkiem, któremu imponują dorośli raperzy i on chce być tak jak oni. A oni są jacy są. Ta akceptacja pewnie ma swoje granice. Więc pod tym względem trochę mam żal do autora. Brakuje mi tego.

Jest Matczak świetnym rozmówcą (dla mnie) bo pokazuje, że poglądy własne nie muszą iść zgodnie z linią podziału, którą próbują narzucić nam politycy (zazwyczaj dość prostaccy i mierni). Jeśli jesteś za tezą X, to jesteś z nami i musisz zgadzać się z całą naszych resztą poglądów.  Na dobre i na złe. Choć najczęściej na złe i o tym zapomina wiele osób, nie tylko w debacie publicznej, ale również w prywatnych rozmowach. Matczak świetnie pokazuje to na swoim przykładzie. Bo niby z jednej strony powinien się podobać tzw. “liberalnemu wyborcy”, no ale jest zadeklarowanym katolikiem. Z drugiej dla konserwatystów jest dziwolągiem, bo właśnie – jak można być wierzącym i nie wierzyć w jedyną słuszną Partię.

Ten wymuszony i podsycany podział sprawia, że tak dobrze w obecnej sytuacji czują się wszelkie męty i miernoty, bo przecież jeśli popierasz dany program polityczny, to nie możesz krytykować współwyznawców, nawet jeśli robią ewidentne świństwa.

Kiedy zaczynasz publicznie mówić rzeczy, które pewnym ludziom się podobają, oni z jednej strony zaczynają się z tobą utożsamiać, ale z drugiej – chcą tobą w pewnym sensie zawładnąć. Poczucie utożsamienia powoduje, że czują, iż jesteś z nimi jakoś zespolony, i zaczynają cię traktować jak swoją intelektualną własność. Podświadomie oczekują, że staniesz się przedłużeniem ich umysłu i już zawsze będziesz mówił rzeczy, które oni sami uważają za słuszne. To wszystko powoduje, że dopóki mówisz coś, z czym się zgadzają, biją ci brawo i poklepują po plecach. Ale jeśli tylko spróbujesz wyjść poza schemat, w który cię wpisali, reagują najpierw zdziwieniem albo wręcz szokiem, a następnie traktują cię jak zbuntowaną, niekontrolowaną część ich ciała, którą chcieliby amputować. Przecież jesteś obrońcą konstytucji, więc nie możesz być katolikiem. Skoro krytykujesz Partię, to z całą pewnością blisko ci do lewicy. Jeśliś wykształcony i z dużego miasta, nie możesz być konserwatywny.

Uwielbiam go za te słowa.

Kolejna ważna kwestia, w której przyklaskiwałem Matczakowi to trend “nadwrażliwości”, który w imię ochrony dobrostanu, nie urażania innych przeradza się w agresję wobec tych, którzy odważą się powiedzieć coś krytycznego. Co więcej świat współczesny jest istnym polem minowym, bo każdy może poczuć się urażony dowolnym słowem, a jeśli poczuł się urażony, to zaraz na odsiecz przybywają ci, którzy zlinczują tego co uraził. O tym zjawisku pisała Jean Twenge w Igen, Matczak zaś przywołuje inne przykłady pokazując krok, po kroku do jakich absurdów to prowadzi. A przede wszystkim wyjaśnia, że ekstremizmy nie muszą być tylko związane z tzw. prawicą. Lewica czy liberałowie mają swoje grzeszki właśnie związane z agresywną obroną “urażanych”. Zwłaszcza, że zaczyna w ostatnich czasach przypominać polowanie na takich, którzy mogą kogoś urazić. A wtedy trzeba zniszczyć, wygumkować z kultury, żeby potwór nigdy już nikogo nie obraził. Choćby było to tylko jedno głupio wypowiedziane słowo, nie ma przebacz.

Ale może dlatego zgadzam się z Matczakiem, bo nam pokoleniowo jest blisko. Może nie mamy racji?

Ale to, że autor idzie w poprzek popularnych podziałów politycznych sprawia, że część osób nie wie co o tym myśleć.

Kluczowym elementem cancel culture w jej nowej odsłonie, elementem, który mnie przeraża, jest niezwykle silna tendencja do błyskawicznego i totalnego kwalifikowania konkretnego człowieka jako demona na podstawie pojedynczego zachowania.

O tym zagrożeniu pisze wiele osób. Ich argumenty giną jednak w kakofonii oskarżeń spadających na każdego, kto, choćby nieświadomie i bez złych intencji, wypowie zdanie, które ktoś inny zinterpretuje w sposób skrajnie nieprzychylny. Taki człowiek natychmiast zostaje całościowo potępiony i zakwalifikowany jako banita, a odtąd każdy może go zupełnie bezkarnie społecznie uśmiercić.

Kolejna ważna kwestia. Opowiada Matczak o roli języka w tworzeniu faszyzmu. Przekręcania znaczenia słów. Odwracania, mieszania. Wprowadzania chaosu pojęciowego. Tego wszystkiego co dzieje się w naszej aktualnej rzeczywistości. Dzięki czemu ze świństwa robi się cnotę. I to jest świetny suplement do LTI – notatnik filologa, Klemperera, który pokazywał w jaki sposób naziści przejmowali “pojęcia” i nadawali im odwrotne znaczenie, żeby dzięki temu mieć narzędzia oddzielające tych, którzy są z nami, od tych, którzy nie są.

Nie wiem, który już raz w ostatnich latach przywołam Ece Temelkuran, która zwracała uwagę na te same procesy w Turcji.

Ze wszystkich nieszczęść faszyzm najsprawniej zmienia swoje kształty. Sztuka ta udaje mu się dzięki budzeniu w ludziach zwątpienia, które przypomina wywołany hipotermią letarg. Powoli znieczulają nas takie sformułowania: „Czy to możliwe?” albo „Po prostu to przeczekajmy”, „Może nie będzie tak źle, jak myślimy”.[…]

Cieszę się, że Matczak tak często mówi o Faszyzmie, już bez tych zastrzeżeń, które słyszeliśmy jeszcze dekadę temu – że nie wypada, że może to przegięcie, tak porównywać. A jednak widzimy dzień po dniu, co się dzieje. Jak przejmowane są symbole, pojęcia, przekręcane znaczenia. Zaraz za tym idzie wymuszanie deklaracji lojalności, patriotyzmu, ale tylko w pojęciu faszystów.

Nie bez powodu każdy autorytarny reżim odcina się od tradycji prawdziwej i buduje nową. Nie bez przyczyny każdy rząd mający autorytarne zamiary tworzy swoją nowomowę. Łatwiej jest bowiem zmienić nieograniczany tradycją język niż twardą rzeczywistość. Dlatego w PRL-u strajki były nazywane „nieuzasadnionymi przerwami w pracy”, a demonstracje „niepokojami inspirowanymi przez zachodnie ośrodki dywersji propagandowej”. Z podobnego powodu w 2017 roku przegrane 1 do 27 głosowanie w sprawie przewodniczącego Rady Europejskiej zostało nazwane zwycięstwem. Język w takich wypadkach staje się automistyfikacją, narzędziem zbiorowej hipnozy.

[…]

W tym zmienionym świecie Trybunał Konstytucyjny z roku 2016, ten kierowany przez profesora Andrzeja Rzeplińskiego, a więc Trybunał, który sprzeciwiał się władzy politycznej, był „upolityczniony”. Ten natomiast Trybunał, którym od roku 2017 kieruje Julia Przyłębska, a w którego progach coraz częściej goszczą politycy i który w żadnej ważnej sprawie tym politykom nie umie się sprzeciwić, jest „apolityczny”. KRS jest oczywiście „najbardziej niezależna”, kiedy jest najbardziej zależna, i „najskuteczniej chroni niezawisłość sędziów”, kiedy milczy. Wreszcie sędziowie Sądu Najwyższego – „arystokraci nadzwyczajnej kasty i wrogowie ludu” – po błyskawicznie przeprowadzonym naborze stają się „ostoją i uosobieniem wszelkich cnót”.

Swoją drogą jeden z ostatnich rozdziałów –  Sam sobie jadę – powinien autor udostępnić gdzieś w całości. Jako promocję i zachętę do czytania całej książki, ale również pokazanie tego, w jaki sposób zakłamywana jest rzeczywistość przez polityków o cechach narcyzów i jakie powoduje to konsekwencje w życiu każdego z nas.

Wspominałem, że lubiłem w tej książce nie zgadzać się z autorem. I tak było przy kwestii wiary i religii. Marcin Matczak jest osobą wierzącą i nie ma problemu z przyznawaniem się do tego, z celebrowaniem, ale w rozdziale, w którym wyjaśnia znaczenie i ważność religii mam wrażenie, że trochę ślizga się po temacie, żeby nie dotknąć drażliwych kwestii, związanych z tym, że religia niestety od zawsze się instytucjonalizuje, przyciąga również tych, którzy są chciwi, żądni władzy, manipulujący. I niestety to sprawia, że nie da się tak obronić religii, jak pisze o tym Matczak. Co prawda na początku rozdziału (Żołte flamastry i grube katechetki) wspomina o skandalach pedofilskich w Kościele, ludowej religijności, ale głównie koncentruje się na roli religii, jako znaczącej ewolucyjnej adaptacji, dającej szansę przeżycia grupie.

Jednak reguły dotyczące przebaczania są w religiach od wieków obecne. Być może stanowią one odbicie czysto intuicyjnego przekonania, że przeciwieństwem przebaczenia jest noszenie w sobie nienawiści, która rośnie i w jakimś sensie psychologicznie niszczy człowieka. Poza tym społeczeństwo pozbawione przebaczenia ryzykuje eskalacją nienawiści, a tym samym eskalacją niszczycielskiej agresji. Pozorna nieracjonalność reguł dotyczących przebaczenia wielokrotnego to tylko jeden przykład pokazujący, że działanie zasad religijnych nie zawsze jest dla nas przejrzyste – reguł takich jest wiele.

Dlatego odrzucenie refleksji religijnej nas zubaża. […]

Religia to oczywiście nie tylko czytanie i rozważanie dawnych historii. Poważne podejście do religii pokazuje nam ją jako sposób na poznanie naszego wewnętrznego zła, które dzięki temu możemy kontrolować. 

Wszystko to pięknie brzmi, ale pozwolę sobie sparafrazować to wyświechtane powiedzenie Piłsudskiego – “religia wspaniała, tylko ludzie kurwy”.

Rozumiem znaczenie duchowości dla ludzi. Rozumiem potrzeby wspólnotowe. Niestety w świetle tego, co z (przeróżnych) religii zrobili hierarchowie przychylam się do przekazu ze sceny w filmie Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Nie wystarczy powiedzieć, że Kościół nadużywa władzy. Potrzebna jest zdaje się nowa reformacja wśród wiernych, jeśli zależy im na religii, muszą powiedzieć jasno – stop.

Dużo mam tych swoich przemyśleń. Notuję jakieś zdania, myślę sobie, żeby wrócić do książek, które przypomina mi Matczak. Czasem się zżymam na dłużyzny, mam ochotę powiedzieć, jak w rozmowie z kumplem “no dobra streszczaj się, Marcin”.

Czasem dopasowuje do swoich tez poglądy innych, bez sprawdzenia głębszego, ale któż z nas tak nie robi. 

[Tak jest np. w wątku dotyczącym samobójstw w obozach koncentracyjnych. Matczak powołuje się na słowa Hannah Arendt

 Arendt pisze, że ludzie tak zdominowani nie bronili się przed egzekucją, bo wyrzekli się siebie. O tym zdominowaniu świadczył niezwykle niski odsetek samobójstw w obozach koncentracyjnych. Samobójstwa zdarzały się o wiele częściej przed deportacją czy aresztowaniem, w obozach natomiast – jak pokazują przykładowe dane przywołane przez Arendt – były przyczyną jedynie pół procenta zgonów. 

Korzenie totalitaryzmu ukazały się pięć lat po zakończeniu II Wojny Światowej i mimo znaczenia tej książki, nie jest to jednak praca historyczna ani badawcza. Nowe badania dotyczące samobójstw w obozach przeczą słowom Arendt, a tym samym cały wywód Matczaka jest oparty na błędnych przesłankach. Co oczywiście nie zmienia ogólnej wymowy jego tez.]

Czytam mojemu synowi rozdział o kulisach powstania Patointeligencji, ze szczególnym uwzględnieniem analizy słów: “pierdolę mamę i tatę”. Ładne to, sprytne, zabawne. Gdy jestem już przekonany, że mój nastolatek absolutnie się wyłączył, gdy Matczak analizuje performatywną i opisową funkcję języka, ten się ożywia i prosi, żebym mu zaznaczył do zapisania dwa zdania. Jestem w szoku. Był skupiony. Nie wiem czy coś rozumiał z profesorskich wywodów, ale wychwycił coś co mu się spodobało!

Ale to zdarzenie świadczy o tym, że Matczak zrobił świetną robotę (choć mógł jednak poskracać). Jeśli fani i słuchacze muzyki jego syna, zaczną czytać, albo wymieniać się choć fragmentami tego co on pisze, to naprawdę będzie nieźle.

Czytam mojemu synowi, żeby jednak zwrócił uwagę, że to co można w sztuce, nie zawsze wypada w życiu codziennym. Bo może pełnoletni Mata to rozumie, ale z nastolatkami tak różowo nie jest. Zachwyceni tym, że mogą łamać zasady, bluzgają na potęgę, zwłaszcza gdy robią to nagminnie ich idole w piosenkach.

Z tym mam zresztą problem w rapie. Nie chodzi o to, żeby wszędzie fruwały motylki, a najmocniejszym słowem było “dupa”. Wszak to rockandroll, ale nadmierne używanie sprawia, że mam w głowie profetyczny wywód Piotra Czerwińskiego, piszącego piętnaście lat temu w Pokalaniu:

I nikt nie pamięta, że słowo „zajebisty” jeszcze dwadzieścia lat temu znaczyło w języku polskim umysłowo chorego, znanego lepiej jako “pierdolnięty”. Kto wie, może za następne dwadzieścia lat słowo „pierdolnięty” będzie oznaczało geniusza, słowo „kurwa” będzie synonimem zapomnianej już „bizneswoman”, „pierdolić” zaś będzie podstawowym czasownikiem tej genialnej nowomowy, podobnie jak słowo „fuck”, które podbiło Amerykę i nareszcie jest w Polsce. Skoro słowa potrafią zataczać tak nieobliczalne koło, to nie zdziwię się, gdy któregoś dnia słowo „zajebisty” zrobi się całkiem nietrendowe, a pałeczkę po nim przejmie słowo „chujowy” i będzie wtedy znaczyło coś absolutnie fantastycznego. I na ten przykład zamiast mówić „ale masz zajebiste spodnie!”, analogicznie ludzie będą witali się okrzykami „Łał, ale chujowo dziś wyglądasz!”. Natomiast podjarany do granic absurdu idol młodzieży będzie darł gębę ze sceny jakiegoś trendowego festiwalu dla kretynów: „Jesteście chujowi! Kocham was!”. Na co ćwierćmilionowa widownia mruknie prawie jednogłośnie: „Łał! Jaki chujowy gość!”.

Rozumiem naturalizm, ale jednak bardziej odpowiada mi się szkoła Grzesiuka, który w Pięciu latach kacetu opowiada, że w obozie klął bez przerwy, ale jednak w literaturze użycie tego języka byłoby męczące.

Teoretycznie rozumiem, że czasem nie da się inaczej. Tylko wiele piosenek rapowych zdaje się brzmieć jak ten jedyny akapit w Najlepszych, gdy Tom Wolfe wykorzystuje przekleństwa.

W wojsku, brachu, obracałeś się nieustannie między ludźmi mówiącymi specyficznym językiem, językiem bogatym jedynie w dziesięć rzeczowników, pięć czasowników i jeden przymiotnik albo imiesłów, czy jak to się tam nazywa. Zawsze natykałeś się na jakichś koleżków z Valdosty, z Oilville czy Pcimia Dolnego, którzy siedzieli i spokojnie gawędzili:

– No to mu mówię, że jak mnie zrobi w chuja, to mu przypierdolę, nie?

– A jak, kurwa!

– No i mnie przeruchał, to mu przypierdoliłem, nie?

– I dobrze, kurwa!

– To teraz pierdolą, że wjebią mi za to w dupę kawał, kurwa, kija, no! Wiesz co? Oni chyba znowu chcą mnie przeruchać, nie?

– Dobrze gadasz, kurwa.

Dorzućmy do tego auto-tune i mamy narzędzie tortur.

Wyszedł mi ten tekst nieco dłuższy niż planowałem i skupiłem się może nie na tym, co jest esencją tej książki. A są nimi rozważania o demokracji, uczciwości, demagogach, tendencjach faszystowskich w każdym z nas. Ogromnie wartościowa to rzecz. Choć czasem przegadana.

Krótko mówiąc – czytajcie Marcina Matczaka, bo mówi jak powinno być.

Korzystając z tego, że ojciec Maty – jak sam napisał – podpiął się pod sukces syna, żeby przypomnieć proste w gruncie rzeczy sprawy, ja się podepnę pod utwory mojego nastoletniego syna, który tworzy teksty, bity, pyta o współpracę innych muzyków (za tę łatwość go podziwiam). Może kiedyś zrozumiem ten jego rap bardziej.

 

[Photo by Chase Fade on Unsplash ]

Jak wychować rapera. Bezradnik, M. Matczak

Jak wychować rapera. Bezradnik, Marcin Matczak

Wyd.: Znak, 2021

2 komentarze do “Jak wychować rapera”

  1. Dziękuję za tę recenzję. Chciałam napisać tylko komentarz, a wyszedł cały tekst, oto fragment, link do całości poniżej:

    Kiedy zapowiadano ukazanie się książki „Jak wychować rapera. Bezradnik”, już wiedziałam, że może mnie zainteresować, a kiedy wysłuchałam 1 września pierwszego promującego książkę wywiadu z Marcinem Matczakiem na żywo z EMPiKu, natychmiast ją zamówiłam i 7 września już ją miałam, tydzień później zaczęłam czytać, kilka dni potem skończyłam, a tymczasem wpadłam na fb na felieton Jacka Podsiadły. Zaraz potem na komentarz Szczepana Twardocha i dyskusje o tym i o tym.
    Mimo że sama nie mam dzieci, wychowywanie małych ludzi na dużych ludzi interesuje mnie jako żywo, w końcu żyję wśród ludzi. Wśród moich lektur niejedna jest o tym, jak to się dzieje, że z ludzkich dzieci wyrastają ludzcy i nieludzcy ludzie – od Janusza Korczaka po Richarda Davida Prechta (niemieckiego filozofa) z jednej strony, po Hannah Arendt, Daniela Goldhagena (autora głośnej książki „Gorliwi kaci Hitlera. Zwykli Niemcy i Holocaust”, ja czytałam ją zaraz po jej ukazaniu się po niemiecku), czy Philipa Zimbardo z drugiej. Na wykład Zimbarda na UW w roku 2009 wręcz kopnęłam się z Krakowa do Warszawy.
    Tak, znam krytykę eksperymentu Zimbarda, gdyby ktoś pytał. Pisałam o tym eksperymencie a także eksperymencie Stanleya Milgrama – badaniu posłuszeństwa „zwykłych ludzi” wobec autorytetów – o czym sporo w książce Matczaka – w magazynie „EDUKACJA I DIALOG”…
    Tyle jako zajawka do ewentualnej właściwej recenzji „Jak wychować rapera”, bo na to potrzebuję trochę więcej czasu i wolniejszej głowy. Na razie wrzucam link (w tekście) ze strony „Zalewski o książkach” do jedynej znanej mi – jak dotąd – uczciwej recenzji książki napisanej po jej przeczytaniu, a nie wyzłośliwianiu się na Autorze i jego Synu przed jej przeczytaniem. I chyba bez chęci przeczytania? Na wkurwie, a, parafrazując słynną sentencję, „de curvivus non est disputandum”.

    http://www.sofijon.pl/module/article/one/1729

    1. A ja dziękuję za ten głos! Obiło mi się coś o uszy o felietonie Podsiadły i zdaje się, że jego słowa to dobre podsumowanie tego co Matczak pisze o dyskusji w Polsce. O tym, że nawet mimo odmiennych poglądów, moglibyśmy dyskutować i się nawzajem inspirować, ale tego nie robimy bo będziemy udowadniać swoją wyższość.
      Nie jest problemem wyzłośliwianie się publicystyczne (co ostatnio próbowałem pokazać w zupełnie innym kontekście) – to tylko kwestia warsztatu pisarskiego i kilku trików. Ale zdaje się, że tak u nas to działa. Ktoś tam coś napisze i nie dyskutujemy z poglądami, tylko z naszą wizją tego czy lubimy „Matczaka” czy nie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.