Macbeth

Przezroczysta kropla ‌deszczu ‌spadała z nieba przez ciemność ‌w stronę ‌migoczących świateł portowego miasta. ‌Zimne porywy ‌wiatru z północnego zachodu rzuciły ‌ją ‌nad wyschnięte łożysko rzeki, ‌przecinające ‌miasto ‌wzdłuż, i pognały ‌nad nieczynną linię kolejową, ‌przecinającą ‌miasto w poprzek.

Przeczytałem te dwa pierwsze zdania i wiedziałem już, że łatwo nie będzie. W zasadzie mogłem już przestać, zwłaszcza, że dalej nie było lepiej.

Kropla ‌deszczu ‌z przezroczystej zmieniała ‌się ‌w coraz bardziej szarą, w miarę ‌jak ‌przebijała się przez sadze ‌i trucizny ‌unoszące się nad ‌miastem niczym ‌stała pokrywa z mgły, ‌mimo że w ostatnich ‌latach fabryki po kolei zamykano. ‌

Przypomniałem sobie Hłaskę…

Przeczytałem zdanie: „Śnica zapuścił sępie spojrzenie swoich źrenic w jej duszę”. Poczułem się zwolniony na zawsze z obowiązku czytania Żeromskiego.

Przy okazji przerabiania przez mojego ósmoklasistę Balladyny rozmawialiśmy rodzinnie znów o tym, w jaki sposób można by zachęcać do poznawania klasyki, bez wrzucania młodych na głęboką wodę niezrozumienia, tego co czytają. Spieraliśmy się o to, na ile kluczowe jest odejście od oryginału i swobodna interpretacja. Taka, w której śmiało rezygnujemy i odrzucamy pewne “nienaruszalne” treści i wątki. Moja żona – namiętna czytelniczka kryminałów, stwierdziła, że przecież Balladyna to w zasadzie kryminał. Przypomniałem sobie to, w jaki sposób podszedł do Raju utraconego Paul Auldaell tnąc większość treści. Zaczęliśmy znów spierać się o to, by w interpretacji klasyki “wstawać z kolan” i przeciąć nasze martyrologizmy i interpretacje. Idąc trochę w taką stronę, jak zrobiono to w filmowej adaptacji Romea i Julii ( reż. Baz Luhrmann) z 1996 roku, czyli całkowicie ją uwspółcześniając. I wtedy przypomniałem sobie o projekcie Szekspir, który kilka lat temu zainicjowało wydawnictwo Hoghart Press, zapraszając różnych autorów do stworzenia luźnej adaptacji dramatów Szekspira. Czytałem już wersję Zimowej opowieści Jeanette Winterson. Pomyślałem sobie, że może jednak zerknąć, co zrobiono z dramatów kryminalnych. No i tak, na moim czytniku znalazł się Macbeth Jo Nesbø. 

Nazwisko mi znane, twórczość nie. Kryminałów nie czytuję. Nudzą mnie od lat. Ale tym razem uznałem, że dla dobra sprawy, zobaczę, jak można podejść do tematu. 

Zacytowane na początku zdania, to właśnie początek współczesnej interpretacji Makbeta. Po kolejnych kilku stronach, męczących opisów, gdy czytnik zaczął wyświetlać uparcie 1 procent, zaś całość książki podsumował w ponad ośmiu godzinach lektury, zerknąłem do sieci ile stron ma wersja papierowa. 480! Nie dam rady. Nie zniosę takiego stylu. Przebijania się przez te wszystkie nadmuchane do granic zdania. 

Któż bowiem może konkurować z żółwiem Tourtellem noszącym na grzbiecie irytującą skorupę przaśnej jowialności i moralnej nieskazitelności, po której wszelka krytyka po prostu spływa jak woda po kaczce.

Kropla deszczu wpadła w snop elektrycznego światła lampy na dachu jednego z piętrowych drewnianych budynków, w których mieściły się magazyn, biuro kapitanatu i zamknięty klub bokserski, przedostała się między ścianę a zardzewiałe wraki i uderzyła w wikiński róg. Spłynęła po nim na kask motocyklowy, do którego róg był przymocowany, a z kasku dalej na plecy obciągnięte skórzaną kurtką z wyhaftowanym gotyckimi literami napisem NORSE RIDERS. 

Zaczynam rozumieć, czemu te modne powieści mają po kilkaset stron. Jak kiedyś w jakimś wywiadzie wspomniała Katarzyna Bonda – również autorka kryminałów – jej powieści są tak grube, przez szacunek dla czytelnika. Skoro zapłacił, to dostaje dużo. (cytuję luźno, taki był sens).

Nie dam rady tej wersji Makbeta. Daję jeszcze dwie szanse. Wreszcie postanowiłem – ukończę choć jeden rozdział. 

Skończyłem. Wystarczy. Koniec. 

Czuję się dokładnie tak, jak czasami przy serialach. Nie przepadam, ale czasem jakiś znajomy mnie przekona, żebym spróbował. W większości przypadków się nie udaje. Zasiadam i nagle okazuje się, że akcja, którą można zmieścić w 10 minutach ciągnie się przez jeden, dwa odcinki po kilkadziesiąt minut. W dobrym tonie było niegdyś wyśmiewanie brazylijskich telenowel, ale przecież tu dzieje się to samo. Przedłużające się ujęcia, wypełniacze muzyką, puste dialogi. I tak jest z tym  Nesbø, który przez kilkanaście akapitów opisuje spadającą kroplę deszczu.  Nie ma w tym artyzmu, tylko banalne triki.

Być może kogoś to satysfakcjonuje. Być może służy, tak jak seriale do zapełnienia (czy też wypchania) czasu. Moja żona mówi, że dzięki temu, jest w stanie sobie wyobrazić plastycznie opisywany świat.

 Ale – dodaje z uśmiechem ja zawsze lubiłam Nad Niemnem.

Chcę coś sprawdzić. Sięgam na półkę. Najgrubsza powieść, jaką mam – 860 stron. Pierwsze zdania.

Kiedy Augustus wyszedł na ganek, błękitne świnie pożerały grzechotnika. Wąż pełzał widocznie po podwórku, usiłując znaleźć trochę cienie, no i nawinął się świnią pod ryje.

To Na południe od Brazos – western. Przez niemal tysiąc stron pędzą bydło. A jednak styl, jaki prezentuje Larry McMurtry jest całkowicie odmienny, od tego co pokazuje Jo Nesbø. Mam wrażenie, że Norweg opisałby każdą łuskę grzechotnika i załamywanie się na nich światła.  A może, jak pisałem wówczas po lekturze “Brazos” – chodzi o atmosferę, i dobry czas. Być może…

Ale, może dla fanów kryminałów, będzie to dobry pomysł na to, żeby choć pośrednio poznać klasykę. Być może…

Macbeth, J. Nesbø

Macbeth, Jo Nesbø

Wyd.: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2018

Tłum.: Iwona Zimnicka

[Photo by Mayank Dhanawade on Unsplash ]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.