Gułag w oczach Zachodu

Nie mogę nawet napisać, że jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Bo nie jest. Choć niemal wszyscy piszą i używają tego określenia od kilkunastu miesięcy czasem w nie zawsze adekwatnych sytuacjach.

Fake news.

Nagle zapomnieliśmy o słowach “manipulacja”, “propaganda”, “kłamstwo”, “dezinformacja”, “mistyfikacja”, “nierzetelność” czy “prowokacja”.

Wszędzie fake news to i fake news tamto. Co więcej część komentatorów zachowuje się tak, jakby to było całkowicie nowe zjawisko i wyraża swoje zaskoczenie jego skalą. Nowe są co najwyżej metody, albo raczej narzędzia dzięki, którym można rozpowszechniać niemal bezkarnie rozmaite bzdury i brednie. Licząc na szybki i gwałtowny oddźwięk.

Przez kilka lat miałem przyjemność pracować w mediach. Zarówno tradycyjnych papierowych, ale również w tych nowoczesnych czyli internetowych (na początku ich powstawania w Polsce). Jedną z rzeczy, która śmieszyła mnie niemal każdorazowo było uparte dążenie do tego, by – jeśli tylko się da – napisać w tekście “jak poinformowaliśmy pierwsi”. Ta choroba była powszechna w prasie finansowej. No ale pozyskiwanie informacji kiedyś wymagało wysiłku. Trzeba było dotrzeć do informatorów, potwierdzić jego sensacje z innych źródeł i liczyć na to, że będzie się pierwszym, który o tym napisze.

Aż w końcu nadszedł interenet i media ewoluowaly w stronę: musimy być pierwsi, bo nas nie klikną. Co tam potwierdzanie informacji, trzeba wrzucić dużo, szybko i najlepiej zrobić z tego slajdy. Kliknij, kliknij, kliknij.

W takim środowisku rozpowszechnianie półprawd oraz ewidentnych kłamstw musiało wejść na wyższy poziom. Stało się łatwe. Dodatkowo w dobie mediów społecznościowych stworzenie wiarygodnie wyglądających źródeł informacji jest banalnie proste, więc mamy to co mamy. Tylko czy to jest nowe zjawisko?

W 1946 roku Wiktor Krawczenko uciekinier z radzieckich łagrów opisał swoje doświadczenia w książce Wybrałem wolność. Mimo, że Zachód budził się z zauroczenia komunizmem, wciąż wyjątkowo oporni na rzeczywistość byli Francuzi. Partia Komunistyczna we Francji działała wyjątkowo aktywnie, wśród jej członków i sympatyków były osoby ze świecznika. Książka Krawczenki wzbudziła wściekłość francuskich komunistów i w odpowiedzi na nią francuski tygodnik „Les Lettres francaises” opublikował materiał Jak sfabrykowano Krawczenkę. W tekście podpisanym Sim Thomas oskarżano, że książka Krawczenki jest manipulacją, zaś sam autor sfabrykowaną postacią. Proces zakończył się kompromitacją tygodnika, zwłaszcza gdy okazało się, że Sim Thomas nie istnieje, zaś źródła zaprzeczające doniesieniom Krawczenki są inspirowane przez NKWD.

Oskarżyć kogoś o to co samemu się robi. Dziś fake news. Od lat sprawdzona metoda.

To tylko jedna z licznych historii przytaczanych przez Dariusza Tołczyka w książce Gułag w oczach Zachodu. Pokazuje jak wyśmienicie działał radziecki aparat propagandowy od lat dwudziestych, aż niemal do lat pięćdziesiątych, gdy zaczęła się Zimna Wojna.

Nie tylko francuscy komuniści mieli na sumieniu zamykanie oczu na rzeczy dziejące się na terenach radzieckich. W imię polityki, dobrych relacji, wiary w dobre intencje Stalina a przede wszystkim w złudnym konfrontowaniu, że nazizm jest znacznie gorszy od komunizmu zamykano oczy lub nawet cenzurowano informacje dochodzące ze Wschodu.

Radziecka propaganda zapraszała do siebie kolejnych luminarzy świata Zachodu pokazując jak radośnie lud radziecki buduje komunizm. Obozy poddawano zabiegom upiększającym, zatrudniano statystów i obwożono po kraju zafascynowanych komunizmem pisarzy, dziennikarzy, polityków, którzy później w swoich krajach opiewali sowiecki raj. To nie była trzecia liga. Anatole France, Romain Rolland, Andre Gide, Thomas Mann, George Bernard Shaw, John Dos Passos, H.G. Wells, Bertold Brecht, Upton Sinclair, Georg Lukacs, Guillame Apollinaire. Nawet jeśli docierały do nich informacje, że to ustawki milczeli lub uważali, że to nie może być prawda. To były lata trzydzieste.  Dwadzieścia lat później, gdy informacje o totalitaryzmie radzieckim zaczęły być coraz powszechniejsze do grona apologetów systemu dołączył choćby Jean-Paul Sartre. No ale o francuskiej fascynacji komunizmem pisałem już wyżej.

Prawdopodobnie w takiej ustawce brał udział John Steinbeck wraz z Robertem Capą już w 1949, opisując swoje wrażenia w Dzienniku z podróży po Rosji.

Wojna jeszcze bardziej skomplikowała mówienie o prawdzie (choćby przypadek Katynia). Stalin najpierw sojusznik Hitlera, później aliantów, był na tyle ważny w polityce, że należało na pewne fakty przymykać oczy. Politycy robili to fantastycznie. Kosztem swoich mieszkańców. Nie miałem pojęcia o tym, jak aktywnie ambasada amerykańska w Rosji pomagała NKWD w aresztowaniach własnych obywateli, choć jej przedstawiciele wiedzieli, że niemal każdy kto opuści teren ambasady zostanie aresztowany i wywieziony do Gułagów.

Nie wiedziałem, że już po wojnie rząd angielski brał udział w przekazywaniu jeńców niemieckich (w dużej mierze z różnych mniejszości narodowych) stronie radzieckiej wykonując polecenia z góry, strzelania do wszystkich potencjalnych uciekinierów. Ucieczki były zaś masowe. Chętnych na powrót do Rosji było niewielu. Prawda stała się zakładnikiem polityki. Brytyjscy oficerowie wiedzieli jakie będą losy jeńców, ale wykonywali polecenia przełożonych.

Wiele mówi się o współpracy różnego rodzaju koncernów z Niemcami hitlerowskimi, ale nie jest powszechna wiedza o tym, że to samo działo się w stosunku do Rosji stalinowskiej. W latach dwudziestych Amerykanie importowali drewno, starając się nie myśleć, że pochodzi ono z obozów pracy. Przez krótki czas nałożono nawet embargo na ten import (tydzień), ale koniec końców wygrała konieczność ekonomiczna. Swoje rezerwy złota powiększali kupując kruszec z kopalni na Kołymie, gdzie zatrudnieni byli wyłącznie więźniowie. Z kolei do Rosji eksportowano sprzęt czy ciężarówki, które wykorzystywane były do transportu więźniów. Oficjalnie nic o tym nie wiedziano. Świat od tamtego czasu wiele się nie zmienił. Reżimy, reżimami, ale poszerzanie rynków zbytu jest esencją kapitalizmu.

Możemy się zżymać na łamanie praw człowieka i masowe aresztowania, ale trudno zrezygnować z wielkich i obiecujących rynków w rodzaju Chin, czy Turcji. Zawsze możemy sobie wmawiać, że może dyktatura złagodnieje, jak zobaczy, że jesteśmy tacy układni. Co z tego, że historia nie potwierdza tych złudzeń.

Tołczyk cytuje Richarda Pipesa (Rosja bolszewików) opisującego działania Sowietów za rządów Lenina i Stalina. Można się zastanawiać czy ta klasyfikacja uległa jakimkolwiek zmianom.

Przyjeżdżających z Zachodu gości oceniano na miejscu i klasyfikowano według czterech kategorii: “powierzchowny”, “naiwny”, “ambitny” oraz “przekupny”. Prawdopodobnie dla każdej kategorii gości sowieccy gospodarze mieli przygotowany zestaw bodźców i “wrażeń z podróży”.

Imponująca to monografia, choć nie podobał mi się jej styl. Liczyłem też na znacznie więcej wyjaśnień dotyczących sfery ekonomicznej. Ukazania tych mechanizmów, które sprawiają, że rządy, korporacje, przedsiębiorstwa przymykają oczy lub dają się łatwo omamić propagandzie, jeśli widzą w tym swój zysk. Tło społeczno-polityczne jest w niej obecne, ale całość jest pisana tak (czego autor nie ukrywa), żeby wstrząsnąć światem zachodnim, który jednoznacznie potępił zbrodnie nazizmu i hitleryzm, ale właściwie nie do końca przyjmował informacje o funkcjonowaniu komunizmu w Rosji.

Gułag w oczach Zachodu, D. Tołczyk

Gułag w oczach Zachodu, Dariusz Tołczyk

Wyd.: Prószyński i S-ka, 2009

 

Podziel się

2 myśli nt. „Gułag w oczach Zachodu”

  1. Ciekawostka dot. wyjazdów Amerykanów do ZSRR w latach 30-tych:
    (Andrzej Fedorowicz – polityka.pl)
    W czasie Wielkiego Kryzysu tysiące Amerykanów wyjechały szukać pracy w Związku Sowieckim. Większość przepadła bez wieści.
    Tylko w ciągu ośmiu miesięcy 1931 r. Amtorg przyjął 100 tys. podań od zdesperowanych Amerykanów. Wielki Kryzys pozbawił pracy 13 mln ludzi – 1/4 zatrudnionych. Ogromne rzesze przemieszczały się po kraju, szukając jakiejkolwiek szansy na jakikolwiek zarobek. Na ulicach i w parkach wyrastały namiotowe miasteczka, nocą płonęły ogniska. Ludziom wydawało się, że kapitalistyczny system dotknęła nieodwracalna katastrofa.
    W 1931 r. najlepiej sprzedającą się w USA książką był „Rozkwit nowej Rosji: historia planu pięcioletniego”. Rozpoczęty w 1929 r. projekt wielkiej industrializacji zakładał budowę lub modernizację do 1933 r. aż 1500 zakładów przemysłowych. Każdego dnia w amerykańskich gazetach można było przeczytać o otwarciu nowej fabryki w Rosji lub na Ukrainie. Ironią losu był fakt, że ok. 60 proc. z nich projektowały i wyposażały amerykańskie koncerny.

    1. Tołczyk opisuje wiele przypadków (wraz z danymi i to są imponujące liczby) wyjeżdzających do raju komunistycznego lewicowców, którzy niemal natychmiast byli wysyłani do obozów.
      A za wizerunek komunistycznej Rosji w latach 30 odpowiedzialnych było kilkoro dość głupich i cynicznych dziennikarzy (Walter Duranty, John Reed).
      Mnie nie specjalnie dziwi to, że podczas kryzysu lat 30. ludzie z nadzieją patrzyli na rozwiązania dające cień szansy. Zrażenie się do kapitalizmu, bezdusznych przedsiębiorców było ogromne. Więc jeśli dostawali „pocztówki z Rosji” jak to jest tam pięknie, to ich wiara była uzasadniona.
      Swoją drogą aktualny trend do lewicowości (moim zdaniem nie „wrażliwości społecznej” ale właśnie pragnienia równości, redystrybucji majątku) wśród pokolenia obecnych 30-latków bierze się z sytuacji gospodarczej. Jeśli ktoś miał pecha i jego koniec studiów przypadł na lata 2008-2009 to trafił na początek kryzysu (oczywiście z zachowaniem proporcji do tego co było w latach 30.) Mógł więc przez kolejne 3,5, 7 lat nie znaleźć pracy, lub co najwyżej jakieś śmieciowe rozwiązania.
      Trudno od ludzi bez doświadczenia wymagać szerokiego spojrzenia na świat, więc trzeba znaleźć winnego. Kapitalista zawsze był wdzięcznym celem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *