Kontakt (ze słowem i winem)

Pomysł wydaje się prosty. Weź dwóch facetów, butelkę wina i książkę. Niech co jakiś czas czytają fragmenty na głos. Zabawa gwarantowana. Bez względu na to, czy będzie to arcydzieło, czy też nie. Słowa przefiltrowane przez zbyt dobry humor mogą być zabawne.

Ale czy na pewno? Na pewno każde czytane zdanie wywoła wybuchy radości? Czy ma znaczenie, czy to dobre pisarstwo, czy nie?

Zostałem oskarżony. Mój przyjaciel orzekł, że to przeze mnie. Postanowił iść tropem powrotów do książek z młodych lat i kupił sobie książkę, która jak orzekł była prawdopodobnie jego pierwszą książką S-F w życiu. Zabrał na wyjazd.

O ile pamiętał, bardzo mu się podobała. A ja odebrałem mu dzieciństwo. A przynajmniej część wrażeń.

Był już wieczór, gdy zaczął czytać. W skupieniu. Wyciszeni, już po kolacji. Ja próbowałem skupić się na swojej lekturze, ale w pewnym momencie zaczął czytać na głos.

Mamy ubaw, ale zastanawiamy się też o co chodzi. Książka Kontakt Gabrieli Górskiej miała dwa wydania, drugi nakład według informacji na stronie redakcyjnej to 50 000 egzemplarzy. Szukamy w sieci informacji o autorce. Górska była laureatką kilka nagród, autorką scenariuszy do słuchowisk. Naprawdę? I tak pisze? Czasami mamy wrażenie, że jej celem było stworzenie możliwie najbardziej złożonego zdania złożonego.

Thornton przyglądał mu się swymi szarymi oczami – nie wyzywająco, tylko po prostu uważnie i czujnie (przez cały czas robił wrażenie kogoś ani na chwilę nie przestającego się kontrolować: napięty mimo pozornego spokoju, przygotowany na wszystko).

No i te opisy. Czy potrzebna jest butelka wina, żeby po ich przeczytaniu poczuć niepokój?

W okaleczałej, dziwnie bezradnej sylwetce kosmolotu było coś żałosnego: przypominał postrzelonego ptaka, który na próżno rozkłada nie mogące poderwać go skrzydła i z przekrzywioną głową patrzy bezsilnie w niebo, nie będąc w stanie pojąć niemożliwości wzlotu. Pancerz nie świecił w słońcu, tysiące godzin pracy pokryło jego powierzchnię czernią gromadzącego się od dawna nagaru: owalny automat pełznący wśród kadłuba wydawał się przez kontrast jeszcze bardziej błyszczący niż był w istocie, przypominając toczącą się niespiesznie spłaszczoną kroplę rtęci. Automat omiótł kadłub oślepiającą igłą fioletowego blasku, odcięty laserem płat blachy przeleciał bardzo blisko i grzmotnął o ziemię z hukiem eksplodującej skały.

Potężnie zbudowany, wydał się Perry’emu jakby speszony własną wielkością. Uśmiechał się nieznacznie, oczy tonęły w siatce zmarszczek, dolna warga wyraźniej niż przed chwilą odsłaniała teraz w uśmiechu zęby.

Czarne piórka błysnęły metalicznie w słońcu.

Zobaczył kępkę fiołków: liliowe łebki schowane w krągłych liściach.

Zastanawialiśmy się skąd my znamy to napuszone pisarstwo. Tak chyba sami pisaliśmy wypracowania w czasach licealnych. Przeświadczeni, że jest mądrze i poważnie. Żaden z naszych nauczycieli nie korygował i nie powtarzał “krócej, krócej”.

Był unieruchomiony tak samo jak i on, półleżąc w pneumatycznym fotelu przykrytym przezroczysta osłoną, także przypięty pasami i skrępowany skafandrem, nieruchawy jak wielki żuk. Poprzez podwójne szkło: kulistej osłony hełmu i przezroczystej pokrywy, zobaczył jego oczy nie wyrażające – jak prawie zawsze – żadnych uczuć.

Zatrzymałem się przy tym fragmencie i czytałem kilka razy. Skąd ja znam ten “styl”? Co mi to przypomina?

JUŻ WIEM! Dyktando. Tak się pisało dyktanda. “Półleżąc w pneumatycznym fotelu przykrytym przezroczystą osłoną”. To jest zdanie z dyktanda! Z pierwszego pisanego dyktanda w liceum wszyscy dostali dwóje. Nauczycielowi ewidentnie chodziło o pokazanie, jakimi jesteśmy głąbami. To zresztą chyba grzech niektórych nauczycieli w polskich szkołach – nie nauczyć, tylko udowodnić, czego uczeń nie umie.

Zepsułem A. przyjemność z powrotu do lat młodzieńczych. Rzucił we mnie książką i powiedział, żebym ją sobie wziął. Dodał, że jak mnie zna nie oprę się przeczytaniu.

Oparłem się, ale zemściłem się kilka chwil później po kolejnym kieliszku wina.

Przekartkowałem z grubsza widząc, o co chodziło autorce i mówię. Słuchaj. Wyobraź sobie Bladerunnera, Rutger Hauer jako Roy Batty w deszczu, w tle Vangelis i nałóż na to ostatnie zdania z książki Górskiej. Niezbyt rozpaczliwie próbował mi przerwać. Czuł co się święci.

Był chyba bardzo blisko, bo otwarte dłonie olbrzymiały w nieco wypukłym ekranie, przysłaniając resztę srebrnej postaci. I kiedy wypełniły już cały ekran, Perry zrozumiał nagle, co w ich wyglądzie zdumiało go i poraziło: te ręce wyciągnięte gestem nadziei i wiary do drugiej, umiejącej tak samo rozpaczać, cierpieć i współczuć istoty, miały po osiem palców.

😉

Kontakt, G. Górska

Kontakt, Gabriela Górska

Wyd.: Wydawnictwa Radia i Telewizji, 1986

Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *