Wycinanki

Dwa dni temu, 25. kwietnia obchodzony był Międzynarodowy Dzień Książki Praw Autorskich. Zupełnym przypadkiem sięgnąłem tego dnia po (kolejny) zbiór felietonów Kornela Makuszyńskiego, wydany w 1925 roku. Nie było chyba lepszego dnia, na rozpoczęcie tej lektury. W końcu nieustannie narzekamy na stan polskiego czytelnictwa, na to, że książka w Polsce ma się coraz gorzej, że wydaje się zbyt dużo chłamu, a ludzie wolą smartfonyy i streaming. Krótko mówiąc, kiedyś było lepiej. Trudno tylko powiedzieć, kiedy było to kiedyś, bo Makuszyński z kolei zauważa, że przed wojną było lepiej.

Cóż takiego pisarz ma do powiedzenia o książce i czytelnictwie?

Książka polska dostała galopujących suchot i umiera powoli, smutno patrząc łzawemi oczyma, czy jej kto nie poratuje. Strach pomyśleć, co się dzieje! Nowe, grube i złe życie machnęło na książkę ręką, na której palcach tkwią brylantowe pierścienie bez blasku, bo jest na nich mgła ludzkiego potu i rdza ludzkich łez. Czyż wzruszy goryla słowik, najrzewniej śpiewający? Czyż zatwardziałe serce wzruszy się na widok niebieskiego stworzenia — poezji, księżniczki w łachmanach, co drży z zimna i nie ma gdzie ogrzać duszy swojej tęczowej? Nie, nie wzruszy… Kultura polska schodzi na dziady. Nowy człowiek mniema, iż obowiązki wobec tej duszy wytwornej spełnił, jeśli kupił w wędrownym koszyku na warszawskiej ulicy wspaniałe dzieło pod tytułem: „Co narzeczona w dzień ślubu wiedzieć powinna?” (Wiedeń 1925, nakład anonimowy), albo „Wenus w futrze” Sacher– Masocha. To czynią „wyborowi”. Reszta nic nie czyni. W Warszawie ledwie dyszą teatry, rozlatują się. szlachetne instytucje, a w cyrku wyje codzień tysiączny tłum na ohydnych walkach atletów. Do księgarni zajdzie czasem jakiś człowiek z prowincji z zapytaniem, gdzie można nabyć szelki?

[…]

Książka przeto poszła tu i ówdzie po ratunek. Rząd ją chciał szczerze ratować, lecz rząd ma tysiąc i jedno zmartwienie. Poszła do prasy i mówi rzewnie: — Panowie! jesteście powinowaci moi… Ratujcie mnie, bo umieram. Prasa była bardzo zmartwiona, właśnie jednak nie miała czasu, bo się dorożka zderzyła z tramwajem; umarł jakiś bałwan, którego trzeba było w nekrologach okadzić; w kinematografie była „wielka premjera detektywistyczna”, a Magdalena Syfon chciała się otruć ługiem, bo ją porzucił Józio Wytrych.

Przy drobnych zmianach, można by spokojnie uznać słowa Makuszyńskiego, za wcale aktualny manifest. W ogóle mam wrażenie, że wiele się przez te sto lat, które upłynęły od wydania książki, nie zmieniło.

Podobnie, jak w Ponurych igraszkach, autor wciąż dworuje sobie z naszej narodowej zgryzoty i smutku, choć wyjaśnienie jest całkiem proste – nie mamy wina.

W Polsce niema winnic, dlatego jest smutno. Ludzie się gryzą i piją melancholję. Sztuki życia naucza nas Baczewski.

No dobrze, przesadzam. Pijemy mnóstwo wina, jest dostępne w każdym sklepie. Ale gdzieś tam czai się nasza skłonność do zwykłej wódeczki.

Kolejny felieton Szkoła wariatów. Mamy problem z Chinami! Chiny perfidnie próbują podbić Europę, eksportując rozrywkę, która zabiera czas, energię, sprawia, że nikt niczego więcej, nie robi, jak tylko siedzi przy TikToku…

Zapędziłem się nieco Wówczas chodziło o MahJonga. Grę już nieco zapomnianą, być może z wyjątkiem tych, którzy grali w jej wersję na WIndows 3.1 i późniejszych.

Wszyscy myśleli, że kiedyś Chińczycy ruszą na nas ławą i zaleją nas, jak żółte wody, kiedyś, kiedyś, za pięćset lat, że będzie jakaś wojna, jakiś kataklizm, jakaś rozpacz, rozpętanie, wędrówka ludów. Akuratnie! Chińczycy uśmiechnęli się w kułak. Wojna? Kataklizm? Po co? Jest to trudne i ciężkie, zresztą Europa, choć stara, bezzębna i zjełczała baba, gotowa się bronić. Wymyśliły tedy chytre Kitajce inny, genialnie podstępny sposób zaguby Europy, postanowiwszy przyprawić ją o obłęd, wściekliznę, o furię, o manię straszliwą. Ha! A potem Europa albo zginie w szpitalu dla obłąkanych, albo wpuści morze do wszystkich wulkanów i wyleci w powietrze, kończąc marny żywot straszliwym samobójstwem. Jest to plan piekielny, godny chińskich diabłów. Diabły te przysłały Europie coś, co się nazywa: Mah– jong.

[…]

Już nie ma nic w Europie: jest tylko mah– jong. O nim się mówi, bredzi, czyta, pisze, śni, majaczy, plotkuje; on jest mężem niewiasty i żoną męża; on zajął serca, głowy, mieszkania, całe życie, on zaludni wszystkie Tworki.

[…]

Niedługo nikt nie będzie orał ani siał, nie będzie płodził dzieci, nie będzie pisał ani czytał, bo wszyscy będą grali mah– jonga;

Planowanie przestrzenne i wygląd Warszawy? Przed wojną miasto było przecież takie piękne. Dziś my to mówimy, wspominając architekturę, spójność i przemyślane koncepcje i zżymając się na różnego rodzaju plomby wstawiane w historycznej tkance miasta. A co na to Makuszyński, sto lat temu – przed wojną (drugą). Postanowił oprowadzić po mieście przyjaciela.

Poprowadziłem go na ulicę Chmielną. Mój przyjaciel spojrzał i zatoczył się, ujrzawszy coś straszliwego: parkan ohydny i przyczepiony do niego nowozbudowany dom, nieprawdopodobny dom, niebywały dom.. 

[…]

Kiedy go postawiłem twarzą przed gmachem seminarium państwowego obok kościoła Wizytek, z ust mojego przyjaciela wybiegł dziwny, niesamowity uśmiech. Straszna, odrapana, jakby trądem pokryta rudera zwaliła mu się na piękny jego mózg.

[…]

Powlokłem go na Saski plac. — To jest najpiękniejszy plac w Polsce! Spojrzyj! On spojrzał, zgrzytnął zębami, zapiał nagle jak kogut i dostał konwulsyj. I ja zacząłem czuć powiew obłędu. Chciałem krzyczeć głośno, aby wywołać zbiegowisko i zawołać: Ludzie! Czy wam nie wstyd, aby na historycznym placu stała psia buda, w której sprzedają orzechy i wodę sodową? Rzućmy się na tę ohydę i rozrzućmy ją, cegła po cegle, bo się Francuzy łapią za brzuchy ze śmiechu, a Angliki kiwają głowami, przecierając oczy.

[…]

zawiodłem go, jak Wergili Danta, na zbieg ulicy Jasnej i ulicy Sienkiewicza, gdzie obok Filharmonii wybudowano trzy przybytki. To się nie da opisać, to trzeba by zobaczyć: zwariowany gmach teatru Komedia, wtłoczony między dwa olbrzymie domy; dachy, wykusze, mury niskie i wysokie, sto pięć stylów tworzą tak cudowną harmonię linii, dają efekt dla oka tak niebywały, że spojrzawszy na to cudo architektury, na ten obłęd nieprawdopodobny, chwyciłem się słupa latarni, aby nie upaść.

Jeśli jesteśmy już przy architekturze, to pisarz poświęca, aż dwa felietony “wsi, leżącej na wielkiej drodze od Trzaski do Karpowicza”. Chodzi o Zakopane. Jak sam pisze robi to z troski i wstydu choćby przed zagranicznymi (ale i naszymi) turystami, którzy dostają to, co dostają…

Leży ona w rowie, do którego spływają najrozmaitsze paskudztwa z okolicznych pagórków, i dlatego Zakopane zostało nazwane „perłą Tatr”; […]

Oryginalność i wielka sława Zakopanego stąd powstała, że klimat jego dokazuje cudów; uwaga, że „trzeba mieć końskie zdrowie, aby się leczyć w Zakopanem”, jest niezwykle trafna.

[…]

Biedne Zakopane miało przez kilka lat uderzenie krwi na mózg i myślało, że ponieważ niema dokąd pojechać, tedy cała Polska będzie jeździć do Zakopanego. Gubałówka dowcipniej teżby nie wnioskowała. Zaczęto więc obdzierać gościa, dając mu za to trochę śniegu i tanią sposobność wybicia sobie kilku zębów na nieposypywanych piaskiem ulicach.

Zaczęto stosować metodę „na załapanego”. Jest to chroniczna choroba powojenna polskich kupców i restauratorów. Boleli nad tem uczciwi ludzie w Zakopanem, kiwali smutno głowami, przeczuwając, że nawet istota tak z przyrodzenia mało dowcipna, jak sezonowy gość, wreszcie spostrzeże, że z niego kpią na wielki kamień. „Letnia stolica Polski” — „perła Tatr” — „nasze urocze” — „orle gniazdo” — takie—ci to bzdury uwiodły niepoczciwych zakopiańskich ludzi i odebrały im zdolność do krytycznego spojrzenia w przyszłość.

W Zakopanem źle się mieszka i kiepsko się jada, że w restauracji podadzą ci wyszczerbiony talerz i cynową łyżkę, światło pali się jak przy umarłym, a w izbach są przeciągi, każde spojrzenie na walące się domki jest spojrzeniem rozpaczy, że wstrętne budy z sodową wodą tamują ruch, u zbiegu Krupówek i Przecznicy stoi taka wstrętna buda, którą trzeba obchodzić i włazić na studnię, dookoła której jest lód, że zakopiański sklep jest tak drogi, jak pierwszorzędny warszawski, że na poczcie jest brudno i trzeba tam długi czas czekać, dorożkarz jest to człowiek o wygórowanych przesadnie ambicjach, a krowy i barany spacerują po głównej ulicy, 

 

Mamy naszą aktualną aferę związaną z dziennikarzami, którzy nie do końca okazali się bezstronni, jeśli chodzi o opisywanie zasług poprzedniej władzy. Obiektywizm nieco im psuł fakt, że redakcje bez większego problemu brały zlecenia reklamowe z Funduszu Sprawiedliwości, który jak sama nazwa wskazuje, temu miał służyć, by sprawiedliwie pisać o rządzących.

Makuszyński uchyla rąbka tajemnicy tego, jak wyglądało opisywanie świata oraz prezentowanie przez dziennikarzy własnych obiektywnych opinii przed stu laty w felietonie Jak się robi gazetę?

Kiedy czytam, że „wczoraj straciła znowu Ojczyzna nasza jednego z tych, co to do zaparcia tchu” itd., wiem, że na pierwszej stronie musi być klepsydra za pięćset złotych i że umarł ktoś, co się nareszcie chociaż w ten sposób przysłużył Ojczyźnie, że komuś ustąpił miejsca.

[…]

Kiedy czytam w jednej gazecie twierdzenia Ygreka, że Ypsylon jest zwyczajnym złodziejem, ani na chwilę nie wątpię, że jutro przeczytam równie przekonywającą enuncjację Ypsylona, który udowodni, że Ygrek jest to arcyświnia.

[…]

Naiwny czytelnik pyta pana redaktora: — I cóż, redaktorze, jak tam ten nowy prezes? — To, że kretyn, to drobiazg, ale on miał brzydką sprawę z dostawami. W gazecie: …wybornie przygotowany do swego zawodu obywatel, którego kryształowy charakter…

Całkiem aktualne jest narzekanie, nie tylko na stan nauki polskiej, ale również na to, że w mediach i w odbiorze publicznym nie poświęca się miejsca sprawom ważnym, odkryciom, wynalazkom osiągnięciom, tylko całkowitym bzdurom i temu, czy znana aktorka miała majtki, gdy poszła do sklepu (to dziś, za czasów Makuszyńskiego, było nieco inaczej).

Dzienniki! Brzydkie słowo… Jeśli już o nich mowa, należałoby obliczyć, ile wielki dziennik, w jakimkolwiek wydawany języku, poświęca rocznie wierszy sprawom nauki? O, horror! Ten, któryby przeprowadził taką statystykę, powiesiłby się tego samego dnia, w którymby się dowiedział, że o primadonnie operetki napisano przez rok dwadzieścia tysięcy wierszy, zasię o wielkim uczonym tylko dwa: „Wczoraj umarł znakomity uczony, słynny chemik, Józef Prometejski, zatruwszy się w laboratorjum”. Oto już jesteśmy w Polsce!

Gdzie indziej są jeszcze poza dziennikami wielkie pisma naukowe, miesięczniki, tygodniki specjalne, są „Jahrbücher”, publikacje popularne, wydawnictwa każdemu dostępne, encyklopedje, magazyny, a w wielu pismach codziennych działy osobne i zasobne, popularyzujące naukę. Co mamy my? Mamy niewielką ilość wybornych, mądrych i starannych pism specjalnych, lecz bez czytelników, z trudem rozpaczy żyjących, jakby nikomu niepotrzebnych, wydawanych ofiarnością entuzjastów nauki. Za to nie mamy wcale niemal wydawców dzieł naukowych, bo któż te dzieła później kupi? Byle plugastwo powieściowe, byle tandeta, sprytnie na gusty matołkowate obliczona, płynie z księgarni jak woda. Na książki dostojne miejsca niema.

Jest jeszcze o powstających jak grzyby po deszczu szkołach teatralnych, filmowych czy wokalnych, które mamią mirażem wszystkich chętnych do tego, by zostać aktorami czy śpiewakami. Nie patrząc na umiejętności, talent, zapał Klient płaci za szkołę, klient otrzymuje.  

Wspaniała anegdotka o Reymoncie, tuż po otrzymaniu nagrody Nobla z literatury. Pisarz otrzymał dziesiątki listów i pocztówek z gratulacjami. Nie do końca bezinteresownymi.

Wszystkie listy były podobne do siebie i można by sens wszystkich zamknąć w jednym zdaniu: „… jest pan wielkim pisarzem, dostał pan nagrodę Nobla, wynosi to około dwustu tysięcy złotych, na co panu tyle pieniędzy? — przecież jest pan literatem, mowy nie ma o tym, aby pan mógł mi odmówić marnych pięciu tysięcy… (na kupno parceli, na zapłacenie wekslu, na kształcenie się w śpiewie, na oddanie długu, na założenie piekarni, na instytut filmowy, na wyjazd do Krynicy, na odnowienie mieszkania, na — itd.)”. Wszystkie te listy są jawnie zmartwione, że Reymont będzie miał niezmierny kłopot z zagadnieniem, co zrobić z pieniędzmi, wszystkie listy starają mu się serdecznie przyjść z pomocą.

Założyliśmy naprędce biuro statystyczne i zaczęliśmy dodawać finansowe pozycje wszystkich listów, z wyjątkiem, oczywiście, tych, których autorowie, niezwykle skromni, zastawiali wysokość sumy do osobistego uznania Reymonta. Licząc długo, obliczyliśmy, że dobrzy ludzie żądają drobnostki; 348 tysięcy złotych. Zrozumiałem niemą zgryzotę Reymonta. Ten człowiek, siedząc na stosach tych listów, obmyślał, gdzie pożyczyć sto czterdzieści osiem tysięcy brakujących, gdyż dostał tylko dwieście… Słuszna zgryzota.

Oczywiście Makuszyński koloryzuje, przesadza, szydzi i żartuje, ale prawdopodobnie jest w tych jego obserwacjach świata więcej niż odrobina prawdy. W tej formule jaką jest felieton może pozwolić sobie na dużo uszczypliwości. Choć dziś miałby dużo kłopotów. Ot choćby tam, gdzie stara się bronić satyry, wykorzystującej stereotypy, ludzkie przywary i różnego rodzaju ułomności. Odwołuje się bowiem do angielskiego lorda kanclerza (pewnie chodzi o premiera), który wydał rozporządzenie, w którym przestrzega się, by w teatrze nikt nie ważył się kpić z ludzi, którzy się jąkają. 

Szlachetny lord jest zdania, że udawanie jąkały należy do idiotycznie łatwych i irytujących kawa łów aktorskich, że szanujący się autor dramatyczny nie powinien ratować ubóstwa swoich pomysłów figurą jąkającą się i że wreszcie żaden teatr nie powinien dopuszczać do rzeczy tak niepięknej, jaką są łatwe kpiny z kalectwa, któremu ten wyśmiewany biedak nie jest winien i któremu nie może zaradzić.

Początkowo można odnieść wrażenie, że Makuszyński wspiera tę ideę, całym sercem, ale wkrótce jednak szydzi po swojemu z tego pomysłu, sugerując, że u nas powinno powstać rozporządzenie zabraniające wyśmiewania się teściowych, hrabiów – zwykle portretowanych jako idiotów, czy biednych literatów.

Swoją drogą ciekawe na ile angielskie rozporządzenie wiązało się z osobą Jerzego VI, znanego z filmu Jak zostać królem. W czasie, gdy Makuszyński pisał felieton, Jerzy VI jeszcze nie był królem, ale od 1920 roku miał już część obowiązków królewskich, wraz z mianowaniem go księciem Yorku, hrabią Inverness i baronem Killarney.

Kolejne kwestie poruszane przez autora dotyczą rynku wydawniczego. Dwóch aspektów – finansowego oraz merytorycznego. W Raz przeczytać i umrzeć gęsto cytuje przykład amerykańskiego opowiadania, w periodyku, który zapowiadał, że będzie koncentrował się wyłącznie na literaturze ambitnej i wysokiej jakości. Nie do końca się to udało, bo przekład jest naszpikowany potwornymi błędami w tłumaczeniu. W Jak żyć bez pieniędzy pojawia się kwestia, którą jeszcze do niedawna była bardzo popularna w świecie wydawniczym (choć zmienia się to na dobre), czyli kwestii wynagradzania autorów.

Wydawca winien jest pisarzowi sto trzy złote i ma mu je zapłacić w ściśle oznaczonym terminie, przypuśćmy l września. Zwyczajny człowiek, nie poeta, poszedłby tego dnia do wydawcy po swoje pieniądze. Niemądry człowiek! Poecie przez myśl nie przejdzie, aby tak uczynić, bo wie w wielkiej pogodnej swej mądrości, że mu wydawca powie: — Drogi panie! miałem niespodziane wypłaty… Niech pan raczy przyjść za tydzień! Poeta tedy, wiedząc o tym wszystkim z góry, przychodzi w tydzień po terminie i z góry nastraja swego ducha na pobłażliwą pogodę. Wtedy wydawca, ogromnie jego widokiem uradowany, szaleje ze szczęścia i wręczając mu dla równego rachunku trzy złote, daje słowo honoru, że tę małą resztę, sto złotych, odeśle mu nazajutrz, punktualnie, jak Boga kocham, żebym tak szczęście w handlu miał, odeśle mu do domu o godzinie czwartej.

Zmienił się język (nawet w kąśliwych felietonach), pewne normy społeczne. Zmienił się świat dookoła. Ale jak widać wiele rzeczy w Polsce kontynuujemy jak tradycję. Choć zdaje się, zupełnie wyobrażamy sobie inaczej świat sprzed stu lat, mówiąc “kiedyś było inaczej i lepiej”.

[Foto: Kornel Makuszyński – źródło]

Wycinanki, K. Makuszyński

Wycinanki, Kornel Makuszyński

Wyd: Gebethner i Wolf, 1936 (wyd.II)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *