Jego ekscelencja Pan Minister Rougon

Uważał władzę za nazbyt ponętną, nazbyt konieczną dla zaspokojenia swej żądzy panowania, by nie przyjąć jej pod jakimkolwiek warunkiem. Rządzić, oprzeć stopę na karkach mas – to jego istotna ambicja; reszta – to były w jego oczach drugorzędne szczegóły, do których zawsze można się dostosować. Miał tylko jedną namiętność: panować. […] Nic nie przepełniało go takim szczęściem jak świadomość, że jest znienawidzony.

Jego ekscelencja Pan Minister Rougon, czyli Eugeniusz Rougon jest bratem Aristide Saccarda, głównego bohatera Pieniądza. Bracia są ze sobą skonfliktowani, choć to Saccard potrzebuje w pewnym momencie akceptacji dla swoich finansowych przedsięwzięć od brata ministra. Jego ekscelencja… jest szóstą z kolei powieścią Emila Zoli, wydaną w cyklu Rougon-Macquartowie. Zgodnie z postanowieniem sprzed roku, gdy odkryłem Pieniądz próbuję sięgać po powieści z cyklu – nie próbuję robić tego po kolei. Raczej czytam, czego dotyczą i wybieram mniej lub bardziej przypadkowo.

Po wspaniałym Pieniądzu i kulisach francuskiej giełdy, genialnym Wszystko dla Pań – o powstaniu wielkiego domu handlowego, wybrałem Jego ekscelencję Pana Ministra Rougon – dotyczącej polityki za czasów II cesarstwa.

Nie okazała się jednak tak porywająca, jak dwie wspomniane wyżej. Nie wiem, czy ze względu na tematykę, czy może samą akcję, bo koncepcja i charakterystyka oraz opis motywów postaci momentami zbliża się do tego, czym zachwycił mnie Zola w Pieniądzu oraz Wszystko dla Pań.

Może zgodnie z powiedzeniem przypisywanym Bismarckowi, ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi kiełbasę i politykę, stąd moje znużenie historią o robieniu polityki. Powieść rozpoczyna się w chwili, gdy Eugeniusz Rougon właśnie traci ważne stanowisko w rządzie Cesarza. Wszyscy jego poplecznicy i zausznicy zdają się tym wydarzeniem przerażeni, bo wiedzą, że nadchodzą dla nich chude lata – nie dostaną koncesji, posad, dofinansowania i różnych innych korzyści. W dużej mierze to miernoty, niezdolne do wybicia się samemu, więc przyklejają się do osób w rodzaju Rougona (lub inni politycy), żeby czerpać z tego korzyści.

Pod tym względem powieść Zoli, znów jest uniwersalna. Znamy to z własnego podwórka doskonale. Rougon nie ma dla nich innej rady, jak tylko “trzeba przeczekać”. Znów nadejdą dobre czasy i znów sobie to odrobimy. Jego klika jest rozdarta między – swego rodzaju lojalnością – a tym, czy wybrać jako “patrona” kogoś kto aktualnie jest u władzy. 

Ta pierwsza część powieści jest niezmiernie nudna. Choć może to celowy zamysł – ten stan zawieszenia, gdy nic się nie dzieje, a Rougon oraz jego poplecznicy, muszą po prostu przetrwać “chude miesiące”. Rougon trochę ich zwodzi, trochę próbuje grać człowieka, który nie przejmuje się sytuacją, w której się znalazł. Ba, ona jest nawet doskonała, bo może dzięki temu odpocząć.

Sytuacja oraz dynamika powieści zmienia się w chwili, gdy tytułowy bohater znów wraca do gry – zostaje ministrem spraw wewnętrznych. Ze stron powieści wylewa się całe to lizusostwo jego otoczenia, Rougon zaś w pełni zdaje się wykorzystywać sytuację. Zaczyna się obsadzanie Rad Nadzorczych w spółkach Skarbu Państwa, dawanie kontraktów, koncesji… o przepraszam, to nie te czasy i ten kraj. Ale właśnie tak się to odbywa. Zmieniły się czasy, ustroje, ale polityka i korzyści z jej uprawiania zdają się pozostawać niezmienne. 

Sam Rougon uwielbia tych lizusów, swoją władzę, to płaszczenie się ich przed nim.

Rougon działa według słów: “źli tylko niech drżą, dobrzy niech patrzą śmielej”. O jakże przypomina to znane: “uczciwi nie mają się czego bać”.

W pewnym momencie dochodzi do nadużycia władzy przez Rougona. On oczywiście wcześniej już ją wykorzystywał do rządzenia twardą ręką, lecz w pewnym momencie splot zdarzeń spowodował, że znów znalazł się w niełasce.

Tym razem banda lizusów, która go otaczała zachowuje się nieco inaczej niż na początku powieści. Odwraca się od niego, udaje, że kiedykolwiek go znała, oskarża za to wszystko, co przez niego się wydarzyło (mimo poniesionych korzyści).

Te wątki przypomniały mi historie opowiedziane przez moich znajomych z naszego świata. Jeden z nich – powiedzmy X – objął kiedyś ważne stanowisko w ważnej firmie związanej pośrednio ze Skarbem Państwa. Niedługo potem się spotkaliśmy i X z rozbawieniem opowiadał: “nawet nie wiesz ilu mam teraz przyjaciół. Przychodzą, przypominają się, przymilają”. Druga sytuacja – inny znajomy. Był uczestnikiem pewnej uroczystości, która odbyła się niedługo po tym, gdy ważny menadżer został pozbawiony wysokiego stanowiska.

Jak opowiadał, było coś niesłychanego w tym, że dookoła zwolnionego menadżera stworzyło się coś w rodzaju “strefy zakazanej”. Stał samotnie i wszyscy, którzy jeszcze do niedawna go znali, unikali wejścia w ten obszar.

Na koniec znów następuje zwrot. Eugeniusz Rougon znów wraca do rządu (minister bez teki). Tak oto Zola opisuje jego relację z głównym przeciwnikiem politycznym (hrabia de Marsy).

Ci dwaj silni ludzie o krańcowo odmiennych temperamentach, nie zaprzestając ani na chwilę walki, pozdrawiali się dwornie po każdym zakończonym pojedynku i jak dwaj przeciwnicy o równych umiejętnościach nieustannie poszukiwali odwetu. Rougon zadał cios hrabiemu, z kolei hrabia dosięgnął Rougona i tak miało już być aż do chwili, kiedy jeden z nich zostanie na placu. Być może zmagania te dostarczały im rozrywki, a wzajemna rywalizacja wypełniała życie. W głębi duszy nie pragnęli nawet zupełnej zagłady; ponadto czuli niejasno, że są niby dwie przeciwważne siły, potrzebne by zapewnić Cesarstwu równowagę: jeden włochatą pięścią, która wali na oślep, drugi – delikatną dłonią w rękawiczce, która zaciska pętlę.

Czy czegoś to nie przypomina? Tych imprez na których politycy wspólnie dobrze się bawią, choć w mediach walczą niby to na śmierć i życie? W gruncie rzeczy obaj odnoszą korzyści – tylko w różnych okresach.

Pod koniec powieści następuje wielka przemowa Rougona przed parlamentem, gdy znów wraca do gry. Dotychczasowy zwolennik rządów silnej ręki, cenzury, tępienia przeciwników politycznych, antyreligijny zaczyna opowiadać o wartościach liberalnych, wolności, a przede wszystkim swoim głębokim katolicyzmie. Zwolennicy są zachwyceni. 

Co ciekawe, wcześniej w powieści pojawia się jeszcze jedna postać, zupełnie drugoplanowa. Jeden z lizusów skupionych wokół Rogona, który o swoich poglądach politycznych wypowiada się, że w zasadzie to on do końca nie wie, czy jest za Republiką, czy za Cesarzem. Podoba mu się i jedno i drugie. 

Refleksja po lekturze książki opisującej politykę połowy XIX wieku we Francji nie jest optymistyczna. W zasadzie nic nie uległo zmianie.

W powieści jest jeszcze jeden niezmiernie ciekawy wątek. Zwróciłem na niego uwagę już w Pieniądzu a także we Wszystko dla Pań – rola kobiet w czasach Zoli. To nie są jakieś drugoplanowe postaci, będące jakimś tłem. To równorzędne silne osobowości, wykorzystujące w równym stopniu mężczyzn do swoich celów, jak mężczyźni robią to z kobietami. Taką postacią jest dwudziestodwuletnia Klorynda – ekscentryczna, wyzwolona Włoszka, która krok po kroku robi karierę. Dziś może powiedzielibyśmy, że “przez łóżko”. Ale z powieści Zoli wyłania się zdeterminowana osobowość, wiedząca gdzie wykorzystać słabości swoich przeciwników (mężczyzn), żeby osiągnąć własne cele i ambicje.

Przy tej okazji niesłychanie zwraca uwagę wątek tych ciągłych dotyków, umizgów, zaczepek – między mężczyznami i kobietami. Obie strony prowokują się nawzajem, obie próbują wykorzystać w jakiś sposób drugą. Mężczyźni siłą, przekraczaniem granic, kobiety – prowokacjami, strojem, słowem. Mimo wszystko pewna swoboda związana z cielesnością jest niebywała. Przy czym opisana jako coś zupełnie naturalnego.

Podczas gdy inni dyskutowali, zbliżył się do niej pan de Plouguern i wsunął dłoń za brzeżek stanika, chcąc ją poufale pogłaskać po piersi.

Chyba teraz czas sięgnąć po Germinal albo Bestię ludzką.

Jego ekscelencja Pan Minister Rougon, E. Zola

Jego ekscelencja Pan Minister Rougon, Emil Zola
Tłum.: Aleksandra Olędzka-Frybesowa

Wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1957

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.