Sołdat

Wojna, która była prowadzona metodami, których źródła tkwiły w obozach koncentracyjnych i kolektywizacji, nie sprzyjała rozwojowi humanitaryzmu. Żołnierska ofiara z życia nie została zauważona. Wedle koncepcji szerzonej przez aktywistów politycznych, nasza armia – najlepsza na świecie – walczyła bez strat. Miliony ludzi, którzy polegli na polach bitew, nie odpowiadały temu schematowi. Zwalano ich jak padlinę do dołów i oddziały grzebalne przysypywały je ziemią albo gnili tam, gdzie zginęli. Mówić o tym było niebezpiecznie, mogli postawić pod murem „za defetyzm”. Ta oficjalna koncepcja żyje nadal i jest mocno zakorzeniona w świadomości naszego narodu. A archiwa, spisy poległych, plany pochówków stanowią ścisłą tajemnicę państwową.

W 2007 roku ukazały się wspomnienia Nikołaja Nikulina. Sołdat to zbiór zapisków i wspomnień z pobytu w wojsku radzieckim podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Nikulin był tym szczęściarzem, jednym z niewielu z szacowanych dwudziestu milionów, któremu udało się przejść i przeżyć cały szlak bojowy od Leningradu do Berlina. To co zapamiętał i o czym rozmawiał spisał w 1975 roku, mając jednak świadomość, że jego zapiski szybciej zainteresowałyby KGB niż jakiegokolwiek wydawcę. 

Nie jest to dzieło o jakichś specjalnych walorach literackich, raczej kronika z perspektywy zwykłego żołnierza. Tego, który dla dowódców Armii Radzieckiej był niczym więcej niż tylko mięsem armatnim, które można było szybko zastąpić innymi młodymi. 

Ta książka nie mogła się ukazać w ZSRR, obalała mit bohaterskiego radzieckiego żołnierza. Jedyną siłą tej armii była jej wielkość i nieliczenie się z ludzkim życiem. Pijani, zastraszeni, niewyszkoleni, wiecznie głodni. To wszystko zdaje się powtarzać w kolejnych konfliktach, w które wplątuje się Rosja – wywołując je tym razem sama – w Afganistanie, Czeczenii, Syrii, Ukrainie.

Wyszedłszy na pole bitwy, nie krzyczeliśmy: „Za Ojczyznę! Za Stalina!”, jak piszą w powieściach. Tam słychać było ochrypłe wycie i ordynarne przekleństwa, póki kule i odłamki nie zamknęły krzyczących gardeł. Nie w głowie był Stalin, kiedy stawała przy nas śmierć.

[…]

Po upływie wielu lat oceniam, że inaczej być nie mogło, ponieważ ta wojna różniła się od wszystkich naszych poprzednich wojen nie sposobem jej prowadzenia, a jedynie rozmachem. Uwidoczniła się nasza cecha narodowa: wykonywać wszystko maksymalnie źle przy maksymalnej utracie sił i środków.

[…]

jedna horda więcej, jedna mniej, jaka to różnica. W Rosji ludzi dużo, a i nowi szybko się rodzą. Poszło jak zawsze: w pijanym widzie, z ordynarnymi przekleństwami żołnierze idą naprzód, trwa piekielny ostrzał i bombardowania.

Zwróciłem uwagę na to, przy okazji książki o wojnie w Czeczenii, czyli pięćdziesiąt lat po wydarzeniach wspominanych przez Nikulina  – chyba w żadnej dotychczasowych książek o konfliktach wojennych, tak mocno nie widziałem, żeby był poruszany wątek głodu (może z wyjątkiem Króla szczurów – ale tam chodziło o obóz jeniecki). Tymczasem w Rosji, zarówno obecnej, jak i radzieckiej to jest główny wątek. Zwykli żołnierze po prostu głodowali. Kadra oficerska albo rozkradła zapasy, albo zawiodła logistyka. O nich się po prostu nie dba. A to sprawia, że są głodni, spragnieni i wszystko traktują jak łup wojenny, którym im się należy. Zresztą propaganda to przekonanie podsyca.

Powszechną praktyką jest samookaleczanie się, żeby nie dostać się na pierwszą linię frontu. Choć to też nie daje pewności. Po szybkiej rekonwalescencji żołnierze są znów wysłani do boju.

Nikulin zwraca uwagę na to, że weterani, których widzi się na defiladach to zwykle ci, którzy byli w ostatniej linii – w zaopatrzeniu, szpitalach, w dostawach oraz cwaniacy i złodzieje. O tym samym wspomina Babczenko, w Dziesięciu kawałkach o wojnie. Tylko tacy mieli szansę przeżyć i dlatego później można było tworzyć mity o bohaterskiej armii. 

Żeby nie iść w bój, cwaniaki próbowali załatwić sobie ciepłe posadki: przy kuchni, jako tyłowy kancelista, magazynier, ordynans dowódcy i tak dalej. Wielu się to udawało. Kiedy w kompaniach zostały tylko resztki, tyły zaczęto przeczesywać żelazną ręką, odrywając tych, co się przyssali, i kierując ich do walk. Zostawali jedynie ci najcwańsi. Tu także trwała selekcja naturalna. Na przykład uczciwego kierownika magazynu żywnościowego zawsze wysyłano na front, złodziej zostawał. Przecież ten uczciwy wszystko odda żołnierzom, nie zostawiając nic dla siebie ani dla dowództwa. A dowódcy lubią pojeść tłuściej. Złodziej, nie zapominając o sobie, zawsze zadba o władzę. Jakże pozbawić się tak cennej kadry? Kogóż posłać na pierwszą linię?

Według różnych informacji podczas II wojny światowej zginęło 20-27 milionów rosyjskich żołnierzy. Na wszystkich frontach wojennych zginęło około 5 milionów żołnierzy Wehrmachtu.

Wojna to zawody, których uczestnicy współzawodniczą w tym, kto kogo szybciej zabije. W końcu my wybiliśmy Niemców, ale przy tym swoich postanowiliśmy niestety wybić jeszcze więcej.

Mijają kolejne dziesięciolecia i wygląda na to, że wojenna doktryna rosyjska nie uległa zmianie. Liczy się masa. A to co dzieje się na samym dole jest zupełnie bez znaczenia dla tych, którzy podejmują decyzje.

[Photo: By Mil.ru, CC BY 4.0 ]

Sołdat, N. Nikulin

Sołdat, Nikołaj Nikulin

Wyd.: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2013

Tłum.: Agnieszka Knyt

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.