Żelazna stopa

Męczyłem się mocno przy lekturze Ministerstwo prawdy Doriana Lynskeya, choć znalazłem tam trochę inspiracji. Zanim jednak zostawię garść refleksji o tamtej książce, chwila przerwy na Żelazną stopę Jacka Londona. Zdaniem Lynskeya była to jedna z inspiracji G. Orwella, która doprowadziła go do napisania Roku 1984. Sam zaś opis jednej z wczesnych antyutopii brzmiał na tyle intrygująco, że postanowiłem ją znaleźć.

London napisał ją w 1907 roku i trudno powiedzieć, żeby była to jakaś imponująca literatura. Taki niby manifest, niby deklaracja wiary w socjalistyczne ideały, trochę publicystyka próbująca rozprawić się z bieżącymi wówczas problemami amerykańskiego kapitalizmu. Narracja jest raczej wtórna i marnie poprowadzona, gdzieś od połowy to raczej nie powieść, tylko przyczynki do powieści. Ale zostawmy to na razie.

Wraz z pewnym tłem zarysowanym przez Lynskeya we wspomnianej przeze mnie na początku książce ukazującej pewne tło powstawania Roku 1984 powieść Londona jest o tyle ciekawa, że pokazuje pewien stan świadomości i oczekiwań na przełomie XIX i XX wieku. Patrząc na to jak traktowani byli robotnicy, ówczesny bunt socjalistyczny nie jest niczym zaskakującym. Niestety wiara w ideały sprawiła, że gdzieś zaginął realizm spojrzenia na człowieka. 

W gruncie rzeczy można powiedzieć, że antyutopijna wizja, w której następuje socjalistyczna rebelia, przeciwstawiająca się panującej w Ameryce oligarchii okazała się, aż nazbyt prorocza. Tylko to proroctwo w krzywym zwierciadle. W wizji Londona oligarchia i kapitaliści rządzący światem wykorzystują wszelkie świństwa, żeby utrzymywać swoje panowanie i nie dopuścić do rozprzestrzeniania wrogich dla siebie idei. Stąd przekupują sądy, dziennikarze pracują na ich zlecenie, piszą tylko to co korzystne dla systemu oligarchicznego, krytycy aktualnego systemu wywodzący się z grona wrażliwych bogaczy są albo korumpowani, albo kompromitowani. Odbiera się im majątki, posuwając się do fałszerstw, najbardziej zadziornych zamyka się w szpitalach psychiatrycznych. Panuje wszechobecna cenzura, i nie można krytycznie wypowiadać się o systemie i rządach. Usuwa się nakłady niewygodnych książek, zaś autorzy tracą pracę na uczelniach.

Bardzo to profetyczne, bo w zasadzie wszelkie te rzeczy odbywały się w imię ideałów socjalistycznych w krajach, gdzie rewolucja faktycznie się dokonała.

Jest to o tyle ciekawe, że London ustami swojego głównego bohatera socjalisty Ernesta sam wypowiada kwestie dotyczące egoizmu i chęci posiadania przez każdego człowieka, bez względu na to, do której klasy należy – dotyczy to również robotników.

Zgodziliśmy się, że człowiek przeciętny jest samolubem. Taki jest, jak jest. A pan już ulatuje w obłoki i urządza podział między takimi ludźmi, jakimi powinni być, ale nie są. Wróćmy jednak na ziemię. Samolubny robotnik chce otrzymać z podziału, ile tylko się da. Samolubny kapitalista też chcę otrzymać z podziału, ile tylko się da.

Nie przeszkadza to autorowi stworzyć w powieści bohatera bez skazy, jakim jest Ernest, zaś robotnicy i socjaliści to niemalże chodzące ideały. Można powiedzieć, że London wykreował swoich bohaterów takimi jakimi powinni być, ale nie są. To jest oczywiście spora słabość tej powieści. No, ale przymknijmy na to oko, w końcu jeszcze raje socjalistyczne nie powstały, więc nie musiał wiedzieć, że bez względu na to w jakim systemie się funkcjonuje, to najsłabszym jego ogniwem jest człowiek – chciwy, zawistny, egoistyczny, chcący mieć więcej, nawet jeśli na sztandarach niesie hasła o powszechnej równości. A może, zwłaszcza wtedy.

Londona jestem w stanie zrozumieć, nie jestem w stanie zaś zrozumieć pojawiającej się ostatnio mody – wśród młodych zwłaszcza – na marksizm, ideały socjalistyczne, właśnie w kontekście historii, która jasno pokazała – nie ma systemów idealnych, bo człowiek nie jest idealny.

Oczywiście, kapitalizm miał i ma ogromne wady. Dzięki, między innymi zaangażowanym pisarzom takim jak London, czy Orwell wymuszano zmiany ustawodawcze, bo przedstawiciele firm, sami z siebie takich zmian nie dokonają. Widzimy to po stu latach. Tylko presja ma sens. Co więcej ta presja w kapitalizmie przynosi więcej efektów, niż presja w socjalizmie, który w formach dotychczasowych, raczej nie cackał się z przeciwnikami.

Oczywiście część działań jest pozornych. Sytuacja robotnika amerykańskiego, może się i poprawiła. Nie pracują już dzieci, dzień pracy nie ma dziesięciu czy dwunastu godzin, bo te koszty wyrzuciliśmy tam, gdzie nie rażą w oczy – do Azji, Afryki czy do krajów wątpliwych demokratycznie, gdzie prawa człowieka nie mają znaczenia.

Ciekawie jest czytać tę książkę sprzed ponad stu lat, gdzie głosi się hasła o złu liberalizmu, koniunkturalizmie i zaprzeczaniu ideałów chrześcijańskich przez Kościół, wszystko to takie aktualne. Można z przekąsem zapytać – co poszło nie tak, że wciąż jesteśmy w tym samym miejscu? Więc może zamiast głosić utopijne hasła o dobrym socjalizmie (tym razem z bardziej ludzką twarzą) i złym kapitalizmie, szukać innych rozwiązań.

Na koniec jeszcze jedna dość zabawna refleksja. Całkiem niedawno, 28. września odbyła się debata zorganizowana przez Polską Izbę Książki w sprawie  przygotowywanego przez PIK projektu ustawy o ochronie rynku książki. To już kolejna próba podejścia do wprowadzenia w Polsce jednolitej ceny książki, która miałaby obowiązywać wszystkich przez jakiś czas (pierwotnie rok, w nowym projekcie pół roku). Generalnie PIK skupia wielkich wydawców oraz co ważne wielkich dystrybutorów, którzy byliby największymi beneficjentami takiej ustawy. Kilka lat temu przy próbie przeforsowania tej ustawy zbuntowało się sporo małych wydawców, zwracając uwagę na to, że propozycja ustalenia stałej ceny, przy niezmienionej polityce postępowania na linii dystrybutor-mali wydawcy, jest niekorzystna przede wszystkim dla tych drugich. Przedstawiciele PIK pozwalali sobie na różne damagogiczne hasła, omijając ten temat. Ale istotne jest to, że w pewnym momencie w przekazie pojawił się WRÓG. Wróg, który miał zabić rynek książki w Polsce i jak mówili przedstawiciele organizacji, jeśli nie wprowadzimy tej ustawy to DOPIERO ZOBACZYCIE. Tym wrogiem ma być Amazon.

Dlaczego przypominam ten spór? W Żelaznej pięści w jednym z rozdziałów (Burzyciele maszyn), Ernest spotyka się z przedstawicielami średniego biznesu, którzy narzekają na to, jak to wielkie trusty zabijają ich biznesy, jak rugują ich z rynku, różnymi niezbyt czystymi zagrywkami. Podnoszą taryfy, manipulują płatnościami, no i ci przedstawiciele małego biznesu funkcjonują na minimalnych marżach. Ernest zaczyna po kolei ich punktować, przypominając, że lata temu – w mniejszej skali – ale robili to samo.

Er­nest zwró­cił się na­gle do Ko­wal­ta.

– Pań­ska fir­ma dużo sprze­da­je po ce­nach dum­pin­go­wych. Czy wie pan, co sta­ło się z wła­ści­cie­la­mi ma­łych skła­dów ap­tecz­nych, któ­re przy­par­li­ście w ten spo­sób do muru?

 – Je­den z nich, Ha­as­fur­ther, jest u nas kie­row­ni­kiem wy­dzia­łu re­cept – brzmia­ła od­po­wiedź.

– I wa­sza fir­ma prze­ję­ła zy­ski tam­tych?

– Oczy­wi­ście. Po to prze­cież pro­wa­dzi się przed­się­bior­stwo.

– A pan? – na­gle Er­nest zwró­cił się zno­wu do Asmun­se­na. – Pan jest obu­rzo­ny, bo ko­lej prze­ję­ła pań­skie zy­ski.

Asmun­sen ski­nął gło­wą.

– Pan chciał­by mieć zy­ski dla sie­bie?

Asmun­sen i te­raz przy­tak­nął.

– Kosz­tem in­nych?

Tym ra­zem nie było od­po­wie­dzi.

– Kosz­tem in­nych? – na­le­gał Er­nest.

– Zysk za­wsze osią­ga się w ten spo­sób – rzekł krót­ko Asmun­sen.

– Czy­li że w in­te­re­sach cała gra po­le­ga na tym, by cią­gnąć zy­ski kosz­tem in­nych i nie do­pu­ścić, by inni za­ra­bia­li na­szym kosz­tem. Tak, praw­da?

Er­nest mu­siał po­wtó­rzyć py­ta­nie, za­nim otrzy­mał od­po­wiedź. Wresz­cie Asmun­sen rzekł:

– Tak jest. Ale my nie mamy za­strze­żeń prze­ciw temu, że inni osią­ga­ją zy­ski, byle nie były nad­mier­ne.

– Przez nad­mier­ne ro­zu­mie pan duże zy­ski. A jed­nak nie miał­by pan za­strze­żeń, gdy­by pan sam mógł osią­gać duże zy­ski?… Chy­ba nie?

I tak sobie czytając ten rozdział myślałem o tym naszym rynku wydawniczym, na którym nagle wielcy wydawcy i dystrybutorzy, którzy latami sukcesywnie wymuszali na wydawcach, by dawali coraz większe rabaty przy cenach hurtowych, którzy ustalali terminy płatności na 120, 150 a czasem 180 dni, i też ich nie dotrzymywali (zmieniła to dopiero ustawa), no więc nagle ONI tak strasznie boją się tego Amazona, który może z nimi zrobić to, co oni robili z mniejszymi od siebie.

I w gruncie rzeczy to jest dość zabawne.

[Photo by Zachary Keimig on Unsplash ]

Żelazna stopa, J. London

Żelazna stopa, Jack London

Wyd.: Virtualo, 2011

Tłum.: (nie podano, ale zdaje się, że:) Józef Mondschein

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.