Archiwa tagu: wychowanie

zRozum nastolatka

Zastanawiam się ile jeszcze książek przeczytam o nastolatkach, żeby przekonać samego siebie, że to co dzieje się z moim nastoletnim synem, jest całkowicie oczywiste, naturalne, zgodne z najnowszą wiedzą o rozwoju (nie tylko) mózgu człowieka. A może przestanę je czytać, gdy on przestanie już być nastolatkiem i wszyscy odetchniemy z ulgą. Znaleźliśmy do Białej Plamy kolejną książkę poruszającą ten temat (po wcześniejszej Dobre wieści o złym zachowaniu). Terri Apter, psycholożka związana z Uniwersytetem Cambridge napisała książkę zRozum nastolatka

Czytaj dalej zRozum nastolatka

Droga Jana

Jest taki tekst rozpowszechniany gdzieniegdzie w necie “Jak Bóg wybiera Matki dzieci niepełnosprawnych”. Ckliwy, w zamierzeniu chyba miał podnosić na duchu, niestety dla tych kilku matek, które znam – wybitnie irytujący.

Zdaje się, że również nie do zaakceptowania jest dla Doroty Danielewicz, mamy syna chorego na autodegeneracyjną chorobę oraz autorki książki Droga Jana.

Dostaliśmy życiową lekcję, której nie życzę nikomu, nigdy, pod żadnym pozorem.[…]

Bo ten świat nie jest dla aniołów. Jest dla ludzi, tylko dla ludzi.

Czytaj dalej Droga Jana

Dziewczyństwo

Początek roku i mam już pierwszą kandydatkę do tytułu najważniejszej książki. Dziewczyństwo Melissy Febos. Kupiłem ją kilka miesięcy temu, z ciekawości, bo lubię poznawać perspektywy zupełnie inne, odmienne. Bo próbuję zrozumieć to co dzieje się we współczesnym świecie, również w pewnych trendach związanych z feminizmem. Ponieważ jestem jednak zmęczony zerojedynkowym postrzeganiem świata (wszystko co złe to patriarchat, a wszystko co dobre pochodzi od kobiet), to wciąż odkładałem Dziewczyństwo na później. W końcu nie wiedząc co wybrać sięgnąłem po nią. Czytaj dalej Dziewczyństwo

Superniania kontra trzyletni Antoś

Nie oglądam reality show. Krępują mnie od samego początku, gdy pojawił się w naszej przestrzeni Big Brother. Dziwiła mnie niegdyś ta potrzeba pokazywania się z nie zawsze najlepszej strony, bezkrytyczne wystawienie się na osąd szerokiej publiczności, choć rozumiałem, że dla wielu osób pojawienie się w telewizji jest jakimś marzeniem. Później czasy się zmieniły, telewizja zaczęła tracić na prestiżu i oglądalności. Pojawiły się media społecznościowe i okazało się, że ludzie mają potrzebę pokazania się. Co więcej to nie był jakiś margines tylko stało się masową potrzebą i koniecznością. A im głupiej tym lepiej. Jest oglądalność, są kliki, jest i kasa, a jeśli nie to chociaż chwilowa sława.

Po Big Brother przychodziły kolejne programy, głupsze, mądrzejsze, wyśmiewające, dla rozrywki i w tym całym zalewie pojawił się program Superniania. Od początku był dla mnie nie do obrony. Pokazywanie dzieciaków w sytuacjach dla nich trudnych, niekomfortowych, krępujących powodowało, że naturalne było pytanie – no dobra, ale co z nimi w przyszłości? Wiadomo, jacy są rówieśnicy i często dorośli. Jak mogą się wyśmiewać, pogardzać, przypominać krępujące sytuacje. Marketingowa otoczka i zapewnienia twórców programów, że zapewniona jest rodzinom opieka psychologiczna, że rodziny się same zgłaszały i godziły, to powiedzmy wprost – bullshit. Jest to równoznaczne z pokazywaniem światu zdjęć, filmików konkretnych dzieci w sytuacjach naprawdę krępujących. Wiemy, że dzieci płaczą, krzyczą, rzucają się na ziemię, są niesforne, agresywne, ale to nie powód, żeby w tych sytuacjach je filmować i wystawiać na ocenę całego świata, w tym również rówieśników. Czytaj dalej Superniania kontra trzyletni Antoś

Ostatni raz

Zupełnym przypadkiem skumulowały mi się w ostatnim czasie książki skandynawskich autorów. Tym razem, czyszcząc nieskończoną kolejkę odłożonych pozycji na czytniku wybrałem Ostatni raz Helgi Flatland. To książka dla każdego, kto żyje popularnym mitem “szczęśliwej Skandynawii”. Mitem, w którym szkolnictwo jest najlepsze na świecie, ludzie są tolerancyjni i cierpliwi, w której nie ma miejsca na przemoc, a tylko na opiekuńczość, opieka medyczna jest fantastyczna, a dodatkowo przecież jest piękna przyroda, domki w górach i w ogóle kapitalistyczno-lewicowy raj. Czytaj dalej Ostatni raz

Jestem inny

Kiedy jesteś dzieckiem, ludzie śmieją się z twoich wyjątkowych pasji. Ale kiedy już dorośniesz, twoje zainteresowania sprawiają, że stajesz się prawdziwym ekspertem w tym, co kochasz – wszyscy przychodzą do ciebie po radę. 

John Elder Robison autor świetnej autobiografii Patrz mi w oczy, postanowił kilka lat temu napisać swego rodzaju poradnik dla osób w spektrum autyzmu, ich rodzin i teraputów. Każdy kto zna jego własną historię z autobiografii oraz kolejnej części poświęconej wychowaniu syna (Wychowując Misiaka) znajdzie tu dużo znanych już wcześniej wątków. Ale Jestem inny może faktycznie służyć jako poradnik dla osób, które z różnych powodów znalazły się w świecie spektrum autyzmu. Może nawet bardziej skorzystają na tej książce nie te osoby, które otrzymały taką diagnozę, ale właśnie wszyscy dookoła. Robison otrzymał diagnozę “zespół Aspergera” jako dojrzały, czterdziestoletni mężczyzna (dziś zgodnie z nową terminologią byłoby to zaburzenie ze spektrum autyzmu). Czytaj dalej Jestem inny

Wrony

Baśka i Kasieńka. Tak o swoich nastoletnich córkach mówi matka i już wiemy sporo. Baśka – bałaganiara, nie słuchająca, prowokująca, rozpuszczona i Kasieńka – ta grzeczna. Baśka ma talent, rysuje, dostaje nagrody, ale zdaniem matki, nie kończy tego co zaczęła, za to gdy tylko jest okazja, nie omieszka wspomnieć, że Kasieńka też ładnie rysuje. Jej rysunki są zawsze staranne i dokładne. Petra Dvořáková w powieści Wrony prowadzi narrację dwutorowo. Dostajemy perspektywę jednej z córek – Baśki oraz jej matki. Czytaj dalej Wrony

Lato, gdy mama miała zielone oczy

Mnóstwo tu pięknych zdań. Takich, jak tytuł. Zatrzymujących na chwilę. Ciekawa historia relacji syna z matką. Nastoletniego buntownika, nienawidzącego własnej rodziny, w którym nagle dokonuje się przemiana (może nawet zbyt nagle).

A jednak czytam Lato, gdy mama miała zielone oczy Tatiany Țîbuleac i mam wrażenie, że brak tam jakiegoś zaangażowania. Emocji, które by poruszały nieco bardziej. Naturalnie można sobie to tłumaczyć postawą Aleksa, głównego bohatera. Ale to zupełnie nie to.  Czytaj dalej Lato, gdy mama miała zielone oczy

Wchodzi koń do baru

– Nie jestem właściwym targetem. Wszystkie te zabawy, żarty, śmichy-chichy to nie dla mnie, nie na moją głowę i nie na mój wiek. Przykro mi. […] Nie zrozum mnie źle. Jestem pewien, że mnóstwo ludzi uwielbia tego rodzaju rozrywkę, nikogo nie oceniam, każdy ma prawo lubić, co mu się podoba…

W zasadzie zgadzam się z taką oceną stand-upu, jaką wyraził jeden z bohaterów powieści Dawida Grosmana Wchodzi koń do baru. Czasem coś obejrzę, może nawet się roześmieję, ale generalnie nieco mnie nuży pewna powtarzalność i banalność chwytów w tej formie rozrywki, zasadzająca się głównie na wulgaryzmach.  Jak stwierdza ów bohater nic na to nie poradzę, że ten gatunek widowiska jest tak beznadziejnie ograniczony. Czytaj dalej Wchodzi koń do baru

Po tamtej stronie śmierć

Słowo „żałoba” działa na mnie piorunująco. Nie! Nie jestem w żałobie. Nie chcę nosić po tobie żałoby. Na razie leżysz na stole w szpitalnej kaplicy. To wszystko.

Gdzieś tam w internecie odbyła się wojna dwóch plemion. Jedna z wielu, według tych samych zasad. Jedna strona jest przekonana o racjach swojego “wodza”, druga swojego i nie ma możliwości porozumienia. Emocje eskalują, robi się momentami nieprzyjemnie, zaczynają się wyzwiska, deklaracje zrywania znajomości. Przykro się na to patrzyło. Rzecz dotyczyła domniemanego plagiatu, czy też głębokiej inspiracji, co zarzuciła jedna autorka książki, drugiej autorce. Pierwsza książka wyszła lata temu, druga zyskała uznanie i nagrody w tym roku. Obie dotyczyły niesłychanie trudnej i intymnej sytuacji, jaką jest śmierć matki i przeżywanie żałoby. Tym bardziej więc te publiczne zapasy zwolenników argumentów jednej i drugiej strony były przykre. Obie czytałem już jakiś czas temu i nie miałem wrażenia, plagiatu, ani inspiracji, no chyba, że za inspirację uznać, fakt, że pisze się o żałobie osoby bliskiej.

Jednym z argumentów w dyskusji, był również ten, która z autorek jako pierwsza napisała w polskiej literaturze o śmierci matki. Krępujące. Niemnniej, ktoś tam nieśmiało rzucił w zalewie tych wszystkich pohukiwań, że pierwszą taką autorką była Maria Nurowska, z wydaną w 1977 roku Po tamtej stronie śmierć. Czytaj dalej Po tamtej stronie śmierć