Bieżeństwo 1915

„Staliśmy się nie ludźmi, ale liśćmi. Wiatr nas goni, gdzie chce” – mówi zrozpaczona bieżenka. Nie wiem, skąd pochodzi. Czy jest Rusinką, Polką czy Łotyszką? Zresztą to nieważne. Los wszystkich jadących jest równie tragiczny. Stracili wpływ na swoje życie.

Bieżeństwo to historia stopniowej utraty. Zaczyna się zaraz po wybuchu wojny – utratą męża, którego zabrali na front. Potem armia rekwiruje zwierzęta. W końcu nadchodzi wyjazd. Traci się dom, ziemię, cały świat. Korzenie i tożsamość. Odwieczne rytuały, sposób życia niezmienny od stuleci.

Po drodze giną resztki dobytku, trzeba zabić krowę żywicielkę. Umierają najbliżsi. Nieraz matka traci wszystkie dzieci. Zdarza się, że kilkulatkowie grzebią oboje rodziców.

Czy to już koniec? Czy tym ludziom pozostało jeszcze coś do utraty?

[…]

Wzdłuż tras przemarszu bieżeńców zaczynają powstawać punkty pomocowe z żywnością i prowizoryczną pomocą medyczną. Tworzą je organizacje samorządowe i charytatywne, wojsko, rząd.

[…]

Głuchowcowa z innymi pracownikami punktu czekają na przyjazd bieżeńców. Drewniane baraki są już zbite, stoły nakryte, zupa ugotowana. […] Wszyscy są podnieceni. Mają nakarmić pierwszą partię bieżeńców – dziewięćdziesiąt osób. Żartują z tej liczby, wydaje im się niewyobrażalna. Za jakiś czas dziennie przez punkt przechodzić będzie czterdzieści dwa tysiące bieżeńców. […]  „Do baraków wlał się ludzki tłum. Staruszkowie: wszyscy rośli, barczyści; niewielu młodych mężczyzn; kobiety: młodziutkie, dojrzałe i całkiem stare. No i dzieci. Całe morze dzieci. Prawie u każdej kobiety niemowlę na ręku, a kilkoro starszych drepcze tuż obok, trzymając się maminej spódnicy. Wszyscy niemal bezdźwięcznie zajmują miejsca i powoli jedzą”. 

[…]

Na grobach widać rozpaczliwą próbę zachowania cienia dawnego świata. To cała mozaika pogrzebowych zwyczajów zachodnich krańców Imperium Rosyjskiego. Na jednym leży bochen pozieleniałego chleba, na innych – skorupy rozbitych garnków. Krzyże z patyków związanych sznurem, nawet z badyli, z chwastów. Czasem papierowa ikonka. 

Zostawiam te fragmenty książki Bieżeństwo 1915, której autorką jest  Aneta Prymaka-Oniszk, bo dziś, w kolejnym dniu wojny w Ukrainie, która doprowadziła do masowej ucieczki ludzi z własnego kraju, brzmią niesłychanie przytłaczająco. Po doświadczeniu dwóch wojen w XX. wieku hasło “nigdy więcej wojny” brzmiało bardzo często. Aż do teraz. Choć oczywiście dotyczyło szczęśliwej Europy, a nie innych części świata. Wojny, w których mieli ginąć cywile, w której sięgano by po narzędzia najbrutalniejszego terroru miało już nie być. Miał być “cyfrowy konflikt zbrojny” z dala od miast, zaś w walki miały być zaangażowane profesjonalne, wyspecjalizowane wojska, a nie ludność.

Szacuje się, że w 1915 roku z terenów Polski do Rosji mogło uciec niemal dwa miliony osób – bieżeńcy. Uciekają przed wojskami niemieckimi. Jak pisze autorka – historia całkowicie zapomniana. Jakby jej nie było. Sam dowiaduję się o niej w ubiegłym roku, gdy podczas wizyty w Sanoku trafiam na wystawę dotyczącą tej przymusowej emigracji. Dlatego właśnie kupiłem tę książkę.

Czytam ją dopiero teraz i te wszystkie obrazy – choć niezwiązane, aż z taką biedą odtwarzają się ponownie. Tym razem kierunek jest ze wschodu na zachód, ale tragedie takie same. Rozdzielone rodziny, ofiary, groby, społeczna i oddolna pomoc. Jak pisze autorka: 

O tym nie mówi się w rodzinnych opowieściach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Czasem ktoś z potomków – nie podając konkretnych przykładów – podnosi temat szlachetności ówczesnych ludzi i zestawia ją z dzisiejszą wrogością wobec uchodźców. […]

Peter Gatrell zauważa, że w reakcji na bieżeństwo pierwszy raz w historii Rosji tworzą się organizacje obywatelskie. Czasem są malutkie, rodzą się spontanicznie, z inicjatywy kilku wykształconych kobiet. Zbierają pieniądze i inne dary, organizują bale charytatywne, koncerty. Rozdają bieżeńcom jedzenie, wodę, budują baraki dla matek z małymi dziećmi. Według historyczki Heleny Głogowskiej do 1916 roku utworzono w Rosji tysiąc trzysta instytucji i towarzystw do spraw pomocy uchodźcom. W Rosji dotychczas nie obserwowano takiej aktywności. […]

Mieszkają w hotelach; spotykają się w restauracjach i kawiarniach, zbierają u miejscowego księdza. Rozmawiają o rozgrywającej się na drogach i w obozowisku wokół miasta tragedii. „Tłumy wygnańców potrzebowały gwałtownie opieki. […] Odczuwaliśmy konieczność zawiązania wśród nas jakiejś organizacji”.

[…]

Problemy te rozwiązuje organizowanie bieżeńców. Wzdłuż dróg CKO rozmieszcza swoich pracowników, którzy wyszukują polskich wygnańców, by do nich przemawiać, tłumaczyć potrzebę zespolenia, wpisywać do specjalnych książek legitymacyjnych i organizować w grupy pod sterem przewodników partii. Partie – grupy liczące od pięćdziesięciu do trzystu osób – są formowane z mieszkańców tej samej miejscowości lub okolicy, by zachować więzi społeczne. Każda wybiera przewodnika, którego darzy zaufaniem. I to on otrzymuje żywność oraz zapomogę dla wszystkich i nią rozporządza. […]

Do tego ludzie. Niespotykanie dobrzy. Przyjmują pod swój dach albo wpuszczają do domu, w którym na co dzień nie mieszkają. Potem znoszą taką ilość jedzenia, jakiej bieżeńcy nigdy nie widzieli. Pomagają, jak mogą. „O nas bardzo dbali, i dlatego ci, co byli w bieżeństwie, ciepło wspominają naród rosyjski, bo lepszego w świecie nie ma”

Brzmi znajomo? Dziś tylko zgrzyta ta “Rosja”. Ba, zarysowuje się nawet podział na tych lepszych (polskich – katolików) i gorszych (ruskich – prawosławnych) uchodźców.

Dlaczego chodzą przedstawiciele władz i sami szukają Polaków wśród bieżeńców? Jak znajdą – natychmiast dają im i żywność, i siano, a nawet i pieniądze. […] Dlaczego wszystkie władze o Polaków się troszczą, a naszemu człowiekowi to i w mordę dadzą?” – zastanawiają się we wrześniu 1915 roku bieżeńcy koczujący wokół Rohaczowa. Są prawosławni, przybyli gdzieś z guberni grodzieńskiej, chełmskiej albo mińskiej. Ruscy. Kudryński tłumaczy im, że Polakom daje ich komitet, polski. „A gdzie są nasze komitety? Czemu się o nas nie troszczą?” […]

Poczucie, że Polacy są lepiej traktowani niż Rusini, pojawia się w wielu wspomnieniach. Chłopi nie rozumieją, dlaczego powstały polskie organizacje, a nie ma takich, które zatroszczyłyby się o nich, prawosławnych z Chełmszczyzny czy Grodzieńszczyzny. Przecież to ich wyznanie panuje w Imperium Rosyjskim. 

W jakimś krzywym zwierciadle powtarza sie sytuacja sprzed stu lat. Jest i odpowiednik dzisiejszego “Ukraińcy kradną nam PESELE”.

Raz do punktu pomocowego przychodzi mieszczanin, „inteligent”, jak o nim pisze dyżurujący tam akurat Kudryński. „Idę dziś rano ulicą i widzę: bieżeńcy niosą ciepłą odzież – przedstawia swoją sprawę mieszczanin. – Taka solidna, pięknie uszyta. Pytam, skąd mają. Mówią, że u was dostali. Pomyślałem – u nas jest służąca, biedna dziewczyna, nie ma co na siebie włożyć. Może i jej byście dali? Jej sytuacja nie jest wcale lepsza niż tych bieżeńców…”

Autorka prowadzi stronę www.biezenstwo.pl, na której w dniu napadu Rosji na Ukrainę pojawił się wpis zatytułowany “To miała być tylko historia”.

[Foto z książki]

Bieżeństwo 1915, A. Prymaka-Oniszk

Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Aneta Prymaka-Oniszk

Wyd.: Czarne, 2016

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.