Strzępy meldunków

Ludzie na wysokich stanowiskach bywają dwu kategorii: jedni są na wysokich stanowiskach dlatego, że są coś warci, inni są coś warci dlatego, że są na wysokich stanowiskach. Składkowski należał do tej drugiej kategorii.

Aleksander Mogilnicki, autor powyższych zdań, w swoich wspomnieniach nie najlepiej wypowiada się o byłym premierze, kilkukrotnym ministrze spraw wewnętrznych Felicjanie Sławoju-Składkowskim. Pod jego wpływem kupiłem Strzępy meldunków, które napisał Składkowski. Choć Mogilnicki pisze, że ludzie Piłsudskiego próbowali wycofać książkę z obiegu, udało mi się kupić wydanie z 1936 roku, które było już trzecim dodrukiem. Nie wiem w ilu egzemplarzach łącznie wydano, ale fakt, że wydawcą był Instytut Badania Najnowszej Historji Polski, który miał zajmować się Piłsudskim i legionami, nieco przeczy temu co pisze Mogilnicki. No chyba, że książka była wydawana na rozkaz generała Sławoja-Składkowskiego. Co również jest możliwe. Na portalach aukcyjnych dostępne jest jeszcze wydanie z 1988 roku (wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej), ale ma o połowę mniejszą objętość. Więc nie wiem na ile została wycięta (lub inaczej złożona). Bo nie przypuszczam, żeby była jakaś ingerencja cenzury. Zwłaszcza że książka mogłaby być wykorzystywana przez komunistów do krytyki przedwojennych rządów.

Powiem szczerze – nie przypuszczałem. Nie przypuszczałem, że wspomnienia byłego generała będą lekturą, która mnie tak wciągnie. Zdecydowanie jest to najlepsza książka, na jaką w tym roku trafiłem. Przez kolejne strony przechodziłem z niedowierzaniem, kiwając głową i zaznaczając co bardziej soczyste fragmenty. W pewnym momencie odpuściłem, bo właściwie musiałbym to robić co jedną, dwie kartki.

Jeśli ktoś pamięta bajkę dla dzieci Gumisie, to główną złą postacią był tam książę Igthorn z armią ogrów. Jego najważniejszym sługą jest wyróżniający się na tle innych ogrów niewielkim wzrostem – Toadie. Toadie, nazywający swojego pana Księciuniem jest usłużnym wykonawcą rozkazów. I to właśnie ta kreskówkowa postać najbardziej kojarzy mi się ze Składkowskim. Tępy, usłużny wazeliniarz. Miernota, która nie zdaje sobie sprawy ze swoich ograniczeń, bezkrytycznie zapatrzona w Piłsudskiego. Toadie chociaż od czasu do czasu zgłaszał jakieś zastrzeżenia. No i jak widać z fragmentu potrafił się zbuntować.

Wydawać by się mogło, że ktoś spisujący wspomnienia, będzie próbował pokazać się w nieco lepszym świetle, powiększyć swoją rolę w niektórych wydarzeniach. Tymczasem jak to Mogilnicki napisał “książka odsłaniała głupotę i służalczość Składkowskiego oraz kliki do której należał” (właśnie dlatego podobno próbowano ją wycofać z obiegu).

Prawdę mówiąc, gdybym nie wiedział, że to prawdziwy człowiek, przypuszczałbym, że to jest jakiś utwór satyryczny. Jakieś przedwojenne Ucho Prezesa. Tak bardzo pewne rzeczy są niewiarygodne. Z drugiej strony pozwalają zrozumieć zachowania pewnych osób. Choć może źle się wyraziłem. Nie zrozumieć. Uwierzyć, że tacy naprawdę istnieją. Tępi wykonawcy rozkazów przełożonych, w których decyzje ślepo wierzą bez najmniejszego nawet krytycyzmu. Trzeba jednak przyznać Składkowskiemu, że z zapisków wynika swego rodzaju skromność. Nigdy nie pojawiają się kwestie jego szarży wojskowej, czy awansów, zaś sama książka rozpoczyna się w 1918, gdy ten służył w randze kapitana.

Układ książki to relacje z kolejnych spotkań lub wezwań z Obywatelem Komendantem, Komendantem lub Marszałkiem. Ale formę “komendant” Składkowski stosuje tylko w książce, bo nie śmiał się tak odzywać do Piłsudskiego. Nie każdemu wolno było, go w ten sposób tytułować. Oficjalnie był marszałkiem.

Pierwszy meldunek w Polsce niepodległej – tak rozpoczyna się książka. Sławoj-Składkowski wybiera się do Warszawy do Obywatela Komendanta. Ma problemy. W Zagłębiu buntuje się ludność, komuniści mają dostęp do broni. Więc ten zabiega o wizytę u Piłsudskiego, żeby “posłusznie prosić o rozkazy”.

Udaje się do Belwederu, wchodzi do salonu, w którym urzęduje Piłsudski.

Chcę powitać jakoś bladego i zmęczonego, wychudłego Komendanta, chcę powiedzieć coś o mej radości, że Go znów widzę, ale Obywatel Komendant podaje szybko rękę i krótko rzuca: “No, co?”

Więc melduję posłusznie, że mam trudności z Niemcami na granicy i komunistami w Zagłębiu, ale Komendant przerywa moje biadolenie [… ] “Musicie przygotować zapas węgla na sześć tygodni i utrzymać porządek w Zagłębiu.

Chciałem spytać, czy mam w tym celu obsadzić kopalnie wojskiem i dać przymusowych zarządców, ale Komendant wyciągnął rękę i powiedział: “To wszystko”.

Ta obcesowość Piłsudskiego wobec Składkowskiego aż bije po oczach jeszcze w wielu miejscach. Ten zaś usłużnie płaszczy się, jakby dostąpił najwyższego zaszczytu samym tylko spotkaniem.

Wiem już co mam robić, bo widziałem i mówiłem przecież z Obywatelem Komendantem. Wszystkiego mi nie powiedział, ale mam wrażenie, że wiem już wszystko! Teraz trudności w Zagłębiu wydają się łatwe i proste. Widziałem Komendanta!!!

Takich opisów jest wiele. Składkowski rozpływa się nad samym faktem, że oto został wezwany do Belwederu. Nie on zabiegał o wizytę, tylko sam Obywatel Komendant go zaprasza. Po pewnym takim zaproszeniu, uznaje, że szykuje się awans, więc “zrobił się jubel na cały Będzin”. Szybko jednak się okazuje, że nie. Ten nawet nie jest rozczarowany, bo nade wszystko wizyta dla niego jest cenniejsza.

Składkowski po każdorazowym nagłym wezwaniu, aż do 1935 roku (swoje zapiski kończy w momencie śmierci Piłsudskiego), niemal nigdy się nie spodziewa o co może chodzić. Więc zaskoczeniem są dla niego i nominacje na ministra i na premiera. Gdy jest przesuwany z fotela ministerialnego, na stanowisko wiceministra biadoli sobie, że odbije się to na jego uposażeniu, ale skoro taki jest rozkaz, to nie ma z czym dyskutować. Niemal każdy meldunek uzupełniony jest refleksjami o stanie zdrowia i nastroju Piłsudskiego. Czy jest spokojny, czy uśmiechnięty, czy może w złym humorze. Od tego zależy, czy można sobie pozwolić na jakieś drobne uwagi, czy tylko przytakiwać.

W 1928 roku Piłsudski podejmuje decyzję, żeby Składkowski usunął z sejmu protestujących posłów. Przy pomocy wojska i policji (straż marszałkowską uznano za nielojalną). Po całej akcji Składkowski notuje:

Spostrzegam, że Komendant jest bardzo zmęczony. Oddycha szybko, jest blady i spocony. Widocznie te wprowadzenie policji do sejmu kosztowało Go więcej zdrowia niż tych posłów ryczących o wolnościach parlamentarnych.

Takich smaczków jest całe mnóstwo. Sławoj-Składkowski notuje ile razy się widział z marszałkiem, każdorazowo jest to dla niego niemal mistyczne przeżycie. Nie jest w stanie sam o niczym zdecydować, gdy dostaje wezwanie na stawienie się przed Trybunał Stanu ubolewa, co będzie jeśli nie dostanie od Piłsudskiego żadnych wytycznych i wskazówek. W końcu dochodzi do rozprawy. Piłsudski bierze na siebie odpowiedzialność za decyzje podejmowane (przez ministra Czechowicza). Składkowski podsumowuje:

Mój Boże, czyż za takie jedno powiedzenie ze strony Pana Marszałka, nie warto stanąć nawet trzy razy jako oskarżony, przed Trybunałem Stanu?!

Są jeszcze szczęściarze na tym świecie.

Jak już pisałem to nie jest satyra. To świadectwo epoki. Dorośli faceci, którzy boją się pisnąć słowem. Podczas jednego ze spotkań, gdy marszałek Piłsudski jest w wyjątkowo podłym nastroju, nikt nie śmie poczęstować się owocami leżącymi na stołach.

Stan ducha Składkowskiego – premiera RP to stan ducha egzaltowanego nastolatka, który nieustannie zastanawia się czy zostanie pochwalony, czy zganiony. W 1933 roku czterdziestoośmioletni facet tak podsumowuje jedno ze spotkań.

Użycie wyrazów “moje dziecko” jest ze strony Pana Marszałka dowodem najwyższej łaski; później idzie – traktowanie per “wy”, a wreszcie, w razie złego humoru i niezadowolenia – występuje najgrzeczniejsza forma: “panie generale”.

Tej najgrzeczniejszej formy obym mógł od Komendanta nigdy nie słyszeć!

No, ale napewno, nieraz jeszcze się to przytrafi.

Zostawię jeszcze na koniec pewien smaczek. Zupełnie nie wiem, czemu zwrócił moją uwagę  😉

Komendant lubił jeździć bardzo szybko. Mało tego, lubił ustanawiać rekordy szybkiej jazdy na naszych fatalnych szosach.

Odbywało się to zwykle w ten sposób, że przy wyjeździe z Warszawy, Pan Marszałek patrzył na zegarek i, zwracając się do swego świetnego szofera Malinowskiego, dawał mu rozkaz, że na tę – a tę (bardzo bliską) godzinę ma dojechać do celu podróży.

Błoto, objazdy, zła droga i przeszkody na niej nie wchodziły w rachubę przy tych obliczeniach Komendanta, robionych dosłownie “z zegarkiem w ręku”.

To też, samochód Pana Marszałka był specjalnie kontrolowany przed każdym wyjazdem, ale mimo to, drżeliśmy przed możliwością katastrofy przy każdej podróży Komendanta.

Strzępy meldunków, F. Sławoj-Składkowski

Strzępy meldunków, Felicjan Sławoj-Składkowski

Wyd.: Instytut Badanie Najnowszej Historji Polski, 1936

Podziel się

Jedna myśl nt. „Strzępy meldunków”

  1. O matko.
    Ale on przynajmniej umiał pisać oraz, jak wspomniałam przez telefon, umiał się ubrać. 🙂 Dzisiejsi wazeliniarze Prezesa nie zostawią po sobie takich świadectw. A przede wszystkim, Prezes mógłby Komendantowi buty czyścić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *