Praca bez sensu

Czasem mniej znaczy więcej. Takie miałem przeświadczenie, im dalej zagłębiałem się w lekturę książki Davida Graebera Praca bez sensu. Książka jest rozwinięciem niezwykle chwytliwego eseju, który w 2013 roku autor opublikował dla niszowego magazynu STRIKE!

Czekała na mnie ta książka w zasadzie od chwili, gdy pojawiły się o niej pierwsze wzmianki. Gdy pojawiło się polskie tłumaczenie, dziwiłem się czemu dano taki grzeczny tytuł, zamiast wprost napisać o fenomenie “gównopracy”.

W swoim pierwotnym eseju Graeber poruszył kwestię tych wszystkich zawodów, które w gruncie rzeczy nie mają żadnego znaczenia społecznego, co więcej wykonujący te prace mają przeświadczenie, o absolutnej jałowości wykonywanych zadań.

Myślę, że intuicyjnie wiemy, o co chodzi patrząc na nasze zakłady pracy, korporacje, czy urzędy. Pewną wizję tego stanu stworzył Franz Kafka w Zamku z 1926 roku, czyli długo przed tym, zanim pojawili się krytycy neoliberalnego kapitalizmu (do których również należał Graeber). Taką pracę wykonuje również Kanji Watanabe w Piętnie śmierci (reż. A. Kurosawa).

Dawid Graeber postanowił rozwinąć swój esej, w szerszą monografię i stało się niestety, to co dzieje się czasami z lekkimi ideami, które zaczyna się wyjaśniać i analizować. Całość zaczęła tracić na lekkości. Bo zaczęło się wartościowanie, porównywanie, wyjaśnianie, naprowadzanie czytelnika, na odpowiednie tropy, żeby nie myślał aby zbyt pro-kapitalistycznie. Autor cały czas stara się równoważyć, a nawet przeważać kwestie tego, że gównopraca (będę używał tego określenia, choć w tłumaczeniu jest praca bez sensu), nie jest domeną wyłącznie administracji publicznej, marnującej środki publiczne, ale również sektora prywatnego, choć wydawałoby się, że ten powinien być efektywny. Ja nie mam co do tego wątpliwości, no ale jego prawo. Jednak to ciągłe zastrzeganie się sprawia, że w mojej opinii dochodzi często do różnych ekwilibrystyk i (być może) nieuświadomionej śmieszności.

W rezultacie, o ile wcześniej reżimy socjalistyczne stworzyły miliony fikcyjnych proletariackich posad, reżimy kapitalistyczne sprawują władzę nad milionami fikcyjnych etatów białych kołnierzyków

Zwróćmy uwagę na to, jak zbudowany jest przekaz w tym zdaniu “proletariackie posady” można odebrać o wiele lepiej, niż “etaty białych kołnierzyków”. Chociaż oczywiście w socjalizmie istniały również miliony posad tzw. “urzędników biurowych”. I jak wyglądał ich los świetnie opisuje w satyrycznym Pamiętniku umysłowego J. Warzecha.

Nie lubię manipulowania pewnymi argumentami. Wiem, że moja ocena jest tylko moją oceną, ale do pewnego momentu książki nie przyszło mi do głowy w ogóle zastanawianie się nad kwestią płci, jeśli chodzi o ten rodzaj bezsensownej pracy, o której pisze Graeber. Co więcej, ponieważ w przywoływanych przez niego przykładach, często pojawiały się zawody w stylu zarządzający funduszami hedge, konsultanci podatkowi, różnego rodzaju menadżerowie wysokiego szczebla – czyli zawody, w których tradycyjnie dominują mężczyźni, poczułem się nieco zaskoczony, gdy nagle autor pisze: 

Podczas gdy jedną z powszechnych reakcji jest obwinianie rządu, inną, nie wiedzieć czemu, jest obwinianie kobiet. Jeśli nie dodacie, że mówicie tylko o urzędnikach państwowych, wiele osób założy, że mówicie przede wszystkim o sekretarkach, recepcjonistkach i rozmaitych rodzajach (zwykle żeńskiego) personelu administracyjnego. Zgoda, wśród tego typu posad administracyjnych wiele to w sposób oczywisty prace bez sensu zgodnie z przedstawioną tu definicją, ale przyjmowanie z góry, że to głównie kobiety lądują na bezsensownych posadach, jest nie tylko seksistowskie, ale także świadczy, według mnie, o głębokiej nieznajomości realiów pracy w większości biur.

No nie! Na żadnym etapie lektury, nie przyszło mi to do głowy, a wręcz przeciwnie. Takie właśnie momenty sprawiły, że w tym wypadku esej uważam, za o wiele bardziej wartościowy i inspirujący, niż rozbudowany tekst, gdzie stawia się pewne tezy (przypisując je rzekomym przeciwnikom) i je obala. Żeby było zabawniej, w tym konkretnym przykładzie, autor podaje dane statystyczne, z których wynika, że to właśnie mężczyźni w większości uważają swoją pracę, za bezsensowną.

Czasem mniej znaczy więcej. Zacząłem odczuwać bardzo poważne znużenie, gdy autor zaczął zbyt poważnie analizować Douglasa Adamsa i jego Autostopem przez galaktykę.

tak naprawdę darzę sympatią wszelkie artefakty brytyjskiego komediowego science fiction z lat 70.; niemniej uważam tę akurat fantazję za niebezpiecznie protekcjonalną

Matko! Przecież to brzmi strasznie, coś w rodzaju: “no co poradzę, że mi się podoba, choć nie powinno, bo jeszcze kogoś urażę!”

Aby usprawiedliwić eksterminację, Adams najwidoczniej celowo wybrał ludzi, których uważał nie tylko za bezużytecznych.

ADAMS NAPISAŁ FIKCJĘ! Ironiczną fikcję. I kolejne akapity gdzie Graeber analizuje, jaki rodzaj fryzjerek, może być bezużyteczny, a jaki jednak nie, mocno mnie krępuje. Autor Autostopem przez galaktykę uznał to za zabawne. Kropka. Nic więcej tam nie ma.

Naturalnie ważne są te wszystkie rozróżnienia między pracą bez sensu, a pracą złą, czy bezużyteczną. Ale to wszystko daje się uchwycić intuicyjnie, i tak jak pisałem na początku – sam esej jest wyczerpujący pod tym względem.

Graeber spróbował podejść szerzej i po swoim eseju zaprosił do współpracy mnóstwo osób, które podzieliły się swoimi doświadczeniami i dzięki temu podjął próbę skatalogowania tych wszystkich gównoprac, wyróżniając pięć kategorii: lokajów, zbirów, łataczy z taśmą, odfajkowywaczy i nadzorców. Zgrabnie się to czyta, bo przecież wszyscy wiemy o tych stanowiskach, gdzie produkuje się zbędne raporty i podsumowania, których nikt nie czyta. Gdzie tworzy się dziesiątki nikomu nie potrzebnych procedur, wdraża rozwiązania problemów, które są wynikiem wcześniejszej nieudolności, a przede wszystkim stanowisk, które są tylko w celu zatrudnienia kogoś (nie mówiąc już o likwidowaniu, a następnie tworzeniu ministerstw, żeby zatrudnić nic-nie-robiących-kumpli-pociotków-i-lojalnych-posłów).

Mimo wszystko nie jest to zbyt odkrywcze. W latach osiemdzieśiątych XX. wieku Jerry B. Harvey opublikował zbiór esejów dotyczących zarządzania i życia korporacyjnego (Paradoks Abilene i inne medytacje na temat zarządzania), wśród nich ten zatytułowany O hodowli dżab w organizacjach (fantastyczne tłumaczenie to zasługa, zmarłego w 2020 roku Paweł Dąbrowski).

Większość organizacji działających według sformalizowanych zasad można porównać do hodowli dżab. Rzecz w tym, że organizacje te specjalizują się w zmienianiu porządnych ludzi w dżaby. Uznając trafność tego porównania, można pójść o krok dalej i stwierdzić, że działania, które rzeczywiście miałyby usprawniać metody zarządzania organizacjami, polegałyby w istocie na osuszaniu bagna. 

  1. Wszystkie organizacje mają dwa podstawowe cele. Jeden z nich polega na wytwarzaniu rozmaitych gadżetów, tandety i innego badziewia. Drugim jest zmienianie ludzi w dżaby. W wielu organizacjach drugi cel staje się ważniejszy od pierwszego, ponieważ – na przykład – przestrzeganie drogi służbowej jest w nich ważniejsze niż podejmowanie racjonalnych zachowań.

Zasad wymienianych przez Harveya jest 31 i można uznać, że dżaby zajmują się gównopracą, tak jak rozumie to Graeber.

Oczywiście dla niego jest to emanacją kapitalizmu, ja jednak mam wątpliwości. Wiąże się raczej z relacjami między przełożonymi i podwładnymi, w dowolnym systemie, gdzie jedni chcą pokazać swoją władzę nad innymi, więc zlecają bezsensowne prace i zadania. Druga sprawa to swego rodzaju dynamika funkcjonowania wielkich systemów. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że gdzieś w niewielkiej firmie pracuje ktoś, komu funkcjonowanie poprawia katalogowanie papierów. Dla siebie samego ustalił, że procedury są w skoroszytach koloru czerwonego, a inne sprawy w innych. Korporacja się rozrasta, przybywają nowi pracownicy, nikt już nie pamięta o tym starym pracowniku, ale “utarło się”, że procedury mają być zawsze w czerwonych skoroszytach. Co jakiś czas zbierze się komitet, który ustala, czy zmienić czerwony na inny, zatrudni się konsultanta, który dobierze “odpowiedni” czerwony, biorąc odpowiednie wynagrodzenie, za bełkot wyjaśniający, czemu karmin jest lepszy od kraplakowej czerwieni. I tak to właśnie działa.

Można to nazwać swego rodzaju entropią. Świetnie było to widać w pierwszych miesiącach pandemii, gdy świat zatrzymał się, a korporacje zaczęły przechodzić na tryb pracy zdalnej. Nagle okazało się, że wiele spraw, których latami “nie dało się” rozwiązać, rozwiązuje się. Pracownicy nie muszą być przykuci do biurek, by być efektywnymi. Realizowane są zadania, a nie “dupogodziny”. Jeden z moich korporacyjnych znajomych był zachwycony, że wreszcie zakończyły się nic nie wnoszące godzinne spotkania, na których każdy musiał coś powiedzieć, by uzasadnić swoją obecność, ale zamiast konkretów zwołuje się kolejne spotkanie. 

Niestety, luka została zapełniona. Niedługi czas potem pracownicy korpo w tym i moi znajomi zaczęli narzekać, na jeszcze bardziej bezsensowne spotkania zdalne. Które trwały jeszcze dłużej i jeszcze mniej poświęcone były konkretom, a bardziej rozwiązywaniu problemów technicznych związanych z połączeniem.  Jak pisał w Tyranii chwili T. H. Eriksen: 

Skutkiem ubocznym wzrostu organizacji jest liczba zebrań, które uważa się za konieczne. W rezultacie pracownicy większą część czasu pracy przeznaczają na koordynowanie swojej pracy na spotkaniach, zamiast ją wykonywać.

Dżaby… Po prostu.

O wiele ciekawsza wydała mi się początkowo, ta część pracy Graebera, w której zastanawiał się, dlaczego wykonywanie gównopracy (nawet bardzo dobrze płatnej) często wiąże się z poczuciem nieszczęścia. Niestety, zamiast sensownej analizy, znów były przypuszczenia, domniemania i dowody anegdotyczne, żeby tylko udowodnić miałkość kapitalizmu.

Historia Erica wykonującego absolutnie zbędną pracę jest mi bliska. Przez rok pracy w pewnej korporacji, gdzie całość powierzonych zadań zajmowało mi godzinę dziennie (ale zdołałem wówczas napisać ksiażkę) przez dokładnie rok starałem się, żeby znaleziono pretekst do pożegnania się ze mną, choć nie szedłem po bandzie jak Eric. Na koniec, gdy złożyłem wypowiedzenie, szef zapytał “ale jak to nie masz nic innego?”. Było to dla niego niepojęte. Według Greabera, tego rodzaju zachowanie Erica to kwestia klasowości. Wyjaśnienia, że Eric czuł się źle wynika z jego robotniczego pochodzenie, a gdyby (GDYBY!?) to był ktoś z klasy średniej to grałby w tę grę – to totalny bullshit. Graeber chyba niewiele zna historii komunizmu i tamtejszej gównopracy (patrz: Zapadnia, Fiedosiejewa). To nie kwestia wymyślonej klasowości, tylko tego, że człowiek chce czuć się potrzebny i przydatny.

Co wiecej, jako młody człowiek wyjechałem do pracy w socjalistycznym NRD. Trafiłem do fabryki przerabiającą fasolkę szparagową na mrożonki. Wraz z kumplem opracowaliśmy proces usprawnienia ostatniej fazy sprzątania hali, po całym dniu. Jak zobaczył to nasz szef-komunista był przerażony. Jak to siedzicie i SAMO się robi. Macie chodzić i coś robić. Cokolwiek. 

Piszę tę notkę w trakcie lektury książki i coraz bardziej mnie irytuje. Mam przekonanie, że jej nie skończę. Wkurza mnie to, co u wielu zachodnich lewicowych intelektualistów – romantyzują sobie komunizm, proletariat i wspólne dobro. Zapominają, że karierowicze, męty, nieroby i socjopaci nie są związani z “klasowością” czy systemami polityczno-gospodarczymi.

Gdyby nie to, że Greaber nie żyje zaprosiłbym go do dzisiejszej Polski. Podobno kapitalistycznej. Żeby zobaczył te wszystkie miernoty, wrzucane na stanowiska konsultantów, doradców, do rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Wielu z nich prawdopodobnie jest przekonana o sensowności swoich działań, choć nie mają pojęcia o tym co robią. Mają władzę, zlecają innymi bezsensowne działania i się tym napawają. Prawdopodobnie czują się spełnieni, albo koszą kasę, bez żadnych skrupułów, wiedząc, że jak się to skończy, znów będą nikim. Klasowość?

Dochodzę do kolejnego fragmentu:

Panowie feudalni, o ile w ogóle pracowali, byli wojownikami – w ich życiu zwykle spektakularne czyny zbrojne występowały na przemian z okresami niemal totalnej bezczynności i bezruchu. Od chłopów i służby oczywiście wymagano, by pracowali w bardziej stabilny sposób. Niemniej jednak ich kalendarz prac pod względem regularności i dyscypliny daleki był od rygoru współczesnego etatu – typowy średniowieczny chłop pańszczyźniany, niezależnie od płci, prawdopodobnie pracował od świtu do zmierzchu przez dwadzieścia do trzydziestu dni w roku, w pozostałe dni natomiast tylko kilka godzin, natomiast w święta wcale. Święta zaś nie były rzadkością.

Podkreśliłem to zdanie zawierające słowo “prawdopodobnie”. Zdaniem autora tak było. Bez źródeł, bez konkretów. Ot taka wizja. Już niegdyś sięgałem do prac historyka zajmującego się średniowieczem, żeby skonfrontować przypuszczenia i wizje Rafała Wosia. Niestety wygląda na to, że wśród lewicowych publicystów istnieje jakaś romantyczna wizja życia chłopa feudalnego, których nie potwierdzają mediewaliści.

Im dalej czytam, tym coraz bardziej mam wrażenie, że głównym błędem pracy Davida Greabera jest błąd reprezentatywności i niedoszacowanie próby badanych. Zgłosili się do niego ci, którzy zgodzili się z jego tezą i przekonaniem, że wykonują bezsensowną i niepotrzebną pracę. Ale ilu jest takich, którzy nie zastanawia się nad tym, czy to co robią jest sensowne i potrzebne, byle co miesiąc zgadzał się przelew na koncie. Ilu jest takich, którzy ze względu na pozycję i odpowiednią pensję jest przekonanych o OGROMNYM znaczeniu swojego stanowiska? O nich Graeber w zasadzie nie wspomina.

Kolejny rozdział Dlaczego przybywa prac bez sensu. Już wiem, że spotkam się z krytyką kapitalizmu. Nie z kwestiami dotyczącymi rozwoju społeczeństwa, cywilizacji, czy konsumpcjonizmu (charakterystycznego we współczesnym świecie nie tylko w gospodarkach kapitalistycznych). Graeber zwraca uwagę jednak na to, że trendy są konsekwencją gospodarki opartej na usługach. Ale w zasadzie poza ogólnym narzekaniem, znów mamy krytykę kapitalizmu i relatywizowanie socjalizmu.

Zniechęca mnie ta lektura coraz bardziej. Choć zgadzam się z ogólną tezą i samym pierwotnym esejem. Autor zwrócił uwagę na ważny problem (społeczny, gospodarzy), ale w zasadzie poza antykapitalistycznym ideologizowaniem, nie wiele daje rozwiązań. Ba, nawet nie zastanawia się, czy rozwiązanie jest możliwe. Bo może to kwestia ludzkiej natury, może gównopraca istnieje, od tysiącleci, gdy w pierwszych społecznościach ludzkich, pojawił się ktoś, kto nie robił niczego użytecznego dla społeczności, tylko na przykład przestawiał kamyki z jednego miejsca, w drugie, bo tak kazał mu dominujący samiec.

A może w końcu, nie warto się nad tym zastanawiać, bo osoby robiące gazetki korporacyjne, produkujące nieczytane przez nikogo raporty, przesypujące piasek z miejsca w miejsce, po prostu dostają pieniądze. Taki rodzaj “dochodu gwarantowanego”, co lewicowcom powinno się podobać. Zwłaszcza, że w wielu historiach cytowanych przez Greabera, bohaterowie mówią, że realizowali własne pasje czy zainteresowania, ponieważ, nikt nie interesował się ich pseudo pracą.

Gorzej jeśli jako przedsiębiorca (niewielki, nie zaś ten z mokrych wizji lewicy krwawy wyzyskiwacz) muszę coraz więcej czasu marnować na spełnianie biurokratycznych wymagań, które niewiele mają z prowadzeniem biznesu, a często jeszcze mniej z jakąkolwiek logiką.

Mam problem z zaakceptowaniem podsumowania zaproponowanego przez Graebera.

Ludziom w społeczeństwach konsumenckich, nawet tym, którzy wykonują zajęcia bez sensu, udaje się jednak wyszarpać jakieś życie – jakkolwiek można postawić pytanie o istotność tych form życia w dłuższej perspektywie, biorąc pod uwagę to, że warstwa populacji tkwiąca w bezsensownym zatrudnieniu byłaby również najpewniej tą, której życie znaczą epizody klinicznej depresji lub inne formy choroby psychicznej, nie mówiąc o niepowodzeniu reprodukcyjnym. W każdym razie podejrzewam, że tak właśnie jest

[…]

Nawet gdyby okazało się, że nie mam racji, jednemu nie da się zaprzeczyć – taka organizacja pracy kształtuje pejzaż polityczny, w którym kipi od nienawiści i resentymentu. Ci, którzy są na życiowej krawędzi i bez pracy, zazdroszczą zatrudnionym. Zatrudnionych zachęca się, by krzywo patrzyli na ubogich i bezrobotnych, których nieustannie przedstawia im się jako darmozjadów i pasożyty. Ci, którzy tkwią w lipnych pracach, pałają niechęcią do pracowników, którym udaje się wykonywać autentyczną produktywną czy pożyteczną pracę, podczas gdy ci wykonujący autentyczną produktywną czy pożyteczną pracę, nisko opłacani, poniżani i niedoceniani, czują coraz większą urazę wobec tych, którzy ich zdaniem monopolizują tę niewielką pulę zawodów, które pozwalają na godne życie i równoczesne robienie czegoś pożytecznego, szlachetnego lub efektownego, i których nazywają „liberalną elitą”. Wszystkich łączy nienawiść wobec klasy politycznej, którą (słusznie) uważają za zdeprawowaną, za to klasie politycznej te formy pustej nienawiści są niezmiernie na rękę, ponieważ odwracają one uwagę od niej samej.

Albo to jest jakieś mega uproszczenie, albo autor nie spotkał na swojej drodze ludzi, którzy realizują się poza pracą zawodową (nawet bezsensowną) w mnóstwie działań wolontaryjnych, hobbystycznych, dla przyjemności i satysfakcji. Żeby samemu sobie udowodnić, że mogą być potrzebni. Żyjemy w trudnym świecie. Pełnym sprzeczności. Wykonujemy dziesiątki zbędnych czynności, więc może po prostu skoncentrować się na tym, co jeszcze daje nam satysfakcję. Zwłaszcza, jeśli nie możemy/nie potrafimy zrezygnować z gównopracy. Swoją drogą na zakończenie Graeber wspomina o ogromnej roli altruizmu. 

Doczytałem do końca i poczułem się, że Graeber wiedział, gdzie są słabe punkty jego tez, więc postanowił nie poddać się takiej krytyce:

Zwykle nie lubię umieszczać w swoich książkach zaleceń. A to choćby z tego powodu, że miałem okazję oglądać, jak w sytuacjach, gdy autor krytykuje zastany ład społeczny, jego krytycy odpowiadają pytaniem: „Co w takim razie proponujesz?”, po czym przeszukują tekst, dopóki nie znajdą czegoś, co wygląda jak postulat polityczny, by następnie zachowywać się tak, jakby o tym właśnie traktowała dana książka.

Właśnie tak myślałem. Jaki świat drogi autorze proponujesz? Bo wydaje mi się cokolwiek nierealny (uwzględniając mroczne strony ludzkiej natury). A może rozwiązania nie są możliwe. Może to tylko mrzonki. Ostatnie zdanie książki brzmi:

Sednem tej książki nie było oferowanie określonych rozwiązań politycznych, ale zainicjowanie refleksji i debaty nad tym, jak faktycznie mogłoby wyglądać wolne społeczeństwo.

No właśnie. Czy wolne społeczeństwo jest w ogóle możliwe, znając historię cywilizacji? Czy to tylko mrzonka.

[Foto: Piętno śmierci, reż. A. Kurosawa, 1952]

Praca bez sensu, D. Graeber

Praca bez sensu. Teoria, David Graeber

Wyd.: Krytyka polityczna, 2019

Tłum.: Mikołaj Denderski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.