Złowić frajera

Nie wiem, co ja właściwie przeczytałem. Przez kilkadziesiąt pierwszych stron wytrzeszczałem oczy ze zdziwienia, zaznaczając różne fragmenty, robiąc notatki, choć najczęściej były to po prostu znaki zapytania. Może więc oddam głos autorom, którzy w zakończeniu wyjaśniają, jakie jest najważniejsze przesłanie ich pracy.

Napisaliśmy ją po to, aby zrównoważyć mylne wrażenie o wolnym rynku, jakie powstaje na skutek narracji odwracającej naszą uwagę od niektórych ważnych spraw. Istnieje znana narracja o wolnym rynku, szeroko rozpowszechniona w Stanach Zjednoczonych, ale także dość wpływowa za granicą. Pochodzi ona z uproszczonej interpretacji standardowej, podręcznikowej ekonomii. Głosi ona, że gospodarka wolnorynkowa, pomijając problemy podziału i efektów zewnętrznych jest najlepszym systemem gospodarczym wymyślonym dotąd na świecie. Wystarcza zapewnić wszystkim ludziom pełną “wolność wyboru” – powtarza się to jak mantrę – a będziemy mieli prawdziwy raj na ziemi, na tyle bliski ogrodom Edenu, na ile pozwala nasza technika, wiedza i zdolności ludzkie oraz istniejący podział dochodów.

Autorzy tej książki dostrzegają i cenią ten róg obfitości stworzony przez system wolnorynkowy […] ale jest to broń obosieczna – system mający swoje zalety i wady.

Dla mnie to było spore zaskoczenie. Ktoś dziwi się, że człowiek (bo to on tworzy różnego rodzaju “systemy”) ma wady i ułomności; że wykorzystuje czasami swój spryt, siłę, przewagę do wykorzystania innych; że manipuluje, oszukuje, daje się oszukiwać. Również zdziwiło mnie to, że autorzy dziwią się, że jakaś teoria (w tym przypadku teoria ekonomiczna) jest uproszczeniem. No cóż modele ekonomiczne, mają to do siebie, że dokładnie nie odzwierciedlają rzeczywistości. Inaczej nie byłyby modelami. I myślę, że chyba każdy wie o ułomnościach modeli od lat. W skrajnej postaci ta wiedza może przyjąć taki wyraz, jak w wypowiedzi onkologa Howarda Skippera:

Model to kłamstwo, które pozwala ci ujrzeć prawdę.

Frustrowała mnie ta książka bardzo. Na jej trop naprowadził mnie jeden z czytelników specultio.pl przy okazji opinii o książce Łowcy z kotłowni. Chodzi o pozycję Złowić frajera. Ekonomia manipulacji i oszustwa, autorstwa dwóch wielkich nazwisk George’a Akerlofa i Roberta Shillera. Oba autorzy zostali uhonorowani (w różnych latach) nagrodą Banku Szwecji im. Alfreda Nobla, czyli tzw. “ekonomicznym Noblem”. Shiller zajmuje się ekonomią behawioralną, czyli tym działem, który dość mocno zachwiał klasyczną teorią ekonomii, wprowadzając do niej model ludzkich ułomności. I chyba zrozumiałbym, gdyby taka praca ukazała się trzydzieści-czterdzieści lat temu. Byłaby wtedy rozprawieniem się z klasycznymi ekonomistami wierzącymi w racjonalne wybory, rozsądnego człowieka, ale teraz?

Być może jej przekaz byłby strawny (wprowadzenie pojęcia równowagi phishingu, czyli równowagi manipulacji/oszustwa jako elementu gospodarki), gdyby nie teza, która od samego początku uproczywie jest powtarzana. Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów.

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile trudu i wysiłku włożono w rozpoznanie naszej słabostki i opracowanie strategii handlowej wykorzystującej słabości ludzi […]. System wolnorynkowy wykorzystuje automatycznie każdą naszą słabość.

Nasze słabostki, bezlitośnie i chciwie są wykorzystywane od wieków przez sprytnych marketerów. Ze względu na te słabości dokonywane przez nas wybory często różnią się od tego, czego rzeczywiście potrzebujemy lub, inaczej mówiąc, co jest dla nas dobre. Na ogół nie zdajemy sobie z tego sprawy [co sprawia, że…] osiągamy równowagę gospodarczą kształtowaną przez tych “podpowiadaczy”, a nie nas samych.

Gospodarka wolnorynkowa musi rodzić oszustwa.

Nie wiem co mam zrobić z tym przekazem, że “gospodarka wolnorynkowa” jest gospodarką, w której w naturalny sposób pojawią się oszuści, manipulatorzy, marketerzy, zachęcający do rzeczy, które nie są nam potrzebne? Czy ja właśnie przeczytałem, że gdzieś istnieje jakiś model gospodarki, gdzie takie cechy nie występują? Socjalistyczna-centralnie planowana? A może feudalna? A może w jakiejś dyktaturze?

Co to w ogóle jest “system wolnorynkowy”. Przecież za rynkiem stoją ludzie. Zwykli, właśnie ze swoimi słabostkami. Kłamią i oszukują od wieków. Namawiają i przekonują od wieków. Używają perswazji, sprytu, czasem siły. Co tu ma do rzeczy gospodarka wolnorynkowa. No chyba, że chodzi o przekaz, że w standardowych modelach ekonomicznych zbyt mało wagi położono właśnie na strefę manipulacji i wpływu, zaś udawano, że człowiek podejmuje racjonalne i najlepsze dla siebie wybory. Ale to już wiadomo odkąd głosem ekonomii zaczęli być Kahneman, Tverski, Tetlock, Thaler i wielu, wielu innych.

A może to jakaś moda na to, żeby posypywać głowę popiołem. Zwłaszcza, że każdorazowo autorzy podkreślają, że oni są wolnorynkowcami, że to najlepszy z systemów, ale..

Całość wpisuje się w jakąś powszechną narrację – kapitalizm jest zły, wolny rynek jest zły, neoliberalizm (o tym za chwilę) jest zły. A gdzieś brakuje mi szerszego spojrzenia i powiedzenia – “no cóż, to tylko człowiek”. Człowiek, który kieruje przedsiębiorstwem i chce jak najwięcej zarobić. Człowiek, który zleca plany sprzedażowe, kolejny który stara się realizować te plany (dla premii), nie zawsze zgodnie z interesem klienta i kolejny, który jest koniecznie przekonany o tym, że musi coś mieć, bo inni to mają, albo daje się namawiać na niepotrzebne rzeczy w imię, lepszego samopoczucia, chwilowego impulsu. Trudno mi sobie wyobrazić świat, w którym potrzebujemy wyłącznie tego co jest wartościowe, potrzebne i cenne. Kto miałby to oceniać?

W książce zdaje się przewijać jakaś nostalgia, za czasami, kiedy śnieg był bielszy. W rozdziale dotyczącym banków inwestycyjnych autorzy zwracają uwagę na fakt, że w latach 1950-1980 banki inwestycyjne działały inaczej, były wiarygodne,budziły zaufanie klientów, tworzyły z nim więź. Bankier był powiernikiem i przyjacieleme. Pomijam już fakt, że nie wierzę w to, że nie było wówczas manipulacji i wykorzystywania klientów (choć pewnie przy mniejszej skali) to równie dobrze możemy się zastanawiać, że rynek fryzjerski też kiedyś był o wiele bardziej wartościowy. Fryzjer tworzył więź ze swoim klientem, znał go, nie pozwalał sobie na fanaberie. Nie to co dziś w dobie sieciowych zakładów, gdzie za każdym razem możemy trafić na innego pracownika, o którym nie wiemy, czy się uczy, czy ma doświadczenie, a na koniec zapłacimy nie 10 złotych tylko 100.

Kolejne kuriozum, to właśnie to traktowanie człowieka jako bezwolnej kukiełki, kierowanej przez marketerów.

Wolny rynek wymyśla wciąż nowe pokusy, a życie staje się przysłowiową jazdą od sklepu do sklepu.

To jest problem w rodzaju, co było pierwsze jajko czy kura. Czy człowiek coś chce mieć i dlatego inny (przedsiębiorca) mu to zaoferuje. Czy może oferujący tworzy potrzebę wśród kupujących?

Podczas ostatnich wakacji potrzebowałem oliwy do smażenia. W sklepie były wyłącznie puszki oliwy od 2 litrów w górę. Nie potrzebowałem aż tyle, na krótki wyjazd. Kupiłem więc najmniejszą możliwą oliwę, buteleczkę 250 ml – w sprayu. NIGDY takiej nie używam w domu. Naprawdę, nie widzę powodów. Potrafię wylać oliwę ze zwykłej butelki. Nie widzę powodów by przepłacać, za to, że ktoś wykombinował wygodną wersję ze sprayem. Ale wówczas był to najlepszy wybór, choć być może nieracjonalny – w przeliczeniu na litr oliwy, ta w sprayu nie była najtańsza. A nawet była dość droga. Ale jednostkowo zaakceptowałem tę cenę. Co więcej, po użyciu jej kilkukrotnie uznałem, że jednak czasami ma to rozwiązanie sens. Czy to marketingowcy odkryli moją ukrytą potrzebę, czy może ja odkryłem coś potrzebnego?

W niektórych momentach odniosłem wrażenie, że według autorów klienci dadzą sobie wcisnąć każdy kit, bo wolny rynek ma taką cechę. Że wciska kit każdemu.

Naturalnie jest na te ułomności rozwiązanie – różnego rodzaju regulacje, ograniczenia i kontrole. No zaskoczenie totalne. Cóż za odkrycie. Człowiek potrzebuje praw, bo inaczej nie tylko by oszukiwał, ale również się pozabijał. Satyryk Patrick Jake O’Rourke w Wykończyć bogatych dał dość jasny wykład, dotyczący tego, że kapitalizm wolnorynkowy to nie miejsce bez zasad, gdzie każdy może wszystko. Kontrastuje rynek z regulacjami (USA) z Albanią lat 90., będącą przykładem tego “co dzieje się z wolnym rynkiem, kiedy zabraknie prawnych, politycznych lub tradycyjnych podstaw, które wyznaczają zakres swobód oraz metody jego zabezpieczenia”. Co nie oznacza, że ten amerykański jest bez skazy. Naturalnie cały czas człowieka trzeba pilnować!

Kuriozalny jest rozdział “Ruch oporu i jego bohaterowie”. Otóż autorzy piszą, że gdyby nie urzędy, regulacje, ruchy konsumenckie to ten wolny rynek byłby jeszcze gorszy. I piszą to niemal bezkrytycznie.Tak jakby te wszystkie ludzkie cechy, o których zdarzałem wcześniej nie występowały również w tej dziedzinie. Jakby tam pracowali ludzie nieprzekupni, bez skazy. Co prawda zwraca uwagę na to, że amerykański nadzór (SEC) nie zapobiegł przekrętowi Madoffa i nie docenił uwag Harry’ego Markopolosa, ale koniec końców pisze, że to konsekwencja słabego finansowania urzędu. Naprawdę? Markopolos chyba jednak miał inne zdanie na ten temat. Po prostu go ignorowano, nie dowierzano, nie ufano. Podobnie, jak Ratajczaka nasz rodzimy KNF.

Na sam koniec zostawiam kwestię tłumaczenia książki. Czytelnik, który zwrócił moją uwagę na tę pozycję napisał, że została bardzo dobrze przetłumaczona na polski. I już nie wiem, czy w zgodzie z pracą Akerlofa i Schillera, nie zostałem namówiony na nią przez sprytnego marketera  😉

Irytowało mnie to tłumaczenie ogromnie. Nie jego jakość ale maniera. Kupiłem kiedyś książkę wydaną również przez Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne Dość!, Johna Bogle’a.

Napisałem wówczas:

Rozumiem wyjaśnienia od tłumacza p. Anny Gąsior-Niemiec na początku książki o trudności i zawiłościach przekładu i w konsekwencji wielu przypisów od tłumacza. Niestety dziecko wylane zostało z kąpielą. Mogę powiedzieć, że jestem zmęczony tym przekładem. Po pierwsze zamieszczenie przypisów tłumacza (jest ich około dwustu!) na samym końcu książki to męczarnia polegająca na ciągłym przekręcaniu stron. O wiele lepiej sprawowałyby się przypisy na dole strony. Po drugie, odnoszę wrażenie, że tłumaczka nie bardzo potrafiła wziąć odpowiedzialność za swój przekład, stąd właśnie owe częste przypisy. Dotyczyły one nawet tytułów podrozdziałów. Fakt, często były to gry słowne wykorzystujące owo tytułowe „dość” (enough). Ale zdecydowanie jest to dość ryzykowne zagranie. Poza tym zupełnie nie rozumiem, dlaczego w takim razie część śródtytułów została pozostawiona po angielsku, a dla odmiany w przypisach jest tłumaczenie.

Nie jestem też pewien, czy tłumaczenie „Wirgińczycy” z przypisem „mieszkańcy stanu Wirginia (ang. Virginia)” nie jest już zbyt daleko idącą asekuracją, czy też niewiarą w inteligencję Czytelnika.

Nie wiem, czy książki wydawane przez PTE tak mają, ale w tym wypadku również uważam, że tłumacz Zbigniew Matkowski jednak poszedł za daleko z dialogiem z czytelnikiem, wyjaśnianiem różnych spraw i wątpliwości, gry słów, zwrotów. Ciągłym przypominaniem o co chodzi autorom. A czasami próbą korygowania ich błędów.

W pewnym momencie autorzy piszą o analizie ankiety spożycia chipsów ziemniaczanych, zaś tłumacz zwraca uwagę, na nieścisłość danych, gdyż procenty sumują się nie do 100% tylko do 118%, ale zaraz też wyjaśnia, że wskaźniki procentowe zostały obliczone przez niego samego, “ale ten sam błąd dotyczy danych wagowych podanych w oryginale”. Brzmi to wyjaśnienie nieco kuriozalnie, zwłaszcza, że jeśli to były pytania ankietowe, to być może była możliwość wielokrotnego wyboru. Wówczas przeliczenie tego na procenty, i zdziwienie że nie sumują się do 100% jest nieco dziwne.

W oryginale “clever financial accounting” w polskim tłumaczeniu brzmi: ““inteligentna” (“kreatywna” – przyp. tłum.) księgowość”„. Skoro owo inteligenta zostało ujęte w cudzysłowie, nie trzeba było dodawać w nawiasie kreatywna. Również w cudzysłowie.

Mamy cały miesiąc czasu”, no i ta nieszczęsna (choć poprawna) odmiana “kosz jabłek i pomarańcz”. Do tego dochodzą drobnostki w rodzaju, że papiery były “przecenione”, choć chodzi nie o przecenę, tylko zawyżoną wartość, czyli były “przewartościowane”.

No i mój ulubiony hit “autorzy książki słusznie krytykują współczesną neoliberalną ekonomię za jej apoteozę nieskrępowanej wolności gospodarczej i bezwzględnej pogoni za zyskiem”. Co to jest? Jakaś moda, żeby ten neoliberalizm się pojawiał? Najpierw się bezkrytycznie zachłystywano wolnym rynkiem (jeszcze nie nazywanym neoliberalizmem), a teraz bezkrytycznie trzeba koniecznie się od tego odżegnywać?

Moim zdaniem tłumacz jednak przegiął, bo jednak autorzy cały czas zastrzegają, że oni wolny rynek jednak szanują.

Zerknąłem z ciekawości na opinie o książce na Amazon.com. Całkiem sporo jest tam ocen krytycznych, powtarzających, że autorzy odkrywają coś, co jest oczywistością, że w kółko powtarzają to samo, że pisanie jest pod tezę. A przede wszystkim zaskoczenie, że taki utwór wyszedł spod ręki utytułowanych naukowców.

W każdym razie, idąc szeroko, równocześnie ze Złowić frajera kupiłem jeszcze dwa tytuły o oszustwach. I liczę na znacznie więcej niż w przypadku Shillera i Akerlofa.

Złowić frajera, G. Akerlof, R. Schiller

Złowić frajera. Ekonomia manipulacji i oszustwa, George A. Akerlof, Robert J. Shiller

Wyd.: PTE, 2017

Tłum.:

Podziel się

Jeden komentarz do “Złowić frajera”

  1. „Wirginijczyk”. Choć „Wirgińczyk” też jest poprawny.

    OT. Turlam się ze śmiechu, kiedy zalogowana na FF „Świątynie i nekropolie” jako Kot widzę „dedykowane” reklamy żwirku i zakładów pogrzebowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *