Zagroda zębów

Nie składam obietnicy, ani zobowiązania, bo wiem, że i tak jej nie dotrzymam. Ale postanawiam zmniejszyć nieco stosy kupionych ostatnio książek. Zarówno tych fizycznych, jak i wirtualnych na czytniku. Trafiam na Zagrodę zębów Wita Szostaka. Jakiś kolejny kompulsywny zakup? Otwieram plik, i już wiem, czemu kupiłem. To wariacja na temat Odysei. Od razu też wiem, po kilku pierwszych zdaniach, że chyba się nie polubimy.

To króciutkie miniaturki, alternatywne zmyślenia, wariacje dotyczące historii Odyseusza.

Szybko się to czyta, i jeszcze szybciej mam przekonanie, że nie. Że coś mi w niej nie odpowiada. Że już mam przesyt wyłącznie formą. Samymi pomysłami. Bo tak traktuję ten zbiorek, jak zbiór pomysłów, koncepcji, inspiracji. Tak jakby autor nie do końca wiedział co zrobić z tym pomysłem, więc poszedł w swego rodzaju oszustwo-szantaż. Ubrał całość w formę wyrafinowaną literacko. Licząc, że czytelnik onieśmielony wyrafinowaniem będzie bał się przyznać, że nie rozumie, że nie podoba mu się i tym samym zachwyci się. Choć w gruncie rzeczy to jedynie wydmuszka. Pomysł, a może wyłącznie zarys pomysłu.

Z ciekawości zerkam na recenzje na lubimyczytac.pl. Na serwis, który jest szerokim portalem czytelniczym, gdzie królują książki, jako forma rozrywki, a nie uczta wyrafinowanych intelektualistów. Portal, z którego uczestników można czasem “toczyć bekę”. Trzydzieści trzy opinie. Niemal same “ósemki”, “dziewiątki”, w dziesięciostopniowej skali ocen. Jedna, jedyna “piątka” (chodzi tylko o oceny z napisanymi opiniami). Trochę to wbrew statystyce. Tym bardziej jestem przekonany, że szantaż się udał. 

Trudno napisać “nie podoba mi się”. Nasze szkolnictwo nie przygotowuje do tego. Jak również pewna unosząca się nad literaturą niszowość i elitarność, która sprawia, że trudno przyznać się, że nie lubi się arcydzieł, kanonu, czy po prostu czegoś, co podoba się innym. Bezpieczniej formułować opinie w rodzaju: “Trudno mi zakwalifikować tą książkę jednoznacznie”, “Ciężko będzie mi ocenić tę książkę”, „to książka dziwna”, “Ambitna książka, wbrew długości niełatwa w czytaniu”. 

Wszystkie te zwroty brzmią trochę jak zachęty sprzedającego mieszkanie w niezbyt atrakcyjnym miejscu zachwalającego “oryginalne otoczenie dla osób lubiących wyzwania”.

Przyszło mi również do głowy – ta myśl często mi towarzyszy – może to nieodpowiedni moment. Po prostu. Czasem książki muszą trafić w dobry czas. W pewien sposób Zagrodę zębów daje się zestawić z Jeśli zimową nocą podróżny, Italo Calvino. Tylko w tamtym przypadku był zachwyt i ciekawość, a tu czuję znudzenie i zbyt grube szwy.

Maleńka ta książka. W druku ledwie sto stron. Na jeden wieczór. Ale już w połowie zupełnie mnie ta zabawa przestaje interesować. Nie chce mi się nawet szukać znaczeń, drugiego i kolejnego dna, przekazów, czy możliwych interpretacji. 

A ponieważ książka w żaden sposób nie obudziła żadnych skojarzeń, emocji, namiętności, to fotka ilustrująca jest zupełnie z nią nie związana. Zrobiona dziś rano w lasach nad Biebrzą. 

 

Zagroda zębów, W. Szostak

Zagroda zębów, Wit Szostak

Wyd.: Powergraph, 2016

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.