Nienawiść sp. z o.o.

Większość klientów, spędziwszy życie na śledzeniu wiadomości, traci – z reguły nieodwracalnie – zdolność rozumienia, w co się pakują. Na newsach nie ma napisów ostrzegawczych. Gdyby musiały się pojawiać, brzmiałyby zapewne następująco:

Wiadomości to wyrób konsumpcyjny

Po zwycięstwie PIS w kolejnych wyborach w naszej przestrzeni medialnej zaroiło się od prób wyjaśnienia “co poszło nie tak”. Dlaczego wyborcy odwrócili się od Platformy Obywatelskiej i dali złapać się na lep demagogii, a czasem nawet bezczelnych kłamstw? Większość tych niezbyt wnikliwych wyjaśnień była pod hasłem, że politycy po stronie “liberalnej” przestali rozumieć zwykłego człowieka, odwrócili się od problemów ludzi spoza wielkich miast, zapomnieli o godności i patriotyzmie, a przede wszystkim byli zbyt elitarni i intelektualni i pogardzali tymi innymi, co to nie czytają książek, słuchają discopolo, a zamiast sushi wolą schabowe.

Prawdę mówiąc, nie była to wyrafinowana analiza, raczej publicystyka i próba znalezienia klucza do nowej rzeczywistości. Tak zrobił choćby Marcin Napiórkowski tworząc figurę Turbopatriotyzmu. Figurę zupełnie nieudaną i nietrafną.

Widzę to teraz jeszcze mocniej, po przeczytaniu książki Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem amerykańskiego reportera Matta Taibbi.

Pozornie jest to książka na wskroś amerykańska, pada tam mnóstwo nazwisk polityków, dziennikarzy, stacji telewizyjnych, ale akapit po akapicie, rozdział po rozdziale mam przekonanie, że czytam o Polsce. A może o trendach na całym świecie? Gdzieś tam przy okazji książki Napiórkowskiego, czytałem takie polecenie – “jeśli chcesz zrozumieć, co się stało w Polsce po 2015 roku koniecznie przeczytaj Turbopatriotyzm”. Według mnie po lekturze Taibbi’ego – zapomnij o turbopatriotyzmie, czytaj Nienawiść sp. z o.o. i podkreślaj wężykiem, to co jest tam napisane. Przede wszystkim dlatego, że podział plemienny prawica/lewica nie okazuje się jakiś wyjątkowo polski. Nie wygląda na “potknięcie” Platformy Obywatelskiej, ale istnieje w innych formułach: republikanie/demokraci, wielkie miasta/małe miasteczka, oni/my, my lepsi/oni gorsi. Jesteś za aborcją to jesteś lewakiem, jesteś przeciw aborcji to jesteś katolem. Czarno biały świat. Zero, jeden. Żadnych stanów pośrednich, żadnych szarości. 

Czasem zdarza mi się rozmawiać z ludźmi, którzy wyrzucają z siebie slogany partyjne. Jeden do jednego, bez zastanowienia. Więc próbuję wzbudzić jakąś refleksję dotyczącą własnego zdania, samodzielnego myślenia. Ale ten podział wzbudzony przez polityków, że MUSISZ się opowiedzieć po którejś ze stron, jest już zbyt głęboki. Choć oczywiście dookoła mam mnóstwo osób, właśnie z poglądami pomiędzy, krytycznymi wobec polityków z każdej strony. 

Moją wstydliwą tajemnicą jest to, że polityka nigdy specjalnie mnie nie obchodziła. Osobiście nie oddaję czci ani lewicy, ani prawicy, lecz absurdowi. Uważam, że świat jest zasadniczo prześmieszny i przerażający, ale też piękny. Staramy się, jak możemy, albo czasami nie, ale i tak zazwyczaj na końcu ponosimy porażkę.

Ludzkość to dla mnie komedia slapstickowa, tym śmieszniejsza, im bardziej stara się temu zaprzeczyć. Nie myślę tak przez cały czas, ale tą zasadą się kieruję. Chodzę na wybory, w nieznacznym stopniu zaangażowałem się w parę akcji obywatelskich, ale staram się nie traktować tego całego cyrku na tyle serio, żeby odrywał mnie od ważniejszych zajęć, takich jak bycie tatą, mężem i tak dalej.

Credo Taibbiego jest mi bardzo bliskie. Właśnie tak. Polityka może mnie interesuje, ale politycy już bardzo mało. A zwłaszcza programy publicystyczne wymyślane według formuły – weźmy zakapiora z jednej strony i zakapiora z drugiej i będzie się działo! Będą się tłuc, obrzucać inwektywami. I nic z tego nie wyniknie. I tak po raz kolejny, i kolejny, i kolejny. A my jako widzowie i odbiorcy się nakręcimy, oburzymy, powiemy, że ten drugi to kawał sukinsyna. I tak do następnego razu. My mamy swoje gazety i telewizje, oni swoje. My zapraszamy swoich, oni swoich. A w ramach oponentów zaprosimy takich, o których wiadomo, że będzie można ogłosić zwycięstwo. Bo za słaby, bo za chamski, bo za jednoznaczny, bo niejednoznaczny. Wszystko może być inwektywą. Ważne, że nasz wygra zawsze. Jeśli to MY oglądamy.

Taibbi analizuje fenomen konserwatywnej telewizji Fox i tego, jak model agresywnego dziennikarstwa, napuszczania jednych na drugich rozlał się po mediach z obuu stronach. Każdy widz znajdzie teraz dla siebie “bezpieczną przystań” taką, która nie naruszy jego komfortu, nie będzie siała wątpliwości.

Kiedyś wiadomości reżyserowano tak, by mógł je konsumować cały dom: i kochająca mamusia, i stuknięty wujo prawicowiec, i zaangażowany kuzyn z uniwerka, który właśnie wrócił do domu w koszulce z Guevarą.

Kiedy jednak zaczęto nas układać w demograficzne szufladki, kanały znalazły nowy sposób na wabienie widowni: sprzedawano konflikt wewnętrzny.

Ludzie pokroju Rogera Ailesa ściągnęli uwagę stukniętego wuja prawaka i dali mu do oglądania jeden kanał pełen newsów skrojonych dokładnie pod niego, zapełniając pasmo na przykład materiałami o imigracji czy o przestępstwach popełnianych przez osoby z mniejszości. Z czasem pojawiły się też na rynku kanały z treściami dla młodziaka w koszulce z Guevarą. Jeśli siedzieli w różnych pokojach i każdy oglądał swoje, można było dosłownie uzależnić obu widzów od wzajemnej nienawiści.

Oczywiście to wszystko związane jest z komercjalizacją mediów. Im więcej złych emocji, tym większa oglądalność tym większe pieniądze. Cytuje Lesa Moonves’a z CBS: “Trump może i nie jest dobry dla Ameryki, ale dla CBS jest, cholera, doskonały”, po czym dodał jeszcze: – Pieniądze płyną strumieniem.”

No właśnie. Nie będę wymieniał nazwisk tych wszystkich polityków, którzy są doskonali dla oglądalności. Cytowani, zapraszani, ba nawet zdobywali “Srebrne usta”,  nie za elokwencję, tylko za głupotę i kontrowersje. Po co zapraszać po raz kolejny posła lub senatora, który na wszystkie pytania odpowiada tak samo, albo przerywa rozmówcy wszczynając awantury. Przecież to nie niesie ze sobą żadnej wartości, poza wzbudzeniem w nas negatywnych emocji.

My powiemy “znów zachował się jak cham”, Oni powiedzą “ale ich zaorał”. Każdy ma swoją rację. Świetną analizę tych zachowań robi Taibbi pokazując, w jaki sposób konserwatywne media budowały właśnie narrację o “liberalnych mięczakach” zapraszając do studia osoby, którym się przerywa, nie daje dojść do głosu, obśmiewa.

Mechanizm prosty. Pisał o nim w 1936 H. Rauschening w Rewolucji nihilizmu:

Cała ta wyrafinowana metoda, polegająca na zagadywaniu rozmówcy, na doprowadzenia go do stanu znużenia i zniecierpliwienia rozwlekłymi argumentami, na denerwowaniu ciągłymi pouczeniami wygłaszanymi mentorskim tonem, ta mieszanina niewymuszonej uprzejmości z brutalnością, wybuchającą nagle przy akompaniamencie krzyków i sapania, te zniewagi i ordynarne ataki, tak samo ustępujące naraz miejsca uprzejmej jowialności, ta technika – gdyż nie jest to objaw temperamentu, lecz raczej technika, którą opanowało wielu członków elity – rozbraja każdego kto przywykł do innej atmosfery duchowej, pozbawia pewności siebie i wydaje na łup odmawiających posłuszeństwa własnych nerwów. Ta technika prowadzenia rozmowy, przeniesiona na rzeczy wielkie, jest jedną z tajemnic skuteczności taktyki politycznej narodowego socjalizmu.

Taibbi odwołuje się w swojej książce do wydanej w latach osiemdziesiątych pracy Manufacturing Consent, Noama Chomsky’ego oraz Edwarda Hermana – krytycznej pracy dotyczącej prowadzenia polityki w środkach masowego przekazu. Według obu autorów propaganda istniejąca w USA, jest propagandą nie rządową, tylko rozwijaną właśnie dzięki mediom i stałemu podsycaniu konfliktu, obecne czasy różnią się tylko tym od lat 70.- 80., że nie ma wroga zewnętrznego (komunizm), tylko wrogiem jesteśmy my sami.

Sztuka polega na tym, żeby stale zawężać wasze horyzonty umysłowe i nakręcać was bezsilnym gniewem. To taki wariant opisanej w Manufacturing Consent sztucznie zawężanej debaty.

Autor określa dziesięć przykazań nienawiści według, których działają współczesne media. Między innymi – istnieją tylko dwie ideologie, zaś między tymi ideologiami trwa wieczna wojna.

To pozwala nie tylko odwrócić uwagę społeczeństwa od naprawdę ważnych tematów (np. coraz większą utratą wolności), ale przede wszystkim sprofilować pod owe poglądy odpowiednie towary i usługi.

Nowoczesna branża mediów opiera się na wyrafinowanej technice, działającej w dwustopniowym procesie. Najpierw tworzone są treści umacniające w was poglądy, które już żywicie, po czym są do was rozsyłane zgodnie z wynikami analiz waszych nawyków konsumenckich.

Następnie to wy jesteście dobierani do reklamodawców, którzy mają jakiś produkt na sprzedaż dla waszej grupy demograficznej. To właśnie w ten sposób zarabiają firmy takie jak Facebook czy Google: mówiąc reklamodawcom, gdzie w sieci znajdą sobie potencjalnych klientów.

Zasadniczo newsy są przynętą, która ma zwabić was do zagrody, gdzie da się wam sprzedać adidasy, mydełka do kąpieli, leki na zapalenie prostaty czy co tam jeszcze według sondaży kupują ludzie podobni wam wiekiem, płcią, kolorem skóry, klasą i orientacją polityczną.

Wyobraźcie sobie, że wasze nałogowe siedzenie w internecie jest jak spacer ulicą. Ktoś wrzeszczy: „Ej, widziałeś, co te cholerne lewaki dziś zrobiły? Chodź tu, w ten zaułek!”.

Nienawidzisz lewactwa, więc skręcasz w zaułek. Po drodze do tej historii masz witrynę oferującą samobieżne wózki sklepowe i inwestycje w złoto (nadchodzi krach – nawet ten miliarder tak twierdzi!).

Nie bardzo się zgadzam z niewypowiedzianą wprost (ale mocno brzmiącą) tezą, jakoby za tymi działaniami stała jakaś intencjonalność i sprawczość. Wydaje mi się, że to raczej proces związany z takim a nie innym rozwojem mediów, konsumpcjonizmu, kultury. Trochę jak z danymi wykorzystywanymi przez media społecznościowe i firmy technologiczne. Najpierw był pomysł, żeby zbierać, jak najwięcej danych, bo dzięki temu możemy stworzyć świetne narzędzia, ale gdzieś, po drodze ktoś wpadł na pomysł “skoro mamy już te wszystkie dane, to może zobaczmy komu da się je sprzedać”.

Możemy się zastanawiać, czemu w USA wygrał Donald Trump – krytykujący elity i wielkie pieniądze, sam zaś czerpiący garściami ze swojego uprzywilejowania. Podobnie możemy się zastanawiać i rozważać, czemu ludzie w Polsce głosują na kłamiących wprost polityków, oskarżających przeciwników o korupcję, choć sami są esencją korupcji i nepotyzmu. A może nie trzeba kombinować, tylko wsłuchać się w znacznie prostsze schematy i banalne motywy. Być może niektórzy pamiętają jeszcze, gdy w trakcie dochodzenia do władzy Andrzeja Leppera, wielu głosujących na niego, dawało mu szansę przekonując, że może pogoni całe to towarzystwo. Albo wybory motywowane hasłem „ci jeszcze nie kradli”. To są proste motywy, choć nie mieszczące się w pytaniach sondażowni. Za mało wyrafinowane.

Głównym kłopotem dla dziennikarzy piszących o Trumpie było wyjaśnienie, czemu tak zwyżkował. Powodów tego stanu rzeczy było bez liku, począwszy od wartej miliardy obecności w mediach, którą miał za darmo. Niewątpliwie ogrywał panikę rasową i poczucie utraty statusu. To właśnie był główny temat przemówienia, w którym ogłosił rozpoczęcie kampanii: jak nisko upadliśmy, jak dawno już nigdzie nie wygraliśmy itepe, itede.

Niewątpliwie przyczyniły się też do tego porażki dziesięcioleci rządów, choćby to, że realne płace praktycznie nie wzrosły od czasów Nixona.

To wszystko było bezsprzecznie skomplikowane. Wśród zwolenników Trumpa były i świry z forum 4chan, i pobożne babunie. Głosował na niego każdy, kto żywił jakąś urazę, a w USA uraz mamy wyjątkowo szeroki wybór. W Wisconsin spotkałem pewnego wyborcę, który oświadczył mi: „Przeważnie nie głosuję, ale na Trumpa pójdę, bo jebał wszystko chuj”.

Tak, jak napisałem wcześniej, choć jest to książka mocno amerykańska to jednak w zadziwiający sposób diagnozy i obserwacje stawiane przez Matta Taibbiego dotyczą również polski. Zarówno jeśli chodzi o rolę mediów w sprzedawaniu takiej, a nie innej formy polityki, polityków, którzy niczym wrestlerzy (doskonały rozdział) prowadzą show według określonego scenariusza, ale również rolę agencji sondażowych i wyników sondaży, stronniczości dziennikarzy po obu stronach barykady politycznej i prostych technik manipulowania odbiorcami, spadku zaufania opinii publicznej do mediów i instytucji w ogóle, sterowania dziennikarzami przez służby specjalne, korzystania ze źródeł, które są tak anonimowe, że nikt ich nie zna. To wszystko znamy też na naszym rodzimym podwórku.

 W tym wszystkim jesteśmy my, którzy zapominamy, że jest życie poza newsami, polityką i całym tym szumem medialnym, o którym nie pamięta się już dwa dni później, bo znów ktoś coś odstawił. Znów można cały dzień grzać, jakieś zupełnie nie znaczące wydarzenie.

Media społecznościowe szalenie wzmogły złudzenie, że nie ma życia poza newsami. Kiedyś, dawno temu, nie wiedzieliśmy, kim są dziennikarze, kiedy już odłożą mikrofon. Rzadko mieliśmy pojęcie, co sobą reprezentują, czy to dowcipnisie, czy chamy, konserwatywni demagodzy, czy wyluzowani hipisi.

Teraz dziennikarz jest wiecznie w pracy. Siedzi na mediach społecznościowych dniem i nocą. Dzieli się wszystkim, od zdjęć kotów po opinie o północnokoreańskim kryzysie jądrowym. Niestety ponieważ tknięcie byle tabu – „mam to gdzieś”, „nie mam pojęcia”, „nienawidzę obu partii” – może mieć negatywne konsekwencje zawodowe, tak naprawdę dziennikarze wcale nie pokazują się od ludzkiej strony. Ich konta na serwisach społecznościowych stają się po prostu przedłużeniami upolitycznionych person publicznych.

Na koniec jeszcze jedna rekomendacja. Taibbi wspomina w książce film Elia Kazana z 1957 roku – Twarz w tłumie. Obejrzałem. Ogromnie polecam. Mimo przerysowania charakterystycznego dla kina tamtych czasów, fenomenalny opis tworzenia (się) gwiazdy – wówczas osobowości telewizyjnej, dziś byłby to pewnie jakiś influencer lub influencerka internetowa.

[Foto, kadr z filmu Twarz w tłumie, reż. E. Kazan]

Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem, M. Taibbi

Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem, Matt Taibbi

Wyd.: Czarne, 2020

Tłum.: Tomasz Gałązka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.