Zwykli ludzie

Starałem się rozstrzeliwać wyłącznie dzieci. Okazało się to możliwe. Wszystkie dzieci były prowadzone za ręce przez matki. Mój sąsiad strzelał do matki, a ja zabijałem jej dziecko. Myślałem, że dziecko bez matki i tak długo nie pożyje. Uwalnianie dzieci pozbawionych matek i tym samym skazanych na śmierć miało, że tak powiem, uspokoić moje sumienie.

Taka jest właśnie logika wojny. Wyjaśnić, wytłumaczyć, rozmyć odpowiedzialność za zło. Zacytowane słowa padły ze strony członka 101. Rezerwowego Batalionu Policji – formacji, w której pracowało wielu “zwykłych ludzi” – rzemieślników, robotników. Mieli być policjantami, a zostali wykorzystani w machinie wojennej podczas II wojny światowej jako pomoc w “rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Tej formacji i pięciuset jej uczestnikom poświęcił książkę Christopher R. Browning Zwykli ludzie. 101. Rezerwowy Batalion Policji i “ostateczne rozwiązanie” w Polsce.

Browning dotarł do spisanych przesłuchań z lat 50.i 60. uczestników 101. Batalionu i podobnych formacji i próbował opisać osoby, które brały udział w masowych morderstwach ludności żydowskiej. Znając ograniczenia wynikające z przekazów po latach, wybielania się, zrzucania odpowiedzialności, czy po prostu kłamstw próbował opisać rzeź z perspektywy jej wykonawców.

Co się tyczy zwykłych funkcjonariuszy, to zdecydowana większość z nich pochodziła z Hamburga. Około 63 procent należało do klasy robotniczej, lecz niewielu było wykwalifikowanymi pracownikami. Większość wykonywała typowe dla mieszkańców Hamburga prace – najczęściej zatrudniano ich jako dokerów i kierowców ciężarówek. Poza tym w batalionie znaleźli się też magazynierzy, budowlańcy, operatorzy maszyn, marynarze i kelnerzy. Około 35 procent pochodziło z niższej klasy średniej. W tej grupie prawie wszyscy zajmowali się pracą umysłową. Trzy czwarte mężczyzn związanych było z handlem, reszta pełniła rozmaite funkcje biurowe, zarówno dla rządu, jak i w sektorze prywatnym. Bardzo nieliczni byli niezależnymi rzemieślnikami i drobnymi biznesmenami. Jedynie garstkę (2 procent) stanowili specjaliści z klasy średniej, przy czym zawody takie, jak nauczyciel czy farmaceuta, reprezentowane były wyjątkowo skromnie. Przeciętny wiek policjantów wynosił trzydzieści dziewięć lat.

Wyobraźmy sobie tych wszystkich ludzi, zwiezionych nagle do odległego Józefowa, gdzieś w Polsce. Do ostatniej chwili nie wiedzą, co będą robić. W końcu się dowiadują. Dostają jedna wybór – ci, którzy nie czują się na siłach mogą zrezygnować. Z blisko pięciuset policjantów rezygnuje na początku dwunastu. Tylko dwunastu, czy aż dwunastu? Historyk słusznie zauważa, że nawet wtedy nie było to proste. Presja grupy, odpowiedzialność zbiorowa, oskarżenie o tchórzostwo przez współtowarzyszy – te wszystkie elementy sprawiają, że wcale nie jest łatwo podjąć decyzję. Gdy zaczęła się rzeź, wielu policjantów chciało się wycofać. Jedni markowali strzały, celowo lub w wyniku psychicznego wyczerpania pudłowali, inni wymiotowali na boku, jeszcze inny próbowali się ukrywać. Szacuje się jednak, że było to nie więcej niż 20 procent. Do zabicia było 1500 osób. 

Dla niektórych propagandowa figura Żyda stworzona przez nazistowski reżim zderzała się z rzeczywistością w postaci Niemca żydowskiego pochodzenia. 

Wyższa kadra zdawała się rozumieć problemy psychologiczne, stąd nawet Himmler przyzwalał na rezygnację przez chętnych, których oddelegowywano do innych działań. Mniej bezpośrednio związanych z egzekucjami, choć nadal związane z masową śmiercią. Dla wielu policjantów udział w masowych morderstwach był szokiem i nawet alkohol nie ułatwiał wykonania zadania. Oczywiście znaleźli się wśród nich gorliwcy wykonujący z zapałem swoje zadanie. Po maskarze w Józefowie morale, batalion został przemieszczony do Łomaz, jednak po wcześniejszych doświadczeniach do egzekucji w większości oddelegowano oddziały SS oraz jednostki tzw. hiwisów – oddziałów stworzonych z jeńców wojennych z Litwy, Rosji, Ukrainy i Łotwy. Policjanci ze 101. batalionu mieli nadzorować transporty, przygotowywać teren, zabijać uciekinierów. Ot, zwykłe porządkowe czynności.

Jak powiedział sierżant Bentheim, jego ludzie byli „przepełnieni radością” z powodu zwolnienia ich z obowiązku strzelania do Żydów. Policjanci, którzy nie brali bezpośredniego udziału w mordzie, nie mieli prawie żadnego poczucia uczestnictwa w zbrodni. Samo wyłapywanie i pilnowanie Żydów, których rozstrzeliwał kto inny, wydawało się stosunkowo niewinne, zwłaszcza w porównaniu z wydarzeniami w Józefowie.[…]

Nawet policjanci, którzy późnym popołudniem na kilka godzin musieli zastąpić hiwisów przy prowadzeniu egzekucji, nie wspominali tego z taką odrazą, jaką odczuwali podczas egzekucji w Józefowie. […]

Zdarzenia w obydwu miejscowościach różniły się znacząco pod jeszcze jednym względem. Policjanci nie mieli tym razem wyboru, jaki dał im Trapp przed pierwszą masakrą. Pod względem psychologicznym oznaczało to dla nich zwolnienie z odpowiedzialności za własne czyny. […] Wszyscy wyznaczeni do drużyn egzekucyjnych uczestniczyli w rozstrzeliwaniu, kiedy nadeszła ich kolej. W efekcie strzelający nie musieli żyć ze świadomością, że zrobili coś, czego dałoby się uniknąć.

Powstanie obozów zagłady było logiczne i nieuniknione. Wyobraźmy sobie tę bezlitosną matematykę, którą ktoś musiał się zajmować. W Józefowie zebrano do zgładzenia tysiąc pięciuset Żydów. Niech zabicie każdego, usunięcie ciała zajmie dwie do pięciu minut daje to łącznie pięćdziesiąt – sto dwadzieścia pięć godzin. A przecież to tylko tysiąc pięćset osób, w wagonach jadą kolejne setki tysięcy. 

Nawet jeśli egzekucje wykonywano równocześnie to trzeba było sobie radzić z psychiką wykonawców. Mimo wszystko, w odróżnieniu od klasycznych działań wojennych zostawiało to znacznie silniejsze ślady w psychice. 

Christopher R. Browning śledząc historię batalionu zwraca uwagę, na to, że po tych pierwszych masakrach, skoncentrowano się na tym, by policjanci zaczęli zajmować się przede wszystkim organizacją i nadzorem nad deportacjami do nowo powstałych obozów, w Treblince, Sobiborze i innych czy łapankami w gettach i lasach. Oczywiście podczas załadunków, wielogodzinnych oczekiwań przez ofiary na pełnym słońcu dochodziło do śmierci wielu z nich. Jednak to już nie było to samo, co przyłożenie lufy karabinu do karku czy głowy i oddanie strzału. Do mężczyzn, kobiet, dzieci.

Naturalnie nie stało się tak, że ktoś przejął się traumą policjantów i od tej pory nie brali udziału w egzekucjach. Brali. Po pierwszym szoku przyzwyczajono się już do logiki wojny. Zaczęto wykonywać rozkazy.

Książka Browninga nie jest wyłącznie historią 101. Batalionu i jego członków – do tego jednak jest zbyt mało wiarygodnych źródeł. To raczej bardzo dokładny opis działań z początku lat 40. związanych z eksterminacją ludności żydowskiej na terenach polski, gdzie batalion się pojawiał, choć brały udział w tych morderstwach również inne jednostki. Wśród odpowiedzialnych byli tacy, którzy wykonywali swoje zadanie z przekonaniem i zaangażowaniem (sierżant Rudolf Grund), ale również tacy, którzy mieli świadomość, że te działania wykraczają poza to co można nazwać operacją wojenną (porucznik Heinz Buchmann). Z wielu powodów to trudna praca, dotrzeć do realnych wspomnień i emocji uczestników tamtych zdarzeń. Historyk opierał się na archiwach z przesłuchań i rozmów i tylko dzięki nim wiemy np. o dowódcy 3.kompanii 101. batalionu kapitana Wolfganga Hoffmanna. Służbista, niezbyt lubiany przez podwładnych, każdorazowo gdy miały odbyć się egzekucje “uciekał w chorobę”.

Jak już jednak napisałem mało tam historii konkretnych ludzi, to raczej dokładny opis tego elementu Zagłady, o którym pisze się znacznie mniej niż o obozach śmierci. Wielu z policjantów po wojnie wróciło do swoich zawodów. Poza kadrą oficerską, która poniosła konsekwencje bezpośrednio po wojnie, procesy “zwykłych” policjantów odbyły się w latach 1962-72. Jak zwraca uwagę Browning, to i tak sukces że doszło do skazania wielu z nich, bo w przypadku innych oddziałów policyjnych zaangażowanych w zbrodnie wojenne, nie dochodziło nawet do procesów.

Ostatni rozdział książki to próba analizy, jak to się stało, że zwykli ludzie dokonywali takich rzeczy.

Kontekst wojny trzeba jednak rozpatrywać nieco bardziej ogólnie, nie tylko jako przyczynę brutalizacji i szału bitewnego. Wojna, walka między „naszymi” i „wrogiem”, tworzy spolaryzowany świat, w którym „wroga” łatwo uprzedmiotowić i wyrzucić poza granice społeczności, pozbawiając przynależnych człowiekowi praw. Wojna to środowisko najbardziej sprzyjające rządowej polityce stosowania okrucieństw – w czasie konfliktów zbrojnych władze nie mają praktycznie żadnych problemów z jej wprowadzeniem. […]

Czy skład 101. Rezerwowego Batalionu Policji zależał od starannej selekcji mającej zapewnić personel nadający się do dokonania ludobójstwa?

Jeżeli chodzi o szeregowych członków, to odpowiedź brzmi: raczej nie. Zgodnie z większością kryteriów ludzie ci nie nadawali się na oprawców. Ich wiek, pochodzenie społeczne i miejsce zamieszkania wskazywałyby, że członkowie 101. Rezerwowego Batalionu Policji w ogóle nie powinni być brani pod uwagę jako materiał, z którego można ukształtować masowych morderców. Większość szeregowców osiągnęła wiek średni, najczęściej byli to robotnicy z Hamburga i nie stanowili grupy dobranej według jakichkolwiek szczególnych czynników.[…] 101. Rezerwowy Batalion Policji nie został więc wysłany do Lublina w celu mordowania Żydów dlatego, że w jego skład wchodzili mężczyźni starannie dobrani pod względem przydatności do tak krwawych zadań. Przeciwnie, batalion zasiliły tylko te osoby, które były dostępne na tym etapie wojny. Oddział skierowano do zabijania Żydów, gdyż był to jedyny rodzaj jednostki dostępny do takich zadań na tyłach frontu. Globocnik najprawdopodobniej założył, że bez względu na to, jaki batalion zostanie mu przydzielony, i tak wykona jego zbrodnicze rozkazy, a skład oddziału nie będzie miał najmniejszego znaczenia.

Historyk odwołuje się do klasyfikacji Theodora Adorno (osobowość autorytarna), eksperymentu Zimbardo i Milgrama czy w końcu analizuje konieczność wykonywania lub przeciwstawienia się rozkazom. Ogromny wpływ na zachowania i motywy miała zmasowana indoktrynacja, o której pisałem niedawno przy okazji lektury Jak wychować nazistę. Choć historyk zwraca uwagę na to, że większość policjantów z 101. Batalionu młodość przeżyła przed 1933 rokiem, czyli masowym wciąganiem do paramilitarnych organizacji nazistowskich.

Wielu z nich wywodziło się z kręgów społecznych stosunkowo odpornych na narodowy socjalizm. Doskonale znali normy moralne niemieckiego społeczeństwa sprzed epoki Hitlera. W ich umysłach nie zatarły się standardy, którymi mogli się kierować przy ocenianiu słuszności polityki nazistowskiej.

Autor ma świadomość tego, że szukanie jednoznacznej odpowiedzi jest bezskuteczne. 

Ta historia zwykłych ludzi nie jest historią wszystkich ludzi. Policjanci musieli wielokrotnie dokonywać trudnych wyborów i większość funkcjonariuszy dopuściła się potwornych czynów. Morderców nie sposób usprawiedliwić stwierdzeniem, że każdy na ich miejscu zrobiłby to samo, gdyż nawet w ich jednostce znaleźli się ludzie odmawiający zabijania, czy to od samego początku, czy po pewnym czasie. Odpowiedzialność za własne czyny jest indywidualną sprawą każdego człowieka.

Pamiętając oczywiście o ogromnych dysproporcjach, nie da się czytać tych wszystkich historii, nie mając w głowie tego co dzieje się we współczesnym świecie. Gdzie politycy i propaganda nadają taki ton, że pada na podatny grunt. Gdzie chodzi już nie o figurę Żyda, ale figurę uchodźcy – obcego, złego, gorszego, podczłowieka.

Możemy się dziwić, jak można nie zauważać analogii. A jednak dziesiątki osób jej nie widzą. I dlatego rozważania Browninga i polemiki z innymi autorami, próbującymi odpowiedzieć na pytanie “dlaczego zwykli ludzie posuwają się do niegodziwości” nie mają sensu. Propaganda, podsycanie nienawiści, rozmywanie odpowiedzialności, wykonywanie rozkazów. To w zasadzie bardzo proste. Widzimy to dookoła. Zwykłych ludzi zaangażowanych w tworzenie nowego ładu.

[Foto:  Oficerowie 101. batalionu z żonami podczas kolacji na świeżym powietrzu, źródło: książka]]

Zwykli ludzie. 101. Rezerwowy Batalion Policji i “ostateczne rozwiązanie” w Polsce, Ch, R. Browning

Zwykli ludzie. 101. Rezerwowy Batalion Policji i “ostateczne rozwiązanie” w Polsce, Christopher R. Browning

Wyd.: Rebis, 2019

Tłum.: Piotr Budkiewicz

12 komentarzy do “Zwykli ludzie”

  1. Wyobraź sobie, że żyjesz w kraju który właśnie prowadzi wojnę i zagarnął 80% Europy. A ty zostałeś powołany do wojska, ale uważasz, że masz farta, bo nie idziesz na front, ale jakieś w sumie logistyczne rzeczy masz wykonywać na tyłach. I odczuwasz ulgę. Luzik. Masz tylko zabijać bezbronnych. W tym kontekście mnie zawsze zastanawiała inna rzecz. Pociągnięcie do odpowiedzialności po wojnie. Właściwie zwyciężeni powinni wybić gdzieś z połowę. Tylko co wtedy. Naprawdę niewielu i niewspółmiernie do winy odpowiedziało za swoje czyny.

    1. To pewnie było nierozwiązywalne. Trzeba było jakieś kryteria zastosować, bo przy masowości ruchu i niemal obowiązkowym uczestnictwie w NSDP, większość przyłożyła rękę do jakiegoś wyroku/działania itp.

  2. Panie Grzegorzu,

    Od dawna czytam i cenię Pana wpisy. Czy poza dygresjami można gdzieś znaleźć Pana stanowisko na temat sytuacji na granicy polsko-białoruskiej? Dodam, że nie chodzi mi o odniesienie się do konkretnych wydarzeń, czy działań władz, ale o to jak w takiej sytuacji Pana zdaniem należałoby postąpić. Po prostu interesuje mnie Pana opinia.

    Pozdrawiam
    Zbig

    1. W cywilizowanym świecie, z jako takimi ideami humanistycznymi istnieją jednak rozwiązania. One nie są doskonałe – bo obozy dla uchodźców mają tysiące wad, ale jest to jakaś ścieżka i próba zapewnienia ludziom godności. To co zrobiono u nas – bez jakiegokolwiek nadzoru, pod ukryciem, usuwać ludzi jak pionki jest po prostu niegodne, żeby nie powiedzieć mocniej. Co więcej wiadomo, że w chwili, gdy odcina się media rośnie bezkarność, pojawiają się patologie związane z nadużywaniem władzy. Myślę, że za kilka lat dowiemy się co się faktycznie działo na granicy i jakie koszty poniosła część tych, która wykonywała rozkazy. Bo nie wierzę w to, że nie było takich, którzy mieli dziesiątki wątpliwości, a może nawet stopowali, co bardziej krewkich i brutalnych wykonawców „oczekiwań” rządzących.

      1. Dziękuję za odpowiedź. Nie chcę się odnosić do działań obecnej w Polsce władzy, bo to nie ma sensu. Dlatego nie chciałem przywoływać polityki i tego co robi władza, a odnieść się do konkretnej sytuacji i próby znalezienia optymalnego rozwiązania. A jest ono trudniejsze, niż może się wydawać. Łatwo powiedzieć, zróbmy to lub tamto. Ale jest też drugie dno. Co jeśli ten nie „usunięty jak pionek” jest tak na prawdę zamachowcem samobójcą. Mało było takich sytuacji? Nawet polski kierowca musiał zginąć przez taki zamach, mimo że walczył i pewnie uratował trochę ludzi, dzięki tej walce.
        Sytuacja nie jest czarno biała. Ja bym po prostu wszystkich złapanych w lesie odsyłał. Wszystkich na granicy przesuwał do ośrodków, gdzie po weryfikacji odsyłał, lub zostawiał.
        Łatwo się mówi, łatwo wyciągać argumenty, że my też kiedyś polegaliśmy na innych narodach. Ale to tak nie działa.

        I książka do przeczytania. Od razu przyznam, że może brakować głębi, czy nawet wartości stylistycznych, ale warto się zapoznać choćby przez rok wydania:

        https://lubimyczytac.pl/ksiazka/268713/oboz-swietych

        1. Ja bym nie szedł w te wielką retorykę „terroryści/zamachowcy”. Raczej jasne jest, że w tak dużej grupie osób znajdą się jednostki nieuczciwe, które miały u siebie zatargi z prawem. Ale właśnie te wszystkie mechanizmy – obóz/weryfikacja służą temu. Nie są doskonałe. Warunki w obozach bywają katastrofalne. Obozy stają się mieszkaniami na lata, a nie przejściowym rozwiązaniem. Niemniej nie jest to „usunięcie problemu z oczu”.
          Dzięki za polecenie. Zobaczę z ciekawości, jak wiele innych fikcji sprzed lat 😉

          1. To prawda, retoryka zamachowców nie na miejscu.

            Ale nie nazwał bym ich uchodźcami. To po prostu emigranci, ludzie którzy szukają lepszego życia. W większości.

            I ciekaw jestem recenzji książki, chyba że nie będzie warta napisania. To nie jest arcydzieło, ale pewna wizja. I z tego względu jest ciekawa.

            Pozdrawiam
            Zbig

  3. „nie nazwał bym ich uchodźcami. To po prostu emigranci, ludzie którzy szukają lepszego życia. W większości.”

    A jakie to ma znaczenie? To ludzie. Jak tysiące innych przed nimi, z jakichś powodów szukających lepszego/innego życia.
    Gdyby zastosować część retoryki z ostatnich miesięcy, to również polska emigracja z lat 80. powinna być w większości zawracana do Polski, bo a) „Polska nie była w stanie wojny”, b) „zdecydowana większość to nie prześladowani politycznie”,

  4. To ma duże znaczenie, przynajmniej dla mnie. Uchodźca nie ma za bardzo wyjścia, walczy o życie. Emigrant podejmuje ryzyko, jeśli błędnie je szacuje, to czemu ja mam za niego odpowiadać? Mogę pomóc i pomagam wielu ludziom, ale chcę to robić z własnej woli.

    I nie porównujmy polskiej emigracji z jakichkolwiek lat do tego co się dzieje na granicy. To żadna imigracja przecież. To sytuacja wyjątkowa i powinny być zastosowane specjalne środki, czego jednak po państwie z tektury nie można się spodziewać.

    Pozdrawiam i mam nadzieję kończę ten jakże niejednoznaczny, wielowymiarowy temat. Czekam natomiast na kolejne recenzje.

    1. „Uchodźca nie ma za bardzo wyjścia, walczy o życie. ” W czarno białym świecie, który nie istnieje. A co z ludźmi, z dawnego bloku radzieckiego – którzy nie są poszukiwani, reppresjonowani fizycznie, ale reżim stosuje wobec nich szykany, nie mogą pracować w wielu miejscach, nie dostają wynagrodzenia, ich rodzina jest pozbawiana szans na jakikolwiek rozwój zawodowy (to zdaje się historia Havla). Czy to jest walka o życie? A co w reżimach islamskich, gdy kobiety nie mogą wychodzić z domu, mężczyźni MUSZĄ przestrzegać pewnych praw – czy to jest walka o życie? Podział uchodźca-emigrant jest świetny w teorii, ale w praktyce zbyt wiele tam niuansów (zresztą na to samo zwracała uwagę M. Wnuk w swojej pracy o emigracji Polaków lat 80.

      Jest jeszcze jeden problem pewnego dualizmu w postrzeganiu korzyści z globalnego świata – „my możemy jeździć na wakacje, gdzie chcemy, ale oni niech raczej nie przyjeżdzają do nas pracować”. Jest w tym mnóstwo obłudy, zwłaszcza, że ledwie trzy dekady temu to Polacy jeździli do Niemiec, Holandii, Skandynawii wykonywać najgorsze prace. Podejmowali ryzyka – jadąc z małymi dziećmi, bez grosza przy duszy. Czy ktoś ich oceniał w ten sposób jak dziś „jak można bez pewności gdzie się zamieszka jechać z małym dzieckiem?”

  5. Zatem zapytam wprost. Co powinniśmy (my jako Państwo) zrobić gdy ktoś:
    „nie są poszukiwani, reppresjonowani fizycznie, ale reżim stosuje wobec nich szykany, nie mogą pracować w wielu miejscach, nie dostają wynagrodzenia, ich rodzina jest pozbawiana szans na jakikolwiek rozwój zawodowy”
    Co więcej niż przeprowadzić formalny proces dla takiej osoby, czy to emigracyjny, czy to azylu:
    https://bip.brpo.gov.pl/pl/kategoria-konstytucyjna/art-56-prawo-do-azylu-oraz-status-uchodzcy
    Przecież mnóstwo ludzi do nas przyjeżdża pracować. Sam pracuję z wieloma Hindusami czy Turkami, a pracowałem z Brazylijczykami i Filipińczykiem (zaczynaliśmy tego samego dnia). Już nawet nie wspomnę Ukraińców czy Białorusinów. Emigracja do Polski jest możliwa.

    A sytuacja na granicy, cóż odpowiedź Państwa na tą prowokację z wykorzystaniem ludzi powinna być inna. Jaka, również nie łatwo powiedzieć, ale na pewno inna.

    P.S. Nadal Polacy jeżdżą do takiej pracy. I to wcale nie tak mało jakby się Panu mogło wydawać (pewnie z powodu swego rodzaju bańki, w której Pan żyje – to nie zarzut, każdy żyje w swojej). Choćby opiekunki osób starszych w Niemczech. I tak jak powiedziałem, emigracja do Polski jest możliwa, może trzeba zmienić proces, ale większość, do których się Pan odnosi wcale do Polski przyjeżdżać nie chcą.

    1. Problemem tej sytuacji jest to, że oto dyktator wykorzystał ludzi do swego rodzaju inwazji. Użył ich jako „żywych tarcz”, a nasz rząd nie przejął się tym, że to ludzie.
      Stąd cały problem. Plus niezdolność do współpracy międzynarodowej, z NGOsami i mamy to co mamy plus narrację „obrończą”.
      Czytając wiele historii uciekinierów/uchodźców/emigrantów jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ci ludzie znaleźli się (bez wiz do Polski) na Białorusi. Dokładnie z tego samego powodu, jak tysiące Nigeryjczyków emigrowało na Cypr (tę część nieuznawaną międzynarodowo) – bo z opowieści przemytników przebija wówczas „stamtąd już blisko do Europy/Niemiec” itp). To jest wiarygodne – „jak się już dostaniecie na Białoruś, to przejście przez granicę to błahostka”. I pewnie to byłaby błahostka – indywidualnie. A nie w chwili, gdy Łukaszenka zrobił z tego swego rodzaju najazd.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.