Świat równoległy

Ten plan miałem od roku. W czwartek dokończyłem kilka spraw i wieczorem po prostu wsiadłem w samochód. Cel był trzysta kilometrów dalej. Zależało mi, żeby rano być już na miejscu, bo było ono dosyć nieokreślone.

Od ponad roku chodzę, jeżdżę, słucham i fotografuję ptaki. Nie szukam czegoś nietypowego, taką samą satysfakcję sprawiają mi po raz kolejny sójki, sikory, jak i rzadsze szczygły, czy gile. Potrzebuję przestrzeni, wychodzenia, słuchania przyrody. Mam wrażenie, że wyostrzył mi się słuch i słyszę dźwięki, które jeszcze dwa lata temu dla mnie nie istniały.

W każdym razie postanowiłem już rok temu, że chcę zobaczyć żołny. Do Polski przylatują w maju, odlatują w sierpniu. Szukałem informacji, gdzie się pojawiają, ale nie wiem, czy fotografowie, a może ornitolodzy strzegą tych informacji, jak tajemnicy, w każdym razie nie znalazłem konkretnych informacji, gdzie występują, poza ogólnym: w Małopolsce albo w świętokrzyskim. Być może to uzasadnione, ten kolorowy ptak jest tak niezwykły, że przypadkowi turyści, nieodpowiedzialni turyści pewnie byli by w stanie zniszczyć gniazda w imię super fotki, tak jak miało to miejsce z krokusami, wrzosami, czy tych wszystkich miejscach, które ktoś ogłosi w necie i nagle zjeżdża setkami najeźdźca ludzki.

Ukrywanie informacji o siedliskach żołny, jak również krasek ma w tej sytuacji sens.

Pewnym tropem było zdjęcie zrobione przez kogoś w ubiegłym roku z zaznaczeniem „Morsko”. I tylko tyle, nic więcej. Znalazłem na mapach, zapisałem i tyle. W ubiegłym roku nie udało mi się wyjechać.

Ten tydzień był trudny, byłem wymęczony, fizycznie wyczerpany. Być może po szczepieniu, intensywnym tygodniu pracy i kilku innych sprawach. Potrzebowałem resetu. Wyjechać gdzieś na cały dzień, odetchnąć, odpocząć. A może żołny? Tak. To dobry pomysł. Nie w weekend, bo wtedy są setki ludzi w najbardziej nawet odludnych miejscach, dodatkowo na drogach jest koszmar. Padło na piątek. W czwartek się spakowałem i w drogę.

Włączam w samochodzie Spotify i wybieram Angie Rolling Stones, bo ćwiczę ostatnio na harmonijce i chcę się osłuchać. To co później się pojawia to już nie jest mój wybór. Algorytmy Spotify dobierają na tej podstawie fantastyczną muzykę, pasującą do jazdy samochodem. Nie znosiłem niegdyś jazdy samochodem. Od czasu, gdy potrzebuję moich ucieczek od cywilizacji odpoczywam w ten sposób. Rozglądam się podczas jazdy dookoła, bez względu na to, czy to szarości listopadowe, zimowa biel, czy wiosenna eksplozja kolorów a w głośnikach lecą Stonesi, Springsteen, BB King, Creedence Clearwater Revival, Neil Young czy przeróżne inne rzeczy, których raczej nie słuchałem, a wielu nawet nie znałem. Prosta energetyczna muzyka wyjątkowo pasuje. Zimą nieustannie miałem włączoną Nebraskę Springsteena. Teraz leci ten miszmasz przygotowany przez algorytmy, ja zaś rozglądam się dookoła sycąc oczy kolejnymi odcieniami zieleni.

Tuż przed zachodem słońca mijam pola jęczmienia. W pierwszym pasie pól rosną setki maków. Nie mogę się powstrzymać, zatrzymuję samochód i robię fotki. Smartfonem. Wychodzą wystarczająco dobrze, a i tak nawet najlepszy sprzęt nie odda atmosfery tej chwili. Mnogości maków, kolorów, zapachów, wszystko w tym ciepłym świetle znikającego słońca.

Gdy następnego dnia będę tamtędy wracał, Spotify właśnie wybierze utwór, którego w ogóle nie kojarzę. Another 45 Miles, zespół Golden Eering. Holenderski pop z 1961 roku! W życiu nie słyszałem, ale pasuje do nastroju i chwili.

Another 45 miles to go
Another 45 miles before I’m home
I wish that the sunlight was burning in my eyes
Instead of shades black faces of the sky
Another 45 miles to go
Another 45 miles before I’m home
I wish i could pay the sun to run
Then I had some more time, with my wife, my son

Dojeżdżam na miejsce noclegu. Wcześniej w ciągu dnia znalazłem szybko jakieś miejsce i umówiłem  telefonicznie z niesłychanie sympatycznym przez telefon rozmówcą. Po dojeździe okazuje się, że gość ma dredy, zaś nocleg jest w odrestaurowanym dworku rodzinnym. Ma klimat, choć w gruncie rzeczy te obrazy przodków na ścianach i cały wystrój szlachecko-sarmacki męczący i przytłaczający. Wszędzie unosi się zapach starych mebli, dywanów, desek. Podłoga skrzypi, jestem sam, więc atmosfera jak z jakiegoś filmowego horroru.

Jeden z pokoi to biblioteka. Uśmiecham się bo widzę książki i albumy, które pamiętam z domu rodzinnego. W jednej z szaf trzytomowa edycja Joyce’a, o której w ogóle nie wiedziałem, że była wydana, z Ulissesem w tłumaczeniu Słomczyńskiego.

Następnego dnia pobudka o piątej. Chcę jak najszybciej dojechać na miejsce i rozpocząć poszukiwania. Wyznaczyłem sobie obszar około 4 km2 i zastanawiam się, czy dojście do Wisły będzie w ogóle możliwe. Przeczytałem, że przylatujące do nas żołny osiedlają się w skarpach nad Wisłą. Wcześniej przejrzałem Google Maps, żeby sprawdzić gdzie są jakieś potencjalne obszary z piachem, czyli możliwe skarpy. Dojeżdżam na miejsce, widzę jakiś dużą zatoczkę autobusową, która lata świetności ma już za sobą i postanawiam się zatrzymać. Jeszcze tylko plecak, dużo wody, statyw. Rezygnuję z przenośnej czatowni. Nie chce mi się dźwigać. Ma być gorąco, a ja i tak nie mam pojęcia, czy moje poszukiwania zakończą się sukcesem. Przypomniałem sobie, że w zasadzie nie posłuchałem głosu żołny, żeby wiedzieć czego oczekiwać. Sieć w tym miejscu ma strasznie słaby zasięg. Spodziewam się, że będzie jeszcze gorzej więc znajduję nagrania ptasich krzyków. Nie mam przekonania, że będę w stanie zapamiętać i rozpoznać.

Zauważam asfaltową drogę w lewo i prowadzącą w dół ścieżkę, pełną chaszczy. Zerkam na mapę i uznaję, że mam jakieś 100-200 metrów do Wisły. Wybieram drogę pełną komarów, pokrzyw i przeróżnego innego zielska, zastanawiając się, czy rośliny które mijam, mojej wysokości z białymi kwiatostanami to parzący barszcz Sosnowskiego.

Idę absolutnie spontanicznie bez gwarancji, że da się iść wzdłuż rzeki. Gdy dochodzę, widzę, że Wisła jest dość nisko. To zaskakujące 300 km dalej stan wody jest bardzo wysoki. Tu połowa koryta sucha, zaś sama rzeka ma może 20-30 metrów szerokości. Po piachu i kamieniach biegają sieweczki, które trudno odróżnić od tła. Drugi brzeg mocno porośnięty, nie wygląda jak piaszczysta skarpa.

Przedzieram się na wpół wyschniętym korytem rzeki, gdy nagle nie ma jak przejść. Bez kaloszy nie ma sensu, zaś woda jest tak mulista i nieprzyjemna, że myśl o zdjęciu butów, jest krótsza niż mgnienie oka.

Zawracam. Przedzieram się dalej, to zbliżając, to odchodząc od rzeki. Na polach spotykam sarny, zające, całą tą ptasią drobnicę, o której istnieniu dwa lata temu nie miałem pojęcia – kląskawki, cierniówki, pokląskwy.

Wychodzę w pewnym momencie na wał, postanawiam przejść jakiś kilometr do zakola i zastanowię się co dalej. Może wrócę do samochodu i przejadę na drugi brzeg, który wygląda na znacznie bardziej dostępny.

W pewnym momencie zauważam dwie sarny w oddali. Postanawiam podejść jak najbliżej, zwłaszcza, że akurat prowadzi tam ścieżka po nasypie. Udaje mi się zbliżyć na jakieś sto metrów. Robię kilka fotek i wracam na wał. Po prawej stronie stoi ambona myśliwska. Dojście do niej jest świeżo wydeptane. Przed nią wykoszone pole, którym później przebiega zając. Nie rozumiem tej przyjemności ze strzelania do zwierząt i to jeszcze w takich warunkach, gdzie wszystko podane jest niemal na tacy. Ani to wyzwanie, ani miernik nie wiem czego – męstwa, sprytu, spostrzegawczości.

Jest godzina ósma i słyszę ten dźwięk. Inny. Przeplatany ptasimi, które znam. Wyjmuję telefon (na szczęście jest zasięg) odpalam BirdNet – aplikację do rozpoznawania dźwięków i JEST. „Żołna zwyczajna – prawie pewne”. Tylko skąd on dochodzi? Jest wszędzie. Zerkam z powrotem na zejście, którym schodziłem do saren. To absurdalne, ale wydaje mi się to jedyne piaszczyste miejsce, a dodatkowo mam wrażenie, że krzyki żołny są stamtąd. Wracam kawałek. Cichną.

Nie jestem przesadnie wylewny w wyrażaniu uczuć, ale ma niesłychaną radochę z tego, że je znalazłem. Śmieję się sam do siebie.

Idę w stronę ambony wydeptaną ścieżką. Głosy żołny raz się pojawiają, raz znikają. Wracam na wał i idę dalej do zakola rzeki, które wcześniej wypatrzyłem. I nagle widzę je. Latają dwie, pięć, może dziesięć. Niesłychane są te ich kolory na tle nieba. W oddali widzę suche drzewo, na którym siedzi kilka ptaków. Jeszcze raz wyjmuję BirdNet, tym razem rozpoznaje żołnę oraz dziwonię.

Miała rację Justyna Wicenty pisząc w Kołysance z huraganem, że polskie nazwy ptaków musiał wymyślać jakiś idiota.

Zachodzę w głowę, kto wprowadził pospolitość do polskiej systematyki zwierząt. Rozumiem bogatkę szczebioczącą, sikorkę cytrynową albo w najgorszym wypadku żółtobrzuchatą, ale zwyczajną? Musiał to być ktoś z chronicznym zespołem wypalenia zawodowego, że ponazywał taśmowo zwyczajne kosy, sroki i pleszki, pospolite kawki i szare wrony, nie oszczędzając nawet egzotycznej kraski.

Żołna oczywiście też jest zwyczajna, podobnie dziwonia. Wszystko w tych ptakach jest niezwyczajne – kolory, głosy i nawet pierwszy człon nazwy – pewnie ludowy. Żołna po angielsku to pszczołojad.  W dziwonii miesza się wulgarność, ze zdziwieniem. I to ma niby być zwyczajne.

Widzę skarpę, nad którą latają żołny, a jak się później okaże mają tam gniazda. No tak, założyłem, że „skarpa nadwiślańska” oznacza bezpośrednio nad rzeką. Te zaś są oddalone jakieś dwieście metrów od koryta. Piękne są te kolorowe ptaki krążące nad głową. Staram się podejść, jak najbliżej, niestety jest dość stromo. Do samej skarpy nie chcę się zbliżać, żeby nie płoszyć ptaków. Zwłaszcza, że te odlatują z suchej gałęzi, na której siedzi ich kilka, gdy zbliżam się na mniej niż sto metrów. To wciąż za daleko, żeby zrobić dobre fotki. Kombinuję, jak się dostać do nich jak najbliżej. Nie wiem, co jest na szczycie skarpy, żeby tam dojść jakoś dookoła.

Poza żołnami dookoła latają dzierzby, jaskółki, dziwonia – jest szybka i chowa się po krzakach. Po raz pierwszy usłyszałem ją też nad Wisłą, tylko 10 km od domu. Nie udało mi  się jej wtedy wypatrzeć. Teraz widzę jak przelatuje z jednych zarośli w drugie, zbyt szybka, żeby uchwycić fotkę.

W końcu siadam pod krzewem dzikiej róży. Liczę na to, że żołny zaczną siadać na dość blisko znajdującym się suchym drzewie. Są jednak dość czujne. Czekam kolejne minuty, kwadranse, a one są za każdym razem dalej. W końcu przykrywam się siatką maskująca. Jest już około dziesiątej, słońce piecze niemiłosiernie. Wyłączyłem telefon po komunikacie, że się przegrzewa. Zastanawiam się, jak ukryć aparat. Nie wiem, jak taki upał działa na elektronikę. Siatka daje nieco ulgi od bezpośredniego słońca.

Żołny latają nade mną. Kolorowe anioły, choć nie podoba mi się to określenie, to jest coś innego w tym, jak one wyglądają oświetlone od góry słońcem. Latają, ostrzegają się nawzajem, krążą. Nie chcą siadać na suchym drzewie.

Siedzę pod siatką. Medytuję, obserwuję, czekam. Odpoczywam, trochę rozmyślam o tym co mam do zrobienia w najbliższym czasie, ale przede wszystkim jestem tu i teraz. Pojawia mi się w głowie myśl, że byłoby fantastycznie, gdyby za krzakiem róży, który jest górkę dalej siedział U.

Gdyby nie on i jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, gdyby nie jego decyzja nie byłoby mnie w tym miejscu. Nie ganiałbym za ptakami, za ciszą, spokojem. Dobrze jest myśleć, że tam jest. „Jeśli czegoś nie widać, nie słychać i nie czuć, to nie znaczy, że to nie istnieje”, jak wbrew Kangurzycy mówił Horton w filmie Horton słyszy Ktosia. Więc niech dziś tam będzie, za tym krzakiem.

Dwa dni temu miał imieniny. To taki prezent.

***

Książka Nie pozwolę ci zniknąć, miała się ukazać w czerwcu. Na imieniny mojego syna. Jest już gotowa. Czekam jeszcze na kilka słów, od osób, na których opinii mi zależy. Nie wiem, czy ukaże się przed wakacjami. Podobno to nie najlepszy okres dla książek. Ale to nie jest tylko książka, więc zobaczymy, jak to będzie.

Nie pozwolę ci zniknąć, G. Zalewski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.