Koniec Unii Europejskiej?

Jan Zielonka lubi prowokacyjne tytuły. Stracona przyszłość, Koniec Unii Europejskiej?, Liberalna Europa w odwrocie. Pierwszą z nich czytałem całkiem niedawno i na tyle zaciekawiło mnie podejście autora, że sięgnąłem po kolejną. Koniec Unii Europejskiej? to esej opublikowany w 2014 roku, czyli siedem lat po wybuchu globalnego kryzysu, ale przed Brexitem, pandemią, problemami gospodarek, w przededniu inwazji Rosji na Krym, a później pełnoskalowej wojny przeciwko Ukrainie. Zanim to jednak nastąpiło Zielonka postanowił krytycznie spojrzeć na Unię Europejską, zadając to tytułowe pytanie – czy to już jej koniec. Czy ma szansę przetrwać, czy nie utraciliśmy gdzieś sensu integracji, czy tego czym właściwie miała być unia państw europejskich.

Nie jest to książka przeciwnika UE, wręcz przeciwnie. Jak sam autor pisze o sobie odniósł ogromne korzyści z tego, że mógł być obywatelem w czasie integracji krajów Europy.

Jestem prawdziwym Europejczykiem, jakiej by nie przyłożyć do mnie miary. Dlatego nie odczuwam najmniejszej satysfakcji, dochodząc do wniosku, że Unia Europejska (UE) jest prawdopodobnie skazana na zagładę. Śląsk, gdzie dorastałem, był obiektem bezwzględnej polityki germanizacji i polonizacji, więc niełatwo daję się uwieść narodowej dumie i chwale. Dla młodych ludzi bez paszportu, żyjących za żelazna kurtyną, Europa bez granic była marzeniem – a mnie osobiście integracja pomogła zamienić to marzenie w rzeczywistość. nadal jestem Polakiem, ale mam holenderski paszport, dom we Włoszech i pracę w Anglii. Moje doświadczenia w instytucjach unijnych nie były zbyt ekscytujące, ale nie były gorsze od doświadczeń w biurokratycznych instytucjach holenderskich czy włoskich. UE stanowiła symbol zintegrowanej Europy i od początku byłem gotów tłumaczyć wątpliwości na jej korzyść. Niestety, dziś UE raczej utrudnia niż ułatwia integrację

To krytyczne spojrzenie kogoś, kto chce poprawy, modyfikacji pewnych założeń, zwłaszcza tam, gdzie widać, że one nie działają lub przyniosły nie najlepsze skutki. Jak sam pisze wizja europejskiego superpaństwa okazała się naiwna – obnażył to kryzys z 2007 roku – i czas w jakiś inny sposób naprawić Europę.

Unia nie jest w stanie sama się zreformować, co oznacza, że trzeba pomyśleć o rozwiązaniach alternatywnych. Elity polityczne niechętnie przyznają się do porażek. Europejskie elity nie są tu wyjątkiem. 

Wbrew pozorom nie są to odkrywcze zdania. Tak – elity, rządzący, szefowie wielkich korporacji w czasach kryzysów nie są w stanie same się zreformować. Na rynku kapitałowym nieefektywne przedsiębiorstwa padają, są przejmowane, restrukturyzowane, dzielone. Czasem ratowane przez państwo (jak podczas kryzysu bankowego), co również nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem, bo zwykle konsekwencje ratowania  “zbyt wielkich, by upaść” ponoszą podatnicy, a nie menadżerowie odpowiedzialni za ryzykowne, głupie i złe decyzje. Zielonka głośno mówił w 2014 roku  to, o czym w tej chwili mówi się coraz częściej. O przerośniętej biurokracji. Sprzecznych interesach państw wielkich i małych, odmiennych interesach państw dłużników i wierzycieli. Potrzebie tożsamości i państw narodowych w niektórych obszarach, a nie wyłącznie “całkowitej integracji”. 

Autor występuje również przeciwko utartemu sloganowi, również powtarzanego przez niektórych polityków unijnych, że kryzysy sprawiają, że wychodzi się silniejszym. Uważa raczej, że kryzys z 2007 pokazał co nie działa i nie ma szansy zadziałać. 

Jego diagnoza? 

Przeważa pogląd, że kryzys dotyczył euro, Grecji i długu państwowego, ja natomiast uważam, że najpoważniejszy był – i jest – kryzys spójności, wyobraźni i zaufania. Z tymi ostatnimi dużo trudniej walczyć. 

Ruchy eurosceptyczne, które wręcz eksplodowały kilka lat po napisaniu książki, niemal wprost potwierdzając tę diagnozę. Obywatele różnych krajów przestali ufać unijnym pomysłom, regulacjom, rozwiązaniom. Urzędnikom brakuje wyobraźni i próbują stworzyć “jedną legislację” bez zwracania uwagi na różnice nie tylko kultrowe, społeczne, ale również te dotyczące choćby wielkości przedsiębiorstw. Co skutkuje tym, że podobne wymogi muszą spełniać wielkie korporacje, jaki i maleńkie biznesy. 

Kolejny poważny kryzys dotykający dziś UE: kryzys wyobraźni. Same pieniądze nie wyprowadzą z niego Europy. Musi wynaleźć nowy sposób inwestowania i dystrybucji środków finansowych, lecz walka z kryzysem wyobraźni okazuje się trudniejsza niż walka z kryzysem kredytowym. Wiarygodnych propozycji przeprojektowania Europy i wyprowadzenia jej z obecnej choroby jest jak na lekarstwo, większość istniejących projektów to propozycje techniczne, prozaiczne i nieśmiałe. Unijni decydenci kierują się doraźnymi względami politycznymi i chodzi im głównie o obronę partykularnych interesów – czy to krajowych, czy  instytucjonalnych. 

Czy trzeba tu coś więcej dodawać. W zasadzie podobną diagnozę postawił wiele lat później jeśli chodzi o problemy demokracji (Stracona przyszłość), krótkoterminowe spojrzenie i zabieganie polityków o doraźne poparcie uniemożliwia, jakiekolwiek długoterminowe planowanie.

Unijni eksperci najchętniej koncentrują się na szczegółowych traktatach i formalnych instytucjach, ignorując pamięć historyczną, mity kulturowe i uprzedzenia ideologiczne. 

Przypomina to nieco sytuację, gdy firma będąca w kryzysie uznaje, że rozwiązaniem będzie nowy szczegółowy regulamin pracy. Podczas, gdy pracownicy są sfrustrowani, część odchodzi, część przestaje się angażować, inni prowadzą prywatne wojenki, bo tak naprawdę nie ma lidera, który pokazałby, jaki sens ma ich praca.

Zielonka cytuje bułgarskiego politologa Ivana Krasteva:

Dezintegracja europejska nie musi być efektem zwycięstwa sił antyunijnych nad prounijnymi. o ile nastąpi, będzie prawdopodobnie niezamierzoną konsekwencją paraliżu Unii, pogłębionego błędną interpretacją narodowych dynamik politycznych przez elity

Jeśli do tej oceny dołożymy jeszcze to co wiemy dziś (a o czym nie wiedział autor) o działaniach putinowskiej Rosji, starającej się jeszcze bardziej wpływać na podsycanie konfliktów i dezintegrację UE, to perspektywy ratowania całości idei europejskiej, nie wyglądają zbyt optymistycznie.

Jesteśmy dwa dni po nowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, do którego w różnych krajach dostała się wyjątkowo silna reprezentacja partii antyunijnych. Absolutna paranoja. Pieniądze z instytucji unijnych będą ciągnęli ci, którzy jawnie przeciw ni, występują. Oni nie chcą naprawy, zmiany, czy modyfikacji. Oni są przeciwnikami. Wielu reprezentantów ma poglądy jawnie nacjonalistyczne, wbrew pierwotnym ideom EU. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Ale łatwiej nie będzie. Może się okazać, że w tej chwili jakiekolwiek kompromisy nie będą możliwe, będziemy obserwowali postępujący paraliż decyzyjno-regulacyjny.

Wiele osób z różnych branż powtarza, że część regulacji, rozwiązań jest nieżyciowa, niemądra, lub po prostu absurdalna. Populistom łatwo na tym wygrywać poparcie. Z kolei prounijni obywatele i politycy, zdają się zamykać uszy i oczy na to, co szwankuje – polaryzacja doprowadziła do tego, że boimy się być krytyczni wobec idei, które cenimy, bo boimy się, że ktoś przypnie nam łatkę “antyunijnego krytykanta”. Tymczasem regulacje zdają się nie nadążać za rzeczywistością – bardzo szybką i dynamiczną. A do tego próbując pogodzić absolutnie odmienne interesy.

Europejski proces decyzyjny był zawsze niesłychanie skomplikowany i powolny, z nastawieniem na najniższy wspólny mianownik. Dziś jednak zasadniczym problemem jest to, że instytucje europejskie sprawiają wrażenie oderwanych zarówno od narodowych polityk, jak i od globalnych rynków. Wydaje się, że działają w politycznej i gospodarczej próżni, niezdolne do znaczącego oddziaływania – ani na obywateli, ani na przedsiębiorstwa. Unijne prawo często odbiega od zmieniających się realiów i nic dziwnego, że nie jest rzetelnie przestrzegane.

Jawnie antyunijni krytycy lubią parafrazować dawną oficjalną nazwę Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich i mówić o Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Skojarzenia z centralizacją nie są bezzasadne. Na te problemy zwraca uwagę również autor, co więcej część z nas, pamiętająca czasy centralnego planowania i sterowania, też czuje, że wiele rzeczy nie może zadziałać. Wielkie systemy (państwa, korporacje, imperia) są trudno sterowne, nieefektywne, a do tego latami mogą trwać w kryzysie i dezintegracji, zanim ostatecznie upadną. 

Czy uprawniona jest teza, że jeden zbiór reguł będzie pasować do tak różnych krajów, jak Francja, Cypr, Austria czy Estonia? Co więcej, nadmierna harmonizacja i centralizacja szkodzą konkurencji, która jest motorem postępu gospodarczego i wzrostu. 

Ciekawie jest przeczytać takie krytyczne zdanie sprzed lat, gdy tak naprawdę autor nie wiedział jeszcze z jakimi wyzwaniami, problemami i kryzysami będziemy się wszyscy mierzyć. Pandemia, wojna z Rosją – to było coś poza wyobraźnią. Czy kraje zrzeszone w ramach Unii poradziły sobie z różnymi wyzwaniami i problemami dzięki integracji, czy mimo niej? Prawdopodobnie każdy będzie miał inne zdanie, w zależności od tego, po której stronie sporu politycznego chce się postawić. I wtedy będzie wyłącznie zerojedynkowe spojrzenie. Bez żadnych szarości. 

Bardzo podobało mi się zdanie zacytowane przez autora, wypowiedziane przez Ralfa Dahrendorfa. Chodzi o metaforę, która również często używana jest w biznesie – chodzi o to, że z rozwojem jest jak z jazdą na rowerze, nie można przerwać ruchu do przodu, bo zaczniemy się chwiać i upadniemy. 

Dahrendorf – socjolog i politolog miał odpowiedzieć zwolennikom tej argumentacji “W Oksfordzie często jeżdżę na rowerze, ale kiedy przestaję  pedałować, nie padam: po prostu stawiam stopę na ziemi.” Mam wrażenie, że we współczesnym świecie zapomnieliśmy o tym. Nie musimy pędzić. Nie musimy ciągle rosnąć. Pisałem kiedyś na temat Pułapki wzrostu, w kontekście rynków finansowych i tego, czego oczekujemy jako klienci, a czego jako choćby analitycy w instytucjach. To sprzeczności, których zdajemy się nie zauważać.

Jestem w stanie sobie wyobrazić hipotetycznego analityka dużej instytucji finansowej, który po napisaniu raportu o spółce produkującej na przykład nie najlepszej jakości makaron dla dyskontów sieciowych idzie do restauracji i zamawia danie z ręcznie robionymi tortellini, gdzieś we włoskiej manufakturze. Zasadniczo unikając pośledniejszych marek. Ten sam analityk może podczas spotkania z zarządem spółki, oczekiwać odpowiedzi na pytanie: „jak zamierzacie zwiększyć sprzedaż” oraz „czy nie moglibyście użyć innej mąki (czytaj: gorszej jakości), żeby obniżyć koszty?”

[Photo by Sara Kurfeß on Unsplash]

Koniec Unii Europejskiej?, J. Zielonka

Koniec Unii Europejskiej?, Jan Zielonka

Wyd.: Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, 2014

Tłum.: Elżbieta Gołębiowska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *