Mogilnicki – wspomnienia adwokata i sędziego

Na początku tego roku trafiłem na tekst Ewy Łętowskiej “W S&P czytają pamiętniki polskiego sędziego” zawierający obszerny fragment Wspomnień adwokata i sędziego, Aleksandra Mogilnickiego. Przez długi czas nie mogłem tej książki znaleźć w żadnej księgarni. Później mi wyleciała z pamięci. Znalazłem ją wreszcie tydzień temu.

Mogilnicki w latach 1924-1929 był sędzią Sądu Najwyższego, uczestniczył również w pracach Komisji Kodyfikacyjnej, której zadaniem było ujednolicenie prawodawstwa na ziemiach polskich, które wcześniej były częścią trzech różnych zaborów (to ta sama komisja, którą wspomina Boy-Żeleński w Piekle kobiet).

Wspomnienia pierwotnie zostały wydane niewielkim nakładem dla rodziny i znajomych.

I właściwie przez większość czasu to są wspominki z życia. Interesujące jako obraz pewnej epoki, ale w dużej części wartościowe raczej dla rodziny i znajomych (choćby opisy wyjazdów na wakacje). Nie jest to rzecz napisana z jakimś wielkim polotem literackim, ot życie człowieka w ciekawych czasach. Mogilnicki spisywał swoje wspomnienia pod koniec życia (w latach 1945-1955) i we wstępie zwraca uwagę na to, że wiele rzeczy przypomina sobie z pamięci, gdyż jego zapiski spłonęły podczas II wojny światowej. Szczerze przyznaje, że różnego rodzaju cytaty i sformułowania mogą nie być dosłowne, ale stara się jak najbardziej oddać ducha i sens zdarzeń.

Trzeba przyznać, że sądy rosyjskie (i to dowodzi ich wysokiego na ogół poziomu moralnego) nie tylko miały za złe obrońcom Polakom tego rodzaju odezwań, ale przeciwnie, wysoko ceniły ich odwagę i przytomność umysłu.

Młodość i pierwsze lata zawodowe Mogilnickiego to jeszcze zabór rosyjski, w którym tępiono język polski, Polacy nie mogli awansować, za różnego rodzaju przewinienia ludzi szykanowano. Niewielka część ludzi współpracowała z zaborcą, jednak zdecydowana większość starała się funkcjonować w obrębie istniejących przepisów.

Od czasu do czasu trafiają się zgrabne ponadczasowe bon moty.

Najostrzejsi sędziowie, to są sędziowie tępi.

Każda rewolucja tym się odznacza, że w swym dalszym rozwoju idzie nie po tej linii, jaką jej inicjatorzy nakreślili. Pierwotne pobudki ideowe toną przeważnie w rozpętaniu najgorszych instynktów mas.

Zapamiętałem przemówienie jednego z wybitniejszych działaczy lewicowych rosyjskich Petrunkiewicza, który powiedział: “Jestem rewolucjonistą z natury; gdybym mógł sam stworzyć we wszystkich szczegółach takie państwo, jakiego bym pragnął, według swego uznania, to za trzy miesiące byłbym w tym państwie rewolucjonistą”. Jest to najlepsza, jaką zdarzyło mi się spotkać, charakterystyka działacza wywrotowego.

Nie jestem zainteresowany historią z perspektywy samych wydarzeń. Znacznie bardziej pociąga mnie historia człowieka w trudnych czasach, w obliczu wyzwań. Tego w jaki sposób podejmuje decyzje, jakich dokonuje wyborów. Robię to zastrzeżenie, nie z asekuracji lecz raczej, żeby pokazać, że mam świadomość subiektywizmu sądów Mogilnickiego i ułomności pamięci. O czym zresztą sam Mogilnicki również wspomina.

Michel Onfray użył określenia “pocztówki z filozofii”, “pocztówki z Freuda” na opisanie typowej sytuacji, gdy bez głębszej znajomości tematu używam pewnych wytartych schematów i poglądów utożsamiając je na przykład z jakimś kierunkiem filozoficznym. W praktyce taka pocztówka może być bardzo odległa od faktycznych intencji. Historia Polski pełna jest takich pocztówek. Często kolorowanych przez zwolenników lub przeciwników jakiejś opcji politycznej. Pocztówkami z Piłsudskiego jesteśmy wszędzie otoczeni. Wielki mąż stanu, wybitny wódz, największy przywódca. Od czasu do czasu pojawia się w tym zestawie pocztówek, jakaś niewielka rysa. Trudny charakter, liczne kochanki. Pokazywane jest to jednak w kontekście, że ot po prostu wielki człowiek, który miał słabsze strony, a to nie umniejsza jego pozostałych talentów. Pocztówki dominują.

Czytając wspomnienia Mogilnickiego o rządach sanacji otwierałem coraz szerzej oczy. To co on pisze o rządach Piłsudskiego i jego zwolenników, było dla mnie przerażające. Przerażające podwójnie, gdyż wiele sytuacji i okoliczności niestety przypominało to co nadal dzieje się w Polskiej polityce. To, że Mogilnicki nie przepadał za nimi to jest tylko delikatne określenie. To, że po latach mógł jeszcze bardziej krytycznie się odnosić do marszałka jest uzasadnione minionym czasem. Ale wydarzenia, które przytacza są przerażające. Tak, z całą premedytacją użyję tego sformułowania – przerażające.

Kombinatorzy, łapówkarze, wazeliniarze, którzy otaczają Piłsudskiego wzmacniają jego dyktatorskie zapędy. On sam małostkowy, nie liczący się z prawem, słuchający podszeptów ludzi, którzy załatwiają swoje prywatne sprawy.

Czytając robiłem coraz więcej zaznaczeń w książce. Co więcej nie było to nic nowego, bo już wcześniej podobnie portretował ten okres przedwojenny milioner Antoni Jaroszewicz w swoich wspomnieniach, wydanych pod tytułem Libretto finansisty. Od razu odpowiadam na argument, który się pojawił podczas dyskusji przy okazji tamtej książki i łatwo nasuwa się tym razem- “wyrabiać sobie jakiekolwiek zdanie na temat sanacyjnej Polski na podstawie książki wydanej w 1968 – to przecież szczyt naiwności.” W tej sytuacji będzie jeszcze bardziej nietrafiony. Mogilnicki umarł w biedzie, odstawiony na boczny tor. Wyjątkowo krytycznie oceniający powojenne rządy komunistów. Jego książka była pisana dla zamkniętego kręgu osób, nie należy więc przypuszczać, że starał się oczernić rządy sanacyjne, choćby po to, żeby przypodobać się władzom komunistycznym. Co więcej mimo krytycznej oceny choćby “awantury kijowskiej”, Mogilnicki wraz z synem zaciągnęli się do wojska, żeby wziąć udział w obronie Warszawy.

Zanim oddam głos Mogilnickiemu przytoczę pewną opisywaną przez niego historię. W 1931 roku Piłsudski przebywał na Maderze. W marcu gdy przypadły jego imieniny BBWR zorganizował akcję w Polsce wysyłania pocztówek z życzeniami. Specjalnie zerknąłem w sieci do różnych źródeł, jak dziś opisywane są te wydarzenia. Pisze się o masowym poparciu, milionach wysłanych pocztówek, paraliżu poczty na Maderze, tak wielka była liczba przesyłek. A tak wspomina owo masowe poparcie Mogilnicki:

Jedną z osobliwych cech charakterystycznych systemu rządów sanacyjnych było szerokie stosowanie “przymusowej dobrowolności”. Ogłaszano, że coś ma być stosowane dobrowolnie jako wyraz “spontanicznych uczuć ludności” a następnie stosowano wszelkie prawne i bezprawne środki przymusu, żeby te uczucia “ujawnić”. […] Ktoś, kto chciał się “zasłużyć”, a może i na tym zarobić, wpadł na pomysł, żeby cała ludność wyraziła “spontanicznie” swoją miłość do dyktatora i zasypała go pocztówkami z życzeniami. […] we wszystkich urzędach, szkołach, przedsiębiorstwach państwowych były listy osób, które pod groźbą różnych ujemnych skutków musiały kupować, pisać i wysyłać te pocztówki. Była ścisła kontrola.

Wygląda na to, że masowe dobrowolne poparcie to nie wymysł komunistów. Podobnie zresztą jak obraza władz.

Po śmierci Piłsudskiego coraz częściej pojawiała się krytyka jego działań. Tych, którzy na to sobie pozwalali próbowano zastraszać. Pobito między innymi Tadeusza Dołęgę Mostowicza.

Aż wreszcie nie mogąc sobie inaczej poradzić, musiano wydać specjalną ustawę, którą jako jedyny w świecie, o ile mi wiadomo, okaz tego rodzaju, przytaczam dosłownie:

Pozycja Dziennika Ustaw 219

Ustawa z dnia 7 kwietnia 1938

Art. 1. Pamięć czynu i zasługi Józefa Piłsudskiego – wskrzesiciela Niepodległości Ojczyzny i Wychowawcy Narodu – po wsze czasy należy do skarbnicy ducha narodowego i pozostaje pod szczególną ochroną prawa.

Art. 2. Kto uwłacza Imieniu Józefa Piłsudskiego podlega karze więzienia do lat 5.

Art. 3. Wykonanie ustawy niniejszej porucza się ministrowi sprawiedliwości.

Art. 4. Ustawa niniejsza wchodzi w życie z dniem ogłoszenia.

Prezydent Rzeczpospolitej I. Mościcki

Prezes Rady Ministrów Sławoj Składkowski

Minister Sprawiedliwości W. Grabowski

Dla zainteresowanych źródło (http://dziennikustaw.gov.pl/du/1938/s/25/219) . Wygląda na to, że obraza urzędu to również nie jest wymysł komunistów. Mamy całkiem niezłą tradycję.

Prócz nielicznej garstki szczerych zwolenników Piłsudskiego i znacznie liczniejszej grupy tych, którzy ze względu na swój interes zaczęli się przy nim wieszać, całe społeczeństwo doznało wrażenia, że nastąpiła nowa okupacja. Ja osobiście, a takich było wielu, zacząłem odczuwać, że przestałem być obywatelem I klasy, mogącym brać bezpośredni udział w budowie państwa i wpływać na jego losy, i zszedłem do roli tylko obywatela II klasy, aczkolwiek zajmowałem jeszcze wtedy jedno z najważniejszych stanowisk w państwie.

Jako próbkę postępowania Piłsudskiego z ludźmi, którym chciał dokuczyć, przytoczę ogólnie znane w owym czasie zdarzenie z generałem Lamezanem. Generał ten miał nieszczęście narazić się dyktatorowi, nie pamiętam już na jakim tle. Piłsudski po prostu polecił kasjerowi, żeby przestał wypłacać Lamezanowi uposażenie, a przy tym oświadczył, że gdyby tenże z tego powodu przestał pracować, będzie uważany za samowolnie porzucającego służbę. Biedny Lamezan nie mógł odejść, a uposażenia przez dłuższy czas nie otrzymywał. I nie było instancji, do której można by się skarżyć.

Najważniejszą może słabą stroną jego i jego otoczenie było to, że całe życie spędzili w konspiracji i ne potrafili z tym zerwać wtedy, gdy konspiracja przestała być potrzebna. [… NIc się nie działo jawnie; wszystko, co tego wymagało i co tego nie wymagało było osłonięte najściślejszą tajemnicą. Sam Piłsudski tak się przyzwyczaił do konspiracji, że nawet po zamachu majowym nie chciał być Prezydentem Rzeczypospolitej. Wolał działać w ukryciu, a odpowiedzialność przerzucać na kogo innego.

Naprawdę przeraziły mnie te wspomnienia. Zacząłem nieco inaczej patrzeć na uwielbienie jakim jest otaczany Piłsudski w kręgach pewnych polityków. Jego metody mogą się naprawdę podobać.

Kilka miesięcy temu szukając w cyfrowych zasobach tekstów dotyczących kryzysów na giełdach trafiłem na pismo Rozwój z czerwca 1926 roku. Pozwolę sobie na zostawienie tu kilku fragmentów oceny zamachu majowego z ówczesnej perspektywy. Ze szczególnym zwróceniem uwagi na cytat z Evening Post “być może rozbiór Polski nie byłby nigdy możliwy, gdyby nie był tak łatwy.”

Evening Post - zamach majowy

Rozwój, 1926

Jeśli Ewa Łętowska ma rację i pamiętniki Mogilnickiego czytane są przez zagranicę, jako próba zrozumienia tego co się dzieje u nas w kraju, to perspektywy nie są optymistyczne. Przychodzi mi do głowy taka wyobrażona sytuacja. W najbliższych miesiącach rozpoczyna się konflikt w Europie, w którego centrum znajduje się Polska. Ze względu na pewne wydarzenia Francja nie zamierza się angażować w jakąkolwiek pomoc. Czy po latach mówiono by, że zdradził nas nasz sojusznik?

Wspomnienia adwokata i sędziego, A. Mogilnicki

Wspomnienia adwokata i sędziego, Aleksander Mogilnicki

Wyd.: Wolters Kluwer, 2016

Podziel się

2 komentarze do “Mogilnicki – wspomnienia adwokata i sędziego”

  1. Czytam właśnie listopadowy numer Newsweek Historia, a tam rozmowa Bartłomieja Sienkiewicza z prof. Andrzejem Lederem („Prześniona rewolucja”) o zmianie struktury społecznej w Polsce ’39-56.
    Pada ciekawa uwaga:
    A.L. – (…) jest taka głęboko zakorzeniona w całej historii polskiej kultury politycznej niechęć do konfliktu. Wszystkie społeczności, które były w taki czy inny sposób uciśnione, np. Serbowie, mają ten rodzaj wrażliwości, tzn. nie znoszą konfliktu wewnętrznego. Tylko te społeczeństwa, które dość wcześnie ukształtowały silne podmioty polityczne: brytyjskie, francuskie czy amerykańskie, mają wewnętrzną tolerancję na konflikt.
    B.S. – Kalectwo peryferii?
    A.L. – No tak, myślę, że można to tak nazwać (…).

    Trzeba po prostu wziąć poprawkę na warunki, w jakich funkcjonowała II RP – totalna rozsypka wewnętrzna (łącznie z prezydentobójstwem i działaniami terrorystów ukraińskich), wzrastające zagrożenie zewnętrzne, intensywna penetracja obcych wywiadów (A. Pepłoński „Wojna o tajemnice”, polecam tylko miłośnikom historii).

    Konsolidacja (wymuszona, a jakże) była racją bytu II RP; musieli scalić trzy terytoria o różnym poziomie cywilizacyjnym i mnóstwie grup o sprzecznych interesach.
    Różnorodność i skala konfliktu politycznego międzywojnia jest dla nas trudna do wyobrażenia – w wolnej Polsce nie widzieliśmy starcia bojówek zakończonych ofiarami śmiertelnymi, strzelania do strajkujących (Solvay Soda, ’23) lub mordowania ministrów przez separatystów ukraińskich.

    Trudno przykładać naszą miarę do tamtych czasów. II RP walczyła nie tyle o przetrwanie (myślę, że w kręgach decyzyjnych była świadomość przynajmniej od połowy lat 30-tych, że państwo nie przetrwa), ile o czas. Czas potrzebny na to, żeby trochę okrzepnąć, uzbroić się i wychować pokolenie nazwane potem Kolumbami. To wszystko się udało.

    A że były pewne koszta tego… musiały być.

    1. Mam duży problem z Lederem – po przeczytaniu kilku rozmów z nim i jego tekstów (nie książki), bo to wszystko jest tak bardzo interpretacyjne, że aż mnie bolą zmysły. A czytając źródłowe teksty naszych rodaków z okresu przed 39 coraz mniej wierzę w tezę, że to wojna i PRL zepsuły owego „mitycznego Polaka”.
      Przy okazji Czesi, Słowacy też mieli problemy z niepodległością i nie wiem, czy uparcie pewne wady tłumaczą tym faktem. Bo u nas to zdaje się być takie słowo wytrych. Minie 500 lat, a my będziemy bezrefleksyjnie tłumaczyć się a to rozbiorami, a to II wojną światową.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *